Stało się. Po ćwierćwieczu dominacji nurtu neoliberalnego
pojawiła się partia reprezentująca socjaldemokrację. Nieprzeciętna aktywność
jej przedstawicieli daje nadzieję na ukształtowanie się prężnego ruchu. Życzę
Razem wejścia do Sejmu, ale za sukces będę uważać już to, że wreszcie będzie na
kogo głosować zgodnie ze swoimi poglądami i sumieniem.
Nie ma jeszcze kampanii, a Razem już robi wiele dobrego,
wprowadzając w obieg pojęcia, które dotąd były nieobecne w dyskursie publicznym.
Budzi to sprzeciw niemałej grupy ludzi, którzy uwierzyli w neoliberalną
ortodoksję. Na
facebookowym fanpage’u Razem pod każdym niemal zalinkowanym
artykułem – niezależnie od jego treści – pojawiają się komentarze podobnej
treści, kontestujące założenia socjaldemokracji. Wybrałem kilka najczęściej
powtarzających się zarzutów i przygotowałem na nie odpowiedzi. Pozwalam każdemu
chętnemu na ich kopiowanie i umieszczanie w komentarzach. Zarzuty są bliźniaczo
podobne, tak że zamiast każdorazowo pisać nowe odpowiedzi, lepiej ograniczyć
się do starego dobrego studenckiego Ctrl+C, Carl+V.
Podatek 75% od dochodów powyżej 500 tysięcy złotych rocznie
to zbyt dużo! Zniechęci to ludzi do zarabiania. Lepiej obniżać podatki, gdyż
wtedy więcej pieniędzy zostaje w portfelu, ludzie więcej wydają i gospodarka
się rozwija.
Przede wszystkim: podatek progresywny działa w ten sposób,
że po przekroczeniu każdego kolejnego progu płaci się więcej tylko od sumy
ponad ustaloną kwotę. Przykładowo osoba, która w danym roku zarobiła 700
tysięcy złotych, zapłaci 75% od 200 tysięcy oraz niższe procentowo podatki od
500 tysięcy. Mitem więc jest, że po przekroczeniu wyższego progu podatkowego
się traci.
Podatek progresywny ma właśnie zachęcać do systematycznego
zarabiania. Utrudnia on bowiem kumulację kapitału. Temu samemu mają służyć
wysokie podatki od spadków czy podatki od zysków kapitałowych. Wbrew narosłych
od dziesięcioleci mitom bogactwo nie spływa na dół. Czym więcej ktoś ma
pieniędzy, tym proporcjonalnie mniej wydaje. Zarobki biednych w całości wracają
na rynek, klasy średniej w większości, a bogatych – jedynie w niewielkiej
części. Ponadto bogaci proporcjonalnie do swoich dochodów są najmniej
efektywnym motorem napędowym gospodarki. Budowa luksusowej willi czy produkcja
luksusowego samochodu da pracę podobnej lub niewiele większej rzeszy ludzi niż
budowa domu czy produkcja samochodu średniej klasy. Różnica polega na tym, że
tych drugich jest dużo więcej, toteż gospodarkę napędza właśnie klasa średnia.
Dlatego państwo powinno właśnie w nią inwestować i temu służą powyższe
instrumenty. Ponadto wszystkie pieniądze zebrane przez państwo wracają na rynek.
Sprawiedliwość jest pojęciem względnym. Dla jednych
niesprawiedliwe są podatki progresywne, dla innych to, że jednym było łatwiej
tylko dlatego, że mieli szczęście urodzić się w odpowiedniej rodzinie i
dorastać w odpowiednim środowisku. Proponuję każdemu czytającemu wykonać
rachunek sumienia: na ile swoją obecną pozycję zawdzięcza już choćby temu, że
urodził się po zachodniej, a nie wschodniej stronie Bugu? Wyższe podatki są
jedynie formą rekompensaty za to, że ktoś miał łatwiej. Moim zdaniem znośnej;
nie zdarzyło się jeszcze, żeby bogacz łapiący się na najwyższy próg podatkowy
zamienił się z ubogim. Nikt nie żyje na samotnej wyspie; każdy swój obecny
status zawdzięcza w równym stopniu sobie, jak społeczeństwu. Żeby cieszyć się z
bogactwa, potrzebne jest jeszcze społeczeństwo, dzięki któremu można je
wykorzystać. Robinson Cruoze odkrył na swojej wyspie skrzynię ze skarbem. Czy
był bogaty?
