Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Smętek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Michał Smętek. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 listopada 2017

Quo Vadis?

Jak widać, musiałem na dobre dwa lata temu zarzucić prowadzenie tego bloga. Na przeszkodzie stanęły mi szeroko pojęte obowiązki życiowe.

Musiałem na dłużej zarzucić pisanie dłuższych tekstów. Udzielałem się, tworząc fanpage Razem Pomorze - profil facebookowy pomorskich struktur Partii Razem. Powstało tam wiele udanych komentarzy politycznych mojego autorstwa. Spora część się zdezaktualizowała, ale pod niektórymi także i dzisiaj bym się podpisał, na przykład tym:



Jakieś 200 000 wyświetleń i kilkaset udostępnień. Miałem sporą satysfakcję z tego posta, zwłaszcza że obecni admini fanpejdża mogą jedynie pomarzyć chociaż o dziesiątej części takich zasięgów.

Obecnie m.in. prowadzę działalność wydawniczą. Rezultaty można zobaczyć poniżej, do czego serdecznie zachęcam:

  • Oficjalna strona pisarza Konrad T. Lewandowski - przewodas.pl. Można zapoznać się tam z różnorodnymi materiałami dotyczącego twórczości autora: bibliografię, biografię, fragmenty książek czy eseje.
  • Exlibris.net.pl - księgarnia internetowa, gdzie można kupić wydane przeze mnie książki.

sobota, 25 lipca 2015

Siła bezsilnych



— Mości panowie! — mówił [pan Zagłoba – M.S.] — popadłem w niewolę — prawda jest! — ale fortuna kołem się toczy. Bohun całe życie bijał, a my dziś jego pobili. Tak to, tak! zwyczajnie na wojnie! Dziś ty garbujesz, jutro ciebie garbują. Ale Bohuna za to Bóg skarał, iż nas, śpiących smaczno snem sprawiedliwego, napadł i w tak bezecny sposób rozbudził. Ho, ho! myślał, że mnie swoim plugawym językiem przestraszy, a tu mówię waściom, jakem go przycisnął, tak zaraz stracił fantazję, zmieszał się i wygadał to, czego nie chciał […].
— Prawda! prawda! — wykrzyknął pan Longinus. — Ot, jak mnie Bóg miły! niejeden mógłby się z waścią na rozum pomieniać.
— Jeno ja bym się nie z każdym mieniał od strachu, abym zaś boćwiny zamiast rozumu nie kupił, co by mi się między Litwą snadnie przytrafić mogło.
— Już swoje zaczyna — rzekł Longinus.

- Henryk Sienkiewicz, Ogniem i mieczem, Wolne Lektury

Zagłoba, jak to Zagłoba, oczywiście ubarwił opowieść o swojej konfrontacji z Bohunem, jednak z prawdą się nie minął.
Ów fragment Ogniem i mieczem przypomniał mi się niedawno, gdy opuszczałem swoje krótkotrwałe miejsce pracy na jednym z nadmorskich kempingów. Przyjechałem znęcony całkiem niezłą pensja i chęcią poznania czegoś zupełnie nowego. Jednocześnie byłem przygotowany na ewentualność, że właściciel może okazać się oszustem – co w przypadku branży sezonowej było bardzo prawdopodobne.
            Celowo unikam nazwy przedsiębiorstwa, ponieważ nie jest ono istotne. Podczas mojej kariery zawodowej zetknąłem się z paroma naciągaczami i metody każdego z nich były zupełnie różne.
            Dyrektor był zwolennikiem działań mało wyrafinowanych, za to skutecznych. Przez półtora dnia pracy podczas rozmów z współpracownikami zorientowałem się, że zawierane umowy nic nie były warte, a szef – jeśli w ogóle płaci – to jedynie „do ręki”. Świstek, dumnie nazwany „umową o dzieło”, pokazano mi w recepcji: zero konkretów, kilka ogólników i życzeń. Żeby było śmieszniej, kazano mi podpisać – mimo braku wpisanej kwoty i podpisu dyrektora! – i ją zostawić. Oczywiście odmówiłem i pozostawiłem formalności do czasu powrotu kogoś kompetentnego, czyli szefa.
            Rozmowa z dumnym polskim przedsiębiorcą okazała się fascynująca. Podczas kilkudziesięciu minut na przemian grożono mi i przyjaźnie klepano po ramieniu. Wzruszyło mnie na pozór szczere zatroskanie dyrektora, że mu nie ufam. Skąd jednak wziąć zaufanie, skoro dość jasno wyłożył mi swój stosunek do pracowników, dając mi do zrozumienia, że jestem na jego łasce? Najciekawsze, że nawet gdybym go nagrał, na nic by mi się to nie zdało – na tyle sprawnie unikał konkretów i operował aluzjami. Trafiłem więc na kogoś naprawdę doświadczonego.
            Jednak czym dłużej z nim rozmawiałem, tym pewniej zaczynałem się czuć. Zrozumiałem bowiem, że… on się boi! Ja miałem do stracenia raptem półtora dnia, jakie spędziłem na harówce, czym się nie przejmowałem, bo byłem przygotowany na taką ewentualność jeszcze nim wsiadłem do pociągu. On o wiele więcej i czym dłużej próbował mnie przekonać, że jestem wobec niego bezsilny, tym bardziej byłem przekonany, że kłamie. Postanowiłem nie ustępować.
            W rezultacie wyszedłem z dużo większą kwotą niż się umawialiśmy.

Nie napisałem tego, żeby się pochwalić. Jeszcze jak opuszczałem kemping, trochę z żalem pomyślałem o tych wszystkich, którzy zostali w tym ośrodku – i w wielu innych. Notkę adresuję do wszystkich, którzy dali sobie wmówić, że są na łasce pracodawców. Po pierwsze, nie pracodawców, bowiem to pracownik daje pracę; tak więc już na poziomie semantyki zaczyna się oszustwo. Po drugie, to nieprawda.
            Przedsiębiorca ma przewagę jedynie nad pojedynczymi pracownikami, ponieważ tych może łatwo wymienić. Być może temu służy częsta rotacja w firmach nastawionych na wyzysk – żeby między pracownikami nie wytworzyły się jakieś więzi. Grupa bowiem może stanowić dla niego zagrożenie. Przykładowo wystarczyłoby, żeby na takim kempingu odbył się półdniowy solidarny strajk: w środku sezonu turystycznego negocjacje odbyłyby się błyskawicznie i dyrektor przyjąłby każde warunki, może poza najbardziej wygórowanymi. Każda alternatywa oznaczałaby dla niego paraliż przedsiębiorstwa. Nie warto byłoby mieć skrupuły wobec oszusta. Na wątpliwości, czy taki strajk byłby legalny, odpowiadam: jeżeli na tym kempingu ktoś miał w ogóle jakieś umowy (to nie było oczywiste), to wyłącznie o dzieło. Przykładowo barman miał wpisaną w swoją obowiązek przygotowania kilkuset drinków w określonym, miesięcznym terminie. Wywiązać się z warunków mógł w jeden wieczór, rozlewając wódkę i napoje z pobliskiego dyskontu do plastykowych kubeczków.
            Etatowi pracownicy muszą spełnić szereg warunków, żeby strajk był legalny. Zatrudnieni na śmieciówkach (zwłaszcza takich, jakie ostatnio widziałem!) w każdej chwili mogą rzucić robotę i przedsiębiorca byłby ostatnią osobą, która miałaby ochotę na interwencję służb wobec ludzi, którzy formalnie nawet u niego nie pracują. Grzechem byłoby tego nie wykorzystać.
            Różne są sytuacje i różne mogą być metody wpłynięcia na szefa. Zachęcam wszystkich wykorzystywanych, aby nie poddawali się i walczyli o siebie – najlepiej solidarnie i twardo. Nie warto się korzyć: ani to wygodne, ani opłacalne.

Oczywiście nie wątpię, że nawet gdyby Polskę owładnął prekariacki duch, „pracodawcy” szybko zaczęliby przeciwdziałać. Czy to jako lobbyści, czy jeszcze sprytniejsi oszuści. Na dłuższą metę bez interwencji państwa nie może się obyć. Prędko to się jednak nie stanie, biorąc pod uwagę stan Państwowej Inspekcji Pracy. Szkoda, bo państwo – nawet polskie – jak chce, potrafi być skuteczne. Ten sam dyrektor, o którym powyżej pisałem, prowadził na kempingu dwa sklepy: w obu były kasy fiskalne i wydaje się, że w handlu nie pozwalał sobie na żadne przekręty. Czy doczekamy się czasów, kiedy państwo będzie równie pilnie dbało o prawa pracownicze, jak o paragony fiskalne?

Ostatnimi czasy z różnych względów bardzo bliska postacią stał się dla mnie Leopold Tyrmand. Opuszczając kemping, wspominałem jego przeżycia z czasów II wojny światowej. Autor Złego, polski żyd, większość światowego konfliktu spędził w Niemczech, imając się różnych zawodów, na przykład stewarda na statku pasażerskim czy kelnera w dobrej restauracji. Uratowały go sfałszowane francuskie papiery i doskonała znajomość języka Moliera, dzięki czemu mógł ukrywać prawdziwe pochodzenie w samej paszczy lwa. Swoje przeżycia zawarł między innymi w powieści Filip. Wspominając ją, z rozbawieniem skontaktowałem, że główny bohater miał wiele realnych powodów do obaw: aresztowanie, deportację do obozu koncentracyjnego, powieszenie za kontakty z Niemkami itd. Jednej troski jednak zabrakło na kartach książki: obawy, że zostanie oszukany przez szefa. Tym mógł sobie nie zaprzątać głowy, gdyż wiedział, że nad jego prawami pracownika czuwał Arbeitsamt.
            Napisanie, że za Hitlera było lepiej, niebezpiecznie zbliżyłoby mnie do retoryki pewnego polityka z muszką. Nie napiszę więc tego, tym bardziej, że wcale tak nie uważam. Refleksję pozostawiam tobie, czytelniku. 

sobota, 9 maja 2015

Przegląd piosenki pozytywnej: Georges Brassens





Mam duży problem z poezją śpiewaną. Uwielbiam ją słuchać, ale nierozważnie dawkowana potrafi wpędzić w nastrój depresyjny. Nic dziwnego. Jakoś tak się zdarzyło, że w Polsce najlepiej są znani ci bardowie, których ukształtowało życie w zniewolonym społeczeństwie: Jacek Kaczmarski, Włodzimierz Wysocki czy Lluis Llach (z Katalonii). W rezultacie pesymizm, mrok czy zwątpienie przebijają z ich piosenek. Nawet jeżeli taki Llach optymistycznie śpiewał o tym, że można wspólnym wysiłkiem można unicestwić zło – to jednak słuchając ma się świadomość, iż owo zło wciąż istnieje, a zwycięstwo nad nim wcale nie jest oczywiste.
             Sztuka bardowska w dużej mierze bierze się z protestu – a przeciw czemu może protestować bard żyjący w wolnym, demokratycznym kraju? Z państwa oraz społeczeństwa – a przede wszystkim jego mieszczańskiej warstwy.
            Georges Brassens był francuskim piewcą anarchizmu. Przez długie powojenne dekady (aż do swojej śmierci na nowotwór w 1981 roku) bezlitośnie wykpiwał w swoich piosenkach policjantów, prawników, kler czy biznesmenów. Od swoich kolegów po gitarze z innych krajów odróżniał się tym, że nie walczył z systemem; raczej obnażał jego śmieszność i małość. Nie ograniczał się do kontestacji. Gros jego twórczość to pochwała takich cnót, jak miłość (choć potrafił sarkać na różne jej objawy) czy przyjaźń. Jego piosenki może nie pchnęły do zmieniania świata, ale z pewnością czyniły go piękniejszym – i jakoś łatwiejszym do zaakceptowania.   



W Polsce największy wkład w rozpowszechnienie jego pieśni miał Zespół Reprezentacyjny, założony na początku lat 80. przez Filipa Łobodzińskiego (dziś znanego tłumacza i dziennikarza, a w młodości odtwórcy roli Dudusia w Podróży za jeden uśmiech) i Jarosława Gugałę (dziennikarza, szefa „Wydarzeń” Polsatu). Zła opinia wyraża sprzeciw wobec ruchów masowych, krępujących wolność jednostki. Identyczną wymowę ma piosenka Ja Jacka Kaczmarskiego; brakuje jej jednak tego humoru i dowcipu, za to jest ciężka i patetyczna. Jej wykonawca Przemysław Gintrowski powiedział kiedyś, że jeśli postanowi popełnić samobójstwo, zaśpiewa kilka razy z rzędu Ja. Zastanawiające – obie pieśni mówią dokładnie o tym samym, a jak różne wrażenia pozostawiają!





W tej pieśni Brassens również poruszył podobną kwestię, co w Złej opinii – zgubnego wpływu idei na masy ludzkie. „Dla idei ponieść śmierć – któż zna ideę lepszą?/ Ja jednak żyję, bo na próżno szukam ich”.



Chyba najbardziej lubię te utwory Brassensa, które stanowią swoiste krótkie fabuły. Mamy tutaj historię, puentę, prawnika w opałach i dużo śmiechu (aczkolwiek sprośnego). Czegóż chcieć więcej?



Zespół Reprezentacyjny – wbrew pierwszym skojarzeniom – nie ma nic wspólnego z kompanią reprezentacyjną WP ani niczym podobnym. Nazwa oznacza, że zespół (Re)prezentuje utwory, czyli po prostu śpiewa covery. Swoją przygodę z estradą muzycy zaczynali od piosenek Lluisa Llacha, które idealnie wpasowywały się w nastrój pierwszej „Solidarności”. Kiedy więc zmienili repertuar i zaprezentowali publiczności dorobek francuskiego śpiewaka, część ich fanów uznała to za zdradę. Bo jak w trudnych czasach rządów generała można śpiewać o TAKICH rzeczach?!



Spośród wszystkich postaw, jakie reprezentują artyści, najbliższa mi jest ta zaprezentowana w Cenie sławy. Podmiot liryczne zapewnia w niej, że „miast sensację wzbudzać, wolę ćwiczyć słuch/ Piosenki sobie śpiewać i drapać się w brzuch”. Artysta bowiem jest od tworzenia; w każdej innej roli wypada żałośnie. Nieliczne wyjątki to osobnicy wielu talentów.



To nie rozczarowanie niektórych słuchaczy pogrążyło zespół, lecz nowa rzeczywistość. Niedługo po ’89 muzycy nagrali dwie płyty, aby uwiecznić swój dorobek, i przeszli do innych zajęć. Łobodziński zajmował się m.in. tłumaczeniem bajek Disneya, a Gugała po kilkuletniej przygodzie z TVP został ambasadorem Polski w Urugwaju. Panowie reaktywowali zespół dopiero w 2007 roku, i to w wielkim stylu. Wydali płytę Kumple to grunt. Tytułowa piosenka to jedna z najmniej pretensjonalnych piosenek o przyjaźni, jakie słyszałem.



Było już o prawnikach, to teraz o policjantach. W całej twórczości Brassensa pobrzmiewa anarchistyczna wiara w mądrość ludu, dla którego wszelka władza jest jedynie przeszkodą.

Piosenka W rynsztoku w serwisie wrzuta.pl
W rynsztoku najlepiej się słucha po Pogromie. Kogo zwiodła nadzieja zawarta w tej drugiej, niech na odtrutkę posłucha, co przydarzyło się podmiotowi lirycznemu, gdy „przepiwszy cały portfel, chciałem wziąć na krechę”! Piosenka ta burzy ostatnie bastiony nadziei, że są na tym świecie jakieś pewne rzeczy. I, jak to u Brassensa, nie jest to powód do zmartwienia!



Jedna bardziej przewrotnych piosenek w repertuarze Brassensa. Odpowiedź dla tych, których ciekawi, jak piewca anarchizmu zareaguje na włamanie we własnym domu.





Georges Brassens żywił atencję do prostych ludzi, którzy nie dokonywali wielkich czynów, a jednak swoją pracą zasługiwali na najwyższy szacunek. Piosenka dla starego wieśniaka czy Marcin Bieda to swoiste pomniki dla tych wszystkich, którzy stanowią fundamenty każdego społeczeństwa.



Dwie poprzednie piosenki były trochę przygnębiające, więc teraz coś weselszego, choć wciąż w temacie prostych ludzi. Rogacz to ostrzeżenie dla wszystkich don Juanów, lekkoduchów i cwaniaków; może i bawicie się dobrze kosztem ludzi pracy, ale wiedzcie, że choć „połowica wspólna, wcale przecież nie znaczy, że jadło i napoje wspólne muszą być”!



Zetknąłem się z opinią, że przekłady Zespołu Reprezentacyjnego są dużo bardziej wulgarne niż oryginalne teksty. Faktycznie, coś w tym może być. Tutaj dla przykładu wykonanie piosenki Tu wiek nie ma znaczenia w przekładzie Wojciecha Młynarskiego.



Zdecydowanie jest różnica między „wał” a „żłób”, prawda? Wiedziony ciekawością, postanowiłem sprawdzić, co oznacza wciąż powtarzające się w oryginalnym tekście słowo „con”. 



Jak się okazało: „cipa”. To chyba rozstrzyga dylemat, czyje tłumaczenia są bliższe oryginałowi?


Róża, butelka i uścisk dłoni uświadamia, że nieufność, wyalienowanie, pogarda to bolączki nie tylko polskiego mieszczaństwa.



Co tu dodać? Zdecydowanie jedna z najbardziej wesołych i… poprawiających nastrój piosenek Brassensa. Idealna na zakończenie przeglądu. Kto dobrnął aż tutaj, w nagrodę usłyszy oryginalne wykonanie Goryla; tekst już jest znany, więc miłego słuchania!


piątek, 24 kwietnia 2015

Dziedzice nieistniejących tronów



Francja


 Powiedzieć we Francji, że jest się monarchistą, to mało. Koniecznie trzeba sprecyzować, czy jest się Bonapartystą, czy rojalistą; a jeśli tym drugim, to popiera się linię hiszpańską Burbonów czy może orleańską? Całe te zamieszanie jest dziedzictwem burzy politycznej, jaka przetoczyła się przez XIX-wieczną Francję.
 Za faktyczny upadek monarchii francuskiej uważam wybuch rewolucji 1789 roku. Zwołanie stanów generalnych raz na zawsze podważyło absolutną władzę króla, a jego ścięcie cztery lata później odebrało mu status pomazańca bożego. Ponieważ Burbonowie nigdy tego nie zrozumieli, ich kilkakrotne powroty na tron były krótkie i kończyły się ucieczką.
 We Francji utarło się, że królem jest zostaje się w momencie śmierci poprzednika, a koronacja jest potwierdzeniem już zaistniałego faktu. Dlatego francuscy rojaliści za królów uważają nawet tych przedstawicieli dynastii, którzy nigdy nie panowali. Po ścięciu Ludwika XVI następnym pomazańcem został automatycznie jego ośmioletni syn – Ludwik XVII. Chłopiec został w wyniku decyzji władz rewolucyjnych oddany na wychowanie do rodziny szewca-alkoholika i zmarł na gruźlicę dwa lata później. 
 Następnym królem został brat ściętego monarchy Ludwik XVIII. Po upadku Napoleona dwukrotnie wracał na tron Francji. Za pierwszym razem wystarczyła ucieczka Napoleona z Elby (tak zwane 100 dni Napoleona), by cała Francja odwróciła się od monarchy i ten musiał uciekać ze swej ojczyzny. Dopiero ostateczna klęska cesarza i zdecydowana postawa mocarstw europejskich była w stanie na dłużej umocować go na paryskim tronie. Był to ostatni król Francji, który nie zmarł na wygnaniu – zamknął oczy w 1825 roku. Po nim tron przejął jego młodszy brat, który panował jako Karol X.
 Krótkie to było panowanie. Obaj monarchowie próbowali rządzić, jakby nigdy nie doszło do rewolucji i nie potrafili zrozumieć, że tylko wtedy mają szansę panować, jeżeli dostosują się do zmian. W 1830 roku rewolucja lipcowa pozbawiła Karola X i jego potomków tronu Francji. Zmarł sześć lat później w Pradze. Po nim tytularnym królem stał się jego wnuk Ludwik XIX. 
 Henryk V
 We Francji nastąpiła 18-letnia epoka tzw. „monarchii lipcowej”. Za sprawą wojskowych nie doszło do proklamowania republiki, a tron przypadł byłemu rewolucjoniście, przedstawicielowi bocznej linii Burbonów (tzw. orleańskiej) – Ludwikowi Filipowi I. Lata nieurodzajów i próby krwawego stłumienia rozruchów w Paryżu i jego pozbawiły tronu. W 1848 zmuszono go do abdykacji i wyjechał do Anglii.
 Po tym wydarzeniu wygrały ideały republikańskie. To jednak okazało się zbyt mało, aby wówczas udało się zbudować trwałą republikę. Kto narzeka na jakość polskiej demokracji, niech wie, że Francuzi swoją budują już trzecie stulecie i wciąż im się nie udaje.
 Druga republika istniała nominalnie cztery lata, ale faktycznie zakończyła się w grudniu 1848, kiedy prezydentem został Karol Ludwik Napoleon Bonaparte. Brzmi znajomo? Słusznie, bo to był bratanek cesarza Napoleona I. Wykorzystując popularność swojego słynnego stryja, zrobił błyskawiczną karierę polityczną. Już w 1852 roku został cesarzem Francuzów Napoleonem III. (Napoleonem II był jedyny syn słynnego wodza, zmarły w 1832 roku). Gruntownie przebudował Paryż, za jego rządów gospodarka Francji błyskawicznie się rozwijała. Przegrał jednak wojnę z Prusami, co kosztowało go tron. Został zmuszony do wyjazdu w tradycyjnym już kierunku ucieczki dla francuskich koronowanych głów – do Anglii.
 W 1873 roku Burbonowie mieli szansę wrócić na tron. Nowy prezydent Francji Patrice Mac-Mahon był zagorzałym monarchistą, który za cel postawił sobie doprowadzenie do restauracji monarchii; sam uważał się jedynie za „prezydenta przejściowego”. Zamierzenie nie doszło do skutku z powodu nieprzejednanej postawy ówczesnego króla-pretendenta Henryka V (sukcesora Ludwika XIX). Uważał się za króla „z Bożej łaski” i ani myślał dzielić się władzą z parlamentem. Nie chciał się też zgodzić na pozostawienie trójkolorowego sztandaru rewolucyjnego jako flagi państwowej; nie przekonała go nawet propozycja kompromisowa z umieszczoną lilią Burbonów.
 Patrice Mac-Mahonowi nie udało się też dojść do porozumienia z linią orleańską Burbonów (w osobie Filipa VII) ani z Bonapartymi (reprezentowanymi przez syna obalonego cesarza – Napoleona IV). W 1879 roku podał się do dymisji, a nowym prezydentem został zaprzysięgły republikanin Jules Grevy. Umocnił on III Republikę, która spośród wszystkich form ustrojowych Francji po rewolucji okazała się najtrwalsza – przetrwała do 1940 roku. Za jego rządów została uchwalona ustawa o banicji, która pozbawiła wszystkich pretendentów możliwości mieszkania we Francji.
 Nie doczekał się jej Napoleon IV. Po abdykacji ojca wychowywał się w Anglii. W 1879 roku przyłączył się do armii brytyjskiej w Afryce Południowej jako obserwator i poniósł śmierć podczas jednej z potyczek z Zulusami. Wydarzenie to upamiętnił Bolesław Prus w Lalce. Po nim pretensje do tronu cesarskiego przejął jego kuzyn Napoleon V, który ożenił się z córką króla Belgii. Przez następne lata Bonapartowie mieszkali w nieopodal Brukseli. W 1914 roku próbował wstąpić do armii francuskiej, jednak mu odmówiono. Odmówiono też jego synowi ćwierć wieku później. Nie zrażony tym Napoleon VI wstąpił w 1939 roku do francuskiej legii cudzoziemskiej pod fałszywym nazwiskiem jako czternastolatek! W uznaniu jego zasług został odznaczony orderem Legii Honorowej i zezwolono mu po wojnie zamieszkać we Francji. Obecnym dziedzicem jest jego syn Napoleon VII. 

Napoleon VI (proszę zwrócić uwagę na uderzające podobieństwo do pierwszego cesarza)


 Ze swoich pretensji nie zrezygnowała również linia orleańska. Podobnie jak Napoleon VI, Henryk VI w 1940 roku zgłosił swój akces do armii francuskiej, czego mu odmówiono, więc wstąpił do legii cudzoziemskiej. Poprawiło to jego notowania wśród Francuzów, dzięki czemu i jemu cofnięto po wojnie zakaz banicji. Obecnym pretendentem do tronu Francji z linii orleańskiej jest jego syn Henryk VII.
 Główna linia Burbonów wygasła w 1883 roku w momencie śmierci Henryka VI (tego, który zawiódł Patrice'a Mac-Mahonowa), jednak nie zakończyło to konfliktu między rojalistami. Natychmiast następcami tronu francuskiego ogłosili się hiszpańscy Burbonowie, jako najstarsi potomkowie Ludwika XIV. Przez krótki czas tytularnym królem Francji był nawet obalony w 1931 roku król Hiszpanii Alfons XIII. Po jego śmierci w 1941 roku nieistniejącymi tronami podzielili się jego synowie: starsza gałąź przejęła pretensje do francuskiego, a młodsza do hiszpańskiego. Obecnym królem pretendentem z tej linii jest Ludwik XX. Przejął pretensje do francuskiego tronu w dość tragikomicznych okolicznościach. Otóż jego ojciec Alfons II wybrał chyba najdziwniejszy sposób uświęcenia dwusetnej rocznicy wybuchu rewolucji francuskiej: 30 stycznia 1989 roku podczas jazdy na nartach… stalowa lina ucięła mu głowę! Jak tu nie uwierzyć, że nad Burbonami ciąży jakieś fatum?

 Znikające trony 

 Na początku XX wieku w Europie istniały tylko dwie republiki: Francja i Szwajcaria. Do tego zaszczytnego grona szybko dołączyła Portugalia: w 1908 roku zostali zamordowani król Karol I i następca tronu, a panowanie młodego króla Manuela II trwało zaledwie dwa lata. W 1910 w Portugalii została proklamowania republika. Największy jednak upadek tronów przyniosła I wojna światowa. Nie dożył jej końca symbol całej epoki Franciszek Józef I, władca monarchii Austro-Węgierskiej. Zmarł w 1916 roku, a jego następca Karol I musiał dwa lata później salwować się ucieczką z rozpadającego się imperium. Do dzisiaj obowiązuje w Austrii zakaz sprawowania jakichkolwiek funkcji publicznych przez Habsburgów. Podobnie dość mieli dynastii, która przez stulecia rządziła całymi połaciami Europy, Węgrzy. Oni co prawda w przeciwieństwie do Austriaków nie obalili monarchii, ale wprowadzili zakaz objęcia tronu przez Habsburgów. W rezultacie przez całe dwudziestolecie międzywojenne Węgry były królestwem z pustym tronem. Funkcję regenta sprawował admirał Miklós Horthy – taki węgierski odpowiednik naszego Piłsudskiego. Pat dynastyczny przerwało wkroczenie wojsk radzieckich i proklamacja republiki.
 Dożył końca I wojny światowej ten, kto w dużej mierze do niej doprowadził – cesarz Niemiec Wilhelm II. Po rewolucji na ulicach Niemiec musiał ratować się ucieczką do Holandii. Spędził tam resztę życia, pielęgnując ogród; okazał się podobno dużo lepszym ogrodnikiem niż władcą. Zmarł w 1941 roku, zdążył być więc świadkiem triumfów Hitlera; po zdobyciu Paryża przez Wehrmacht nawet wysłał Führerowi depeszę gratulacyjną. Następcami tronu niemieckiego są oczywiście jego potomkowie; obecnie jest to Jerzy Fryderyk Hohenzollern. Nikt jednak nie spieszy się, by pozwolić mu objąć rządy, toteż do końca życia pozostanie jedynie ciekawostką.
 Ciekawostką jest też to, że Hohenzollernowie w pewnym sensie pozostają także dziedzicami tronu… rosyjskiego! Rewolucja rosyjska pozbawiła życia większość przedstawicieli dynastii Romanowych, w tym samego cara i jego brata. Przez cały wiek XX powstawały co prawda liczne teorie, jakoby część dzieci Mikołaja II przeżyło wydarzenia w Rosji; najczęściej wymienia się księżniczkę Anastazję lub rzadziej Wielkiego Księcia Aleksego Mikołajewicza. Pojawiali się liczne „cudownie uratowane” dzieci cara. Byli to jednak zwykli hochsztaplerzy, którzy liczyli na majątek carski albo chociaż odrobinę sławy. Wszelkie hipotezy ucięły badania genetyczne na miejscu zbrodni: okazało się, że cała rodzina carska poniosła śmierć w Jakaterynburgu.
 W śmierć swojego syna Mikołaja II do końca życia nie wierzyła Maria Fiodorowna, wdowa po carze Aleksandrze III. Została uratowana z Krymu przez krążowniki brytyjskie; sama wsiadła na pokład dopiero kiedy się upewniła, że zostaną uratowani wszyscy uciekinierzy przed wojskami bolszewickimi. Z pochodzenia była Dunką, dlatego zapewne zdecydowała się osiąść w pałacu swojego siostrzeńca, króla Danii Christiana X. Nie było to łatwe dla nich obojga. Maria Fiodorowna traktowała gospodarza pogardliwie, gdyż był zaledwie królem, a nie Imperatorem. Ten nie pozostawał jej dłużny. Uważał, że marnuje zbyt dużo pieniędzy i kazał jej oszczędzać prąd; w odpowiedzi była cesarzowa nakazała służbie pozapalać wszystkie światła w jej części pałacu. Konflikt udało się zażegnać dopiero dzięki mediacji króla Wielkiej Brytanii Jerzego V, który wyznaczył swojej nobliwej krewnej stałą pensję. 

Wielki Książę Cyryl Władymirowicz


 Kiedy w 1928 roku Maria Fiodorowna zmarła, nic już nie powstrzymywało ocalałych członków dynastii, uznać Mikołaja II za zmarłego. Nowym carem ogłosił się Wielki Książę Cyryl, a po jego zgonie w 1938 – jego syn Włodzimierz. Odmówił współpracy z narodowymi socjalistami podczas II wojny światowej, a pod jej koniec wyjechał do Hiszpanii, gdzie ożenił się z potomkinią gruzińskiego rodu królewskiego. Ich jedyna córka Maria wyszła za mąż za księcia Franciszka Wilhelma Hohenzollerna – tak więc syn pary był Hohenzollernem. Tak w każdym razie uważa jego ojciec i część rodu Romanowych. Uparty dziadek Włodzimierz chciał jednak w nim widzieć swojego sukcesora. Można uznać, że udało mu się, gdyż w 1998 roku Jerzy Michałowicz przyjął tytuł cesarzewicza i piastuje go do dzisiaj. To jednak i tak jest kwestia czysto uznaniowa, gdyż nawet gdyby jakimś cudem znalazł się obecnie dostęp do tronu carskiego, to trzeba wiedzieć, że w skutek skomplikowanych wymagań dynastycznych żaden z obecnie żyjących Romanowów nie prawa do niego.

 Druga zagłada tronów europejskich

 Koniec II wojny światowej przyniósł zagładę tronów bałkańskich z powodu wkroczenia wojsk radzieckich. Satelickie rządy komunistyczne zmusiły do wyjazdu króla Rumunii Michała I oraz cara Bułgarii Symeona II. Po upadku komunizmu ten pierwszy wrócił swojej ojczyzny i mieszka w swoim zamku Sarin w zachodniej Rumunii. Stroni od polityki, ale chyba marzy o restauracji monarchii, skoro za swojego następcę uznał najstarszą córkę Małgorzatę. Również Symeon II nie wyklucza powrotu monarchii, ale ten krok uzależnia od woli samych Bułgarów. Póki co z ich woli w latach 2001-2005 sprawował funkcję… premiera!
 Jugosławia co prawda nie została zajęta przez wojska radzieckie, jednak zwycięstwo partyzantki Tity uniemożliwiła powrót obalonego przez Niemców w 1941 roku króla Piotra II. Monarcha organizował na obczyźnie ruch partyzancki, początkowo popierany przez Anglików. Dla Churchilla, niby konserwatysty, najważniejsza była jednak skuteczna walka przeciw Niemcom i dlatego postawił na silniejszego komunistę Titę. Na pytanie oburzonego doradcy, który argumentował, że ta decyzja doprowadzi do wzmocnienia komunistów, odpowiedział: „A pan zamierza po wojnie mieszkać w Jugosławii? Bo ja nie”. Skąd my to znamy? 
 Piotr II
 Piotr II zmarł na wygnaniu na alkoholizm. Obecnym następcą tronu jest jego syn Aleksander II Karadźordźewić, popierany przez silnych w Serbii nacjonalistów.
 Listę następców zlikwidowanych tronów kończy król Grecji Konstantyn II. Został obalony w 1967 roku, a sześć lat później grecka monarchia została oficjalnie zlikwidowana. Konstantyn II żyje do dzisiaj, a dwa lata temu nawet wrócił do Grecji. Mieszka obecnie w Porto Heli.

 Następcy polskiego tronu

 Wywód zacząłem od skomplikowanej sytuacji francuskich monarchistów, a zakończę jeszcze bardziej skomplikowanym polskich. Kogo bowiem osadzić na tronie polskim, gdyby hipotetycznie takowy się pojawił? Ostatni Piastowie wymarli w XVII wieku, ale przecież żyją ich potomkowie. Podobnie nietrudno odnaleźć potomków Jagiellonów – są z nimi spokrewnieni przedstawiciele wszystkich europejskich dynastii, poza szwedzkimi Bernadotte. Odnalezienie tego, kto z tej pajęczyny powiązań rodzinnych ma najbliższe prawa do korony po Jagiellonach, to musi być fascynujące zadanie dla genealogów.
 Są monarchiści, którzy jako naturalnych następców widzą potomków saskich Wettinów, którym tron został przyobiecany w konstytucji 3 maja. Nawet zdążyli go odebrać – władcą Księstwa Warszawskiego (efemerycznego tworu stworzonego przez Napoleona) był Fryderyk August, elektor saski. Kilka lat temu „Rzeczpospolita” swoją serię władców Polski zakończyła mało tradycyjnie: nie na Stanisławie Auguście Poniatowskim, tylko właśnie na księciu warszawskim. Dlaczego więc nie pociągnąć dalej pocztu? Wszakże ostatnim koronowanym królem Polski był Mikołaj I – koronacja odbyła się w Warszawie w 1829 roku, a echa tych wydarzeń mamy w Kordianie Juliusza Słowackiego. Może więc Romanowom powinien przypaść tron Polski?
 Niektórzy przedwojenni monarchiści chętnie widzieliby na tronie Bonapartych (którzy, jak już pisałem, żyją do dzisiaj). Inni chętnie nałożyliby koronę królewską na skronie… Józefa Piłsudskiego. Następnie zaś ożenili którąś z jego córek z przedstawicielem któregoś z polskich rodów książęcych. Plany te jednak nie wyszły poza fantazje wąskich grup arystokratycznych i monarchistycznych, w dużej mierze dzięki braku zainteresowania ze strony samego Marszałka.
 Po co jednak szukać dziedzicznych królów, skoro dziedziczenie nigdy się w Polsce nie przyjęło? Naszą tradycją jest od stuleci obieralna głowa państwa – i tego się trzymajmy. Każdy z prezydentów Polski w pewien sposób jest następcą polskiego tronu.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Czas egzorcystów - recenzja




http://esensja.pl/obrazki/okladkiks/237053_czas-egzorcystow_627.jpg Egzorcyzmy, opętania to nęcący temat dla twórców horrorów. Obrzędy, tajemnica, zdarzenia toczące się gdzieś poza granicami naszego życia – to wszystko działa na wyobraźnię. Niestety, przez ostatnie kilkanaście lat egzorcyzmy straciły nad Wisłą powab egzotyki. W nowym milenium liczba egzorcystów w naszym kraju wzrosła z czterech do… 120! Trudno rzec, co mogłoby tłumaczyć taką mobilizację przeciwko Księciu Ciemności. Można jednak dojść do wniosku, że dla sporej rzeszy rodaków opętania to chleb powszedni, skoro w kraju, w którym kuleje sprzedaż prasy, od dwóch lat utrzymuje się miesięcznik „Egzorcysta”. Wiara w opętania byłaby nawet zabawna, gdyby nie to, że już doszło w kraju do morderstw na tle egzorcyzmów.  Najgorsze, że morderstwa dopiero wierzchołek góry lodowej; należy spytać, ilu psychicznie chorych zostało pozbawionych pomocy, gdyż mieli pecha żyć w społeczności, gdzie bliżej do księdza niż lekarza? Egzorcyzmy to temat na horror, gdy egzorcystów w kraju jest kilku; kiedy ich liczba wzrasta do kilkuset, problem najlepiej oddaje inny gatunek – kryminał. 


 Ów zapewne sam się narzucił Konradowi T. Lewandowskiemu, gdy po wieloletniej obserwacji Kościoła Katolickiego zdecydował się dotknąć jedną z jego najbardziej czarnych stron. W Czasie egzorcystów opisuje śledztwo prowadzone przez komisarza Louvaina. Główny bohater po nawróceniu zrobił błyskotliwą karierę dzięki życzliwemu wsparciu Kościoła. Sumienny glina jednak wpadnie w konflikt sumienia, gdy okaże, że w celu wyjaśnienia zagadki serii morderstw, będzie musiał przeciwstawić się władzom kościelnym.
 Nie zdradzę wiele, jeżeli napiszę, że tym głównym Złym okaże się Kościół. Lewandowski opisuje go jako pasożyta niszczącego wszystko co najlepsze, nawet miłość; stanowiącego przystań dla psychopatów i karierowiczów. Antyklerykałowie powinni być usatysfakcjonowani, na wierzących – jestem tego pewny – kryminał nie zrobi większego wrażenia. Dlaczego? Do agitki antykościelnej są bowiem już przyzwyczajeni, ba, dając jej odpór zapewne niejeden wierzący odnajduje sens w życiu. A Czas egzorcystów nie stanowi pod tym względem nic więcej.
 Lewandowski plastycznie opisuje rezultaty działań Kościoła, jednak nie wnika w ich mechanizmy. Kiedy Louvin traci łaskę biskupa, widzimy, jak znikają mu przywileje, jednak nie wiemy, jak to się stało. Jest napisane, że Kościół ma wpływ na media, ale już nie opisane. Działa na wyobraźnię jedynie to, jakie zagrożenie płynie ze strony zaprzedanych egzorcystom psychologów. Jednak już sama istota egzorcystów ginie. Rytuały są ledwie przedstawione. Odpowiedzi, dlaczego egzorcyzmy stają się coraz większą plagą, już w ogóle nie otrzymamy. Po zakończeniu lektury wiedziałem o egzorcyzmach