Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Partia Razem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Partia Razem. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 listopada 2017

Quo Vadis?

Jak widać, musiałem na dobre dwa lata temu zarzucić prowadzenie tego bloga. Na przeszkodzie stanęły mi szeroko pojęte obowiązki życiowe.

Musiałem na dłużej zarzucić pisanie dłuższych tekstów. Udzielałem się, tworząc fanpage Razem Pomorze - profil facebookowy pomorskich struktur Partii Razem. Powstało tam wiele udanych komentarzy politycznych mojego autorstwa. Spora część się zdezaktualizowała, ale pod niektórymi także i dzisiaj bym się podpisał, na przykład tym:



Jakieś 200 000 wyświetleń i kilkaset udostępnień. Miałem sporą satysfakcję z tego posta, zwłaszcza że obecni admini fanpejdża mogą jedynie pomarzyć chociaż o dziesiątej części takich zasięgów.

Obecnie m.in. prowadzę działalność wydawniczą. Rezultaty można zobaczyć poniżej, do czego serdecznie zachęcam:

  • Oficjalna strona pisarza Konrad T. Lewandowski - przewodas.pl. Można zapoznać się tam z różnorodnymi materiałami dotyczącego twórczości autora: bibliografię, biografię, fragmenty książek czy eseje.
  • Exlibris.net.pl - księgarnia internetowa, gdzie można kupić wydane przeze mnie książki.

środa, 10 czerwca 2015

Niezbędnik socjaldemokraty



Stało się. Po ćwierćwieczu dominacji nurtu neoliberalnego pojawiła się partia reprezentująca socjaldemokrację. Nieprzeciętna aktywność jej przedstawicieli daje nadzieję na ukształtowanie się prężnego ruchu. Życzę Razem wejścia do Sejmu, ale za sukces będę uważać już to, że wreszcie będzie na kogo głosować zgodnie ze swoimi poglądami i sumieniem.
 Nie ma jeszcze kampanii, a Razem już robi wiele dobrego, wprowadzając w obieg pojęcia, które dotąd były nieobecne w dyskursie publicznym. Budzi to sprzeciw niemałej grupy ludzi, którzy uwierzyli w neoliberalną ortodoksję. Na facebookowym fanpage’u Razem pod każdym niemal zalinkowanym artykułem – niezależnie od jego treści – pojawiają się komentarze podobnej treści, kontestujące założenia socjaldemokracji. Wybrałem kilka najczęściej powtarzających się zarzutów i przygotowałem na nie odpowiedzi. Pozwalam każdemu chętnemu na ich kopiowanie i umieszczanie w komentarzach. Zarzuty są bliźniaczo podobne, tak że zamiast każdorazowo pisać nowe odpowiedzi, lepiej ograniczyć się do starego dobrego studenckiego Ctrl+C, Carl+V.

Podatek 75% od dochodów powyżej 500 tysięcy złotych rocznie to zbyt dużo! Zniechęci to ludzi do zarabiania. Lepiej obniżać podatki, gdyż wtedy więcej pieniędzy zostaje w portfelu, ludzie więcej wydają i gospodarka się rozwija.

Przede wszystkim: podatek progresywny działa w ten sposób, że po przekroczeniu każdego kolejnego progu płaci się więcej tylko od sumy ponad ustaloną kwotę. Przykładowo osoba, która w danym roku zarobiła 700 tysięcy złotych, zapłaci 75% od 200 tysięcy oraz niższe procentowo podatki od 500 tysięcy. Mitem więc jest, że po przekroczeniu wyższego progu podatkowego się traci.

 Podatek progresywny ma właśnie zachęcać do systematycznego zarabiania. Utrudnia on bowiem kumulację kapitału. Temu samemu mają służyć wysokie podatki od spadków czy podatki od zysków kapitałowych. Wbrew narosłych od dziesięcioleci mitom bogactwo nie spływa na dół. Czym więcej ktoś ma pieniędzy, tym proporcjonalnie mniej wydaje. Zarobki biednych w całości wracają na rynek, klasy średniej w większości, a bogatych – jedynie w niewielkiej części. Ponadto bogaci proporcjonalnie do swoich dochodów są najmniej efektywnym motorem napędowym gospodarki. Budowa luksusowej willi czy produkcja luksusowego samochodu da pracę podobnej lub niewiele większej rzeszy ludzi niż budowa domu czy produkcja samochodu średniej klasy. Różnica polega na tym, że tych drugich jest dużo więcej, toteż gospodarkę napędza właśnie klasa średnia. Dlatego państwo powinno właśnie w nią inwestować i temu służą powyższe instrumenty. Ponadto wszystkie pieniądze zebrane przez państwo wracają na rynek.