Wysokie podatki nie działają, ponieważ bogaci uciekną ze
swoim bogactwem do rajów podatkowych!
Wysokie podatki działały w całym świecie zachodnim przez
kilka powojennych dekad. W umiłowanych przez liberałów Stanach Zjednoczonych
najwyższy próg podatkowy wynosił 91%! Były to czasy złotego wieku kapitalizmu,
kiedy gospodarka rosła i – co chyba nawet ważniejsze – bogactwo rozkładało się
dość równomiernie. Wtedy faktycznie przypływ podnosił wszystkie łodzie. Tego
nie widać po reformach Reagana, po których bogaci stają się coraz bogatsi, a
bogactwo pozostałych klas społecznych nie zmienia się, a wręcz kurczy.
Ucieczka do rajów podatkowych jest możliwa, ponieważ obecne
przepisy na to pozwalają. Wystarczy uszczelnić system. Nie ma żadnego
wytłumaczenia, dlaczego osoba zarabiająca w Polsce miała się rozliczać na
Bahamach.
Zamiast podwyższać podatki sami zostańmy rajem podatkowym!
Co łączy wszystkie raje podatkowe? Są to małe, planktonowe
państewka, z niewielkimi potrzebami. One mogą sobie pozwalać na obniżanie
podatków nawet do 1% i zarabianie praktycznie na niczym, bo nic to je nie
kosztuje. Średniej wielkości kilkudziesięciomilionowy kraj po takiej operacji
by się po prostu rozpadł. Za co chociażby miałby utrzymać infrastrukturę,
niezbędną do funkcjonowania przemysłu? Raje podatkowe takich problemów nie
mają.
Nie stać nas na rozbudowane świadczenia socjalne. Najpierw
się doróbmy, a potem dopiero rozdawajmy pieniądze.
Jest dokładnie odwrotnie: nie stać nas na prywatne
świadczenia, których jakość i tak jest wątpliwa. Stany Zjednoczone mają w
całości prywatny rynek usług medycznych, a mimo że Amerykanie są bogatsi niż
my, bankructwa medyczne są tam najczęstszą przyczyną upadków finansowych. Firmy
sprzedające polisy medyczne są nastawione wyłącznie na zysk, toteż tak
kalkulują, aby nie narazić się na nadmierne koszta. Amerykański system może
wyglądać sympatycznie, póki jest się młodym i zdrowym; kiedy jednak przyjdzie
do poważniejszych problemów, pacjenci często słyszą: „limit pańskiej polisy
został przekroczony; płaci pan teraz z własnej kieszeni czy zwolni łóżko?”. I
najczęściej zwalniają, a potem wracają, gdy nie mają wyjścia, a koszt nie
leczonego schorzenia czy choroby wzrasta. Amerykanie w rezultacie mają
najdroższą i najmniej efektowną ze społecznego punktu widzenia służbę zdrowia.
Kraje skandynawskie wcale nie były bogatsze niż my, gdy
budowały swój system świadczeń socjalnych. Doszły jednak do obecnego wysokiego
poziomu właśnie dzięki niemu: zdrowi, wykształceni obywatele są najlepszą
inwestycją na przyszłość.
Wystarczy, aby państwo się nie wtrącało, a wszystkim pokieruje
niewidzialna ręka rynku.
Nieprawda. Sukcesy gospodarcze poszczególnych państw są
wypadkową zarówno obrotności i pracowitości obywateli, jak i opieki państwa.
Rynek pozostawiony sam sobie w naturalny sposób dąży do monopoli i oligopoli –
bo one się opłacają. Tyle że te same przedsiębiorstwa blokują rozwój innej
przedsiębiorczości, co godzi w jeden z fundamentów wolnego rynku, czyli
konkurencję. W Stanach Zjednoczonych czasów „złotej ery kapitalizmu” (czyli do
lat 70.) nad ochroną konkurencji czuwał urząd antymonopolowy. Nie przyniósł on
szkód gospodarce, a wręcz przeciwnie.
Gdy korporacje stają się zbyt potężne, to nie tylko gnębią
konkurencję, ale zaczynają wykorzystywać do swoich celów państwo, na przykład
skutecznie lobując na rzecz korzystnych dla nich ustaw. Urzędy wyposażone w
odpowiednie uprawnienia mogłyby zawczasu je utemperować, ale nie zrobiły tego,
ponieważ zgodnie z postulatami zwolenników wolnego rynku wcześniej to państwo
osłabiono. To jest właśnie „paradoks Korwina: im mniej państwa, tym więcej
państwa” (Za Wojciech Orliński).
Osobnym problemem jest to, że by pomnażać bogactwo na wolnym
rynku, wpierw to bogactwo trzeba mieć. Żadne biedne państwo nie wzbogaciło się,
zawierzając wyłącznie wolnemu rynkowi. Korea Południowa czy państwa
skandynawskie doszły do wysokiego poziomu rozwoju właśnie dlatego, że państwo
było aktywnym graczem na rynku. Rządy wyżej wymienionych krajów dogadały się ze
swoimi firmami, że będą je wspomagać, w zamian one będą inwestować w kraju i
grzecznie płacić podatki. To właśnie tej polityce swoją potęgę zawdzięczają
tacy potentaci, jak Daewoo czy Maersk.
Pozytywnym przykładem państwowej polityki gospodarczej może
być nawet II Rzeczpospolita. Po odzyskaniu niepodległości wielu ludzi próbowało
swoich sił jako armatorzy. Próby te kończyły się najczęściej kompromitacją;
rynek morski był zbyt kosztowny i trudny, aby ktokolwiek dysponujący skromnymi
funduszami i liczący na zysk najlepiej po kilku miesiącach funkcjonowania mógł
się na nim utrzymać. Na szczęście po przewrocie majowym państwo zainwestowało
spore sumy w rozwój własnych linii żeglugowych, zarówno towarowych, jak i
pasażerskich. Trzeba było nie tylko kupić statki i skompletować załogi, ale też
liczyć się z tym, że przez kilka lat trzeba będzie dopłacać do interesu. Polska
Żegluga Morska dopiero dziesięć lat po powstaniu zaczęła przynosić zyski, ale
opłaciło się; tuż przed wojną tonaż polskiej floty wynosił około 100 000.
Która spółka byłaby w stanie zignorować naciski akcjonariuszy, liczących na
szybkie zyski, i przez dziesięć lat nomen omen topić potężne kwoty w
przedsiębiorstwa, nie mając gwarancji sukcesu?
Jedną z największych bolączek polskiej rzeczywistości jest
wciąż zbyt mała ilość mieszkań (problem ten ciągnie się długo; Nie ma róży bez ognia Stanisława Barei
równie dobrze mogło zostać nakręcone dzisiaj). Funkcjonuje przekonanie, że
wystarczy odrolnić wszystkie grunty, zlikwidować kontrole urzędów nad
budownictwem, a ludzie sami sobie wybudują tanie domki; koszt całorocznego
taniego domku mógłby wynieść mniej niż kawalerka w dużym mieście. Brzmi
pięknie; podobną wizją kusiła Małgorzata Musierowicz, która jedną z Borejkówien
ulokowała pod Poznaniem w przerobionej altance ogrodowej. Nawet gdyby pomysł
miał się powszechnie ziścić, pozostaje pytanie: a co z wodociągami, kanalizacją
czy prądem? Ponadto mieszkać to jedno, a przecież trzeba codziennie dojeżdżać
do pracy czy szkoły. Nawet jeżeli ktoś kupi sobie tani samochód, to przecież
jego dzieci nie będą miały prawa jazdy. W Stanach Zjednoczonych rozwiązano ten
problem dzięki charakterystycznym żółtym autobusom szkolnym. Jak widać – są
problemy, z którymi obywatele sami mogą dać sobie radę, ale i są takie, w
których niezbędne są rozwiązania systemowe. W takich zaś najlepiej daje sobie
radę państwo.
Powrócę jeszcze do kwestii państw skandynawskich. Pojawiają
się zarzuty, że zawdzięczają one swoje bogactwo ropie. To nieprawda. Jakie
bogactwo poza drewnem miała na przykład Finlandia, będą w dodatku, podobnie jak
Polska, przez cały XIX wiek w zaborze rosyjskim? Jedynie Norwegia okazała się
być szczęśliwcem, mającym ogromne złoża ropy naftowej. I nawet ona jest dobrym
przykładem sukcesu skandynawskiej polityki gospodarczej. Nie pozwoliła, aby na
bogactwie położyły ręce zagraniczne koncerny, tylko zainwestowały we własny
Statoil i zadbała, aby zyski z ropy naftowej posłużyły całemu społeczeństwu.
Efekty widać gołym okiem. Mieć bogactwo to mało – trzeba jeszcze umieć je
wykorzystać.
Różnice między obywatelami zawsze będą.
Oczywiście. Nie ma w tym nic złego, a wręcz przeciwnie. W
modelu socjaldemokratycznym chodzi tylko o to, żeby żadna grupa społeczna nie
zdominowała innej i żeby swoją pozycję zawdzięczać można było nie tylko
urodzeniu.
Socjaliści nienawidzą pieniędzy!
Socjaliści nie mają nic przeciwko pieniądzom, póki jedynie
pełnią funkcję wygodnego środka płatniczego. Sprzeciw budzi dopiero ta
sytuacja, kiedy zaczynają odgrywać dominującą rolę; kiedy pytania „czy to jest
słuszne?” albo „czy to jest potrzebne?” zostają zastąpione „czy to się
opłaca?”.
Socjaliści nienawidzą wolności!
Nieprawda. Jedynie źródła niewoli doszukują się gdzie
indziej. Miliardy ludzi na świecie jest zniewolonych przez nędzę albo pułap
niewielkich dochodów. Jest to niewola tym groźniejsza, że nie widać kajdan,
które można roztrzaskać, lub krat, które można wyrwać. Bieda jest tym
groźniejsza, że obawa przed utratą nawet skromnego status quo potrafi
paraliżować próby zmian. Nominalnie są wolni, lecz co z tego, skoro oddalenie
się od domu dalej niż na zasięg piechura często jest ponad ich możliwości
finansowe? Wolność to nie tylko paszport w kieszeni, ale także pieniądze na
bilet w portfelu.
Dla równowagi dodam, że bogactwo w kraju nędzarzy też nie
jest przepustką do wolności. Cóż to za wolność, gdy towarzyszy jej nieustanny
strach przed utratą majątku lub życia? Kiedy jest się zmuszonym do obcych tobie
zachowań, byleby nie utracić swojej pozycji? Kiedy rodzice mają nad tobą
władzę, gdyż oni decydują o brzmieniu testamentu?
Człowiek prawdziwie wolny to ten, który ma możliwość zmiany
swojego położenia. Do tego mniej są potrzebne pieniądze, a bardziej świadomość
swojej doli – bowiem mentalność też bywa kajdanami. Wolność jest wtedy,
kiedy w podjęciu decyzji bardziej się kieruje pragnieniami niż potrzebą lub
koniecznością. I takiej wolności życzę każdemu.