 Sprawiedliwość jest pojęciem względnym. Dla jednych niesprawiedliwe są podatki progresywne, dla innych to, że jednym było łatwiej tylko dlatego, że mieli szczęście urodzić się w odpowiedniej rodzinie i dorastać w odpowiednim środowisku. Proponuję każdemu czytającemu wykonać rachunek sumienia: na ile swoją obecną pozycję zawdzięcza już choćby temu, że urodził się po zachodniej, a nie wschodniej stronie Bugu? Wyższe podatki są jedynie formą rekompensaty za to, że ktoś miał łatwiej. Moim zdaniem znośnej; nie zdarzyło się jeszcze, żeby bogacz łapiący się na najwyższy próg podatkowy zamienił się z ubogim. Nikt nie żyje na samotnej wyspie; każdy swój obecny status zawdzięcza w równym stopniu sobie, jak społeczeństwu. Żeby cieszyć się z bogactwa, potrzebne jest jeszcze społeczeństwo, dzięki któremu można je wykorzystać. Robinson Cruoze odkrył na swojej wyspie skrzynię ze skarbem. Czy był bogaty?

Wysokie podatki nie działają, ponieważ bogaci uciekną ze swoim bogactwem do rajów podatkowych!

 Wysokie podatki działały w całym świecie zachodnim przez kilka powojennych dekad. W umiłowanych przez liberałów Stanach Zjednoczonych najwyższy próg podatkowy wynosił 91%! Były to czasy złotego wieku kapitalizmu, kiedy gospodarka rosła i – co chyba nawet ważniejsze – bogactwo rozkładało się dość równomiernie. Wtedy faktycznie przypływ podnosił wszystkie łodzie. Tego nie widać po reformach Reagana, po których bogaci stają się coraz bogatsi, a bogactwo pozostałych klas społecznych nie zmienia się, a wręcz kurczy.
 Ucieczka do rajów podatkowych jest możliwa, ponieważ obecne przepisy na to pozwalają. Wystarczy uszczelnić system. Nie ma żadnego wytłumaczenia, dlaczego osoba zarabiająca w Polsce miała się rozliczać na Bahamach.

Zamiast podwyższać podatki sami zostańmy rajem podatkowym!

Co łączy wszystkie raje podatkowe? Są to małe, planktonowe państewka, z niewielkimi potrzebami. One mogą sobie pozwalać na obniżanie podatków nawet do 1% i zarabianie praktycznie na niczym, bo nic to je nie kosztuje. Średniej wielkości kilkudziesięciomilionowy kraj po takiej operacji by się po prostu rozpadł. Za co chociażby miałby utrzymać infrastrukturę, niezbędną do funkcjonowania przemysłu? Raje podatkowe takich problemów nie mają.

Nie stać nas na rozbudowane świadczenia socjalne. Najpierw się doróbmy, a potem dopiero rozdawajmy pieniądze.

Jest dokładnie odwrotnie: nie stać nas na prywatne świadczenia, których jakość i tak jest wątpliwa. Stany Zjednoczone mają w całości prywatny rynek usług medycznych, a mimo że Amerykanie są bogatsi niż my, bankructwa medyczne są tam najczęstszą przyczyną upadków finansowych. Firmy sprzedające polisy medyczne są nastawione wyłącznie na zysk, toteż tak kalkulują, aby nie narazić się na nadmierne koszta. Amerykański system może wyglądać sympatycznie, póki jest się młodym i zdrowym; kiedy jednak przyjdzie do poważniejszych problemów, pacjenci często słyszą: „limit pańskiej polisy został przekroczony; płaci pan teraz z własnej kieszeni czy zwolni łóżko?”. I najczęściej zwalniają, a potem wracają, gdy nie mają wyjścia, a koszt nie leczonego schorzenia czy choroby wzrasta. Amerykanie w rezultacie mają najdroższą i najmniej efektowną ze społecznego punktu widzenia służbę zdrowia. 

 Kraje skandynawskie wcale nie były bogatsze niż my, gdy budowały swój system świadczeń socjalnych. Doszły jednak do obecnego wysokiego poziomu właśnie dzięki niemu: zdrowi, wykształceni obywatele są najlepszą inwestycją na przyszłość.

Wystarczy, aby państwo się nie wtrącało, a wszystkim pokieruje niewidzialna ręka rynku.

Nieprawda. Sukcesy gospodarcze poszczególnych państw są wypadkową zarówno obrotności i pracowitości obywateli, jak i opieki państwa. Rynek pozostawiony sam sobie w naturalny sposób dąży do monopoli i oligopoli – bo one się opłacają. Tyle że te same przedsiębiorstwa blokują rozwój innej przedsiębiorczości, co godzi w jeden z fundamentów wolnego rynku, czyli konkurencję. W Stanach Zjednoczonych czasów „złotej ery kapitalizmu” (czyli do lat 70.) nad ochroną konkurencji czuwał urząd antymonopolowy. Nie przyniósł on szkód gospodarce, a wręcz przeciwnie.

 Gdy korporacje stają się zbyt potężne, to nie tylko gnębią konkurencję, ale zaczynają wykorzystywać do swoich celów państwo, na przykład skutecznie lobując na rzecz korzystnych dla nich ustaw. Urzędy wyposażone w odpowiednie uprawnienia mogłyby zawczasu je utemperować, ale nie zrobiły tego, ponieważ zgodnie z postulatami zwolenników wolnego rynku wcześniej to państwo osłabiono. To jest właśnie „paradoks Korwina: im mniej państwa, tym więcej państwa” (Za Wojciech Orliński). 
  Osobnym problemem jest to, że by pomnażać bogactwo na wolnym rynku, wpierw to bogactwo trzeba mieć. Żadne biedne państwo nie wzbogaciło się, zawierzając wyłącznie wolnemu rynkowi. Korea Południowa czy państwa skandynawskie doszły do wysokiego poziomu rozwoju właśnie dlatego, że państwo było aktywnym graczem na rynku. Rządy wyżej wymienionych krajów dogadały się ze swoimi firmami, że będą je wspomagać, w zamian one będą inwestować w kraju i grzecznie płacić podatki. To właśnie tej polityce swoją potęgę zawdzięczają tacy potentaci, jak Daewoo czy Maersk. 
  Pozytywnym przykładem państwowej polityki gospodarczej może być nawet II Rzeczpospolita. Po odzyskaniu niepodległości wielu ludzi próbowało swoich sił jako armatorzy. Próby te kończyły się najczęściej kompromitacją; rynek morski był zbyt kosztowny i trudny, aby ktokolwiek dysponujący skromnymi funduszami i liczący na zysk najlepiej po kilku miesiącach funkcjonowania mógł się na nim utrzymać. Na szczęście po przewrocie majowym państwo zainwestowało spore sumy w rozwój własnych linii żeglugowych, zarówno towarowych, jak i pasażerskich. Trzeba było nie tylko kupić statki i skompletować załogi, ale też liczyć się z tym, że przez kilka lat trzeba będzie dopłacać do interesu. Polska Żegluga Morska dopiero dziesięć lat po powstaniu zaczęła przynosić zyski, ale opłaciło się; tuż przed wojną tonaż polskiej floty wynosił około 100 000. Która spółka byłaby w stanie zignorować naciski akcjonariuszy, liczących na szybkie zyski, i przez dziesięć lat nomen omen topić potężne kwoty w przedsiębiorstwa, nie mając gwarancji sukcesu? 
  Jedną z największych bolączek polskiej rzeczywistości jest wciąż zbyt mała ilość mieszkań (problem ten ciągnie się długo; Nie ma róży bez ognia Stanisława Barei równie dobrze mogło zostać nakręcone dzisiaj). Funkcjonuje przekonanie, że wystarczy odrolnić wszystkie grunty, zlikwidować kontrole urzędów nad budownictwem, a ludzie sami sobie wybudują tanie domki; koszt całorocznego taniego domku mógłby wynieść mniej niż kawalerka w dużym mieście. Brzmi pięknie; podobną wizją kusiła Małgorzata Musierowicz, która jedną z Borejkówien ulokowała pod Poznaniem w przerobionej altance ogrodowej. Nawet gdyby pomysł miał się powszechnie ziścić, pozostaje pytanie: a co z wodociągami, kanalizacją czy prądem? Ponadto mieszkać to jedno, a przecież trzeba codziennie dojeżdżać do pracy czy szkoły. Nawet jeżeli ktoś kupi sobie tani samochód, to przecież jego dzieci nie będą miały prawa jazdy. W Stanach Zjednoczonych rozwiązano ten problem dzięki charakterystycznym żółtym autobusom szkolnym. Jak widać – są problemy, z którymi obywatele sami mogą dać sobie radę, ale i są takie, w których niezbędne są rozwiązania systemowe. W takich zaś najlepiej daje sobie radę państwo. 
  Powrócę jeszcze do kwestii państw skandynawskich. Pojawiają się zarzuty, że zawdzięczają one swoje bogactwo ropie. To nieprawda. Jakie bogactwo poza drewnem miała na przykład Finlandia, będą w dodatku, podobnie jak Polska, przez cały XIX wiek w zaborze rosyjskim? Jedynie Norwegia okazała się być szczęśliwcem, mającym ogromne złoża ropy naftowej. I nawet ona jest dobrym przykładem sukcesu skandynawskiej polityki gospodarczej. Nie pozwoliła, aby na bogactwie położyły ręce zagraniczne koncerny, tylko zainwestowały we własny Statoil i zadbała, aby zyski z ropy naftowej posłużyły całemu społeczeństwu. Efekty widać gołym okiem. Mieć bogactwo to mało – trzeba jeszcze umieć je wykorzystać.

Różnice między obywatelami zawsze będą.

Oczywiście. Nie ma w tym nic złego, a wręcz przeciwnie. W modelu socjaldemokratycznym chodzi tylko o to, żeby żadna grupa społeczna nie zdominowała innej i żeby swoją pozycję zawdzięczać można było nie tylko urodzeniu.

Socjaliści nienawidzą pieniędzy!

Socjaliści nie mają nic przeciwko pieniądzom, póki jedynie pełnią funkcję wygodnego środka płatniczego. Sprzeciw budzi dopiero ta sytuacja, kiedy zaczynają odgrywać dominującą rolę; kiedy pytania „czy to jest słuszne?” albo „czy to jest potrzebne?” zostają zastąpione „czy to się opłaca?”.

Socjaliści nienawidzą wolności!

Nieprawda. Jedynie źródła niewoli doszukują się gdzie indziej. Miliardy ludzi na świecie jest zniewolonych przez nędzę albo pułap niewielkich dochodów. Jest to niewola tym groźniejsza, że nie widać kajdan, które można roztrzaskać, lub krat, które można wyrwać. Bieda jest tym groźniejsza, że obawa przed utratą nawet skromnego status quo potrafi paraliżować próby zmian. Nominalnie są wolni, lecz co z tego, skoro oddalenie się od domu dalej niż na zasięg piechura często jest ponad ich możliwości finansowe? Wolność to nie tylko paszport w kieszeni, ale także pieniądze na bilet w portfelu.

 Dla równowagi dodam, że bogactwo w kraju nędzarzy też nie jest przepustką do wolności. Cóż to za wolność, gdy towarzyszy jej nieustanny strach przed utratą majątku lub życia? Kiedy jest się zmuszonym do obcych tobie zachowań, byleby nie utracić swojej pozycji? Kiedy rodzice mają nad tobą władzę, gdyż oni decydują o brzmieniu testamentu? 
  Człowiek prawdziwie wolny to ten, który ma możliwość zmiany swojego położenia. Do tego mniej są potrzebne pieniądze, a bardziej świadomość swojej doli – bowiem mentalność też bywa kajdanami. Wolność jest wtedy, kiedy w podjęciu decyzji bardziej się kieruje pragnieniami niż potrzebą lub koniecznością. I takiej wolności życzę każdemu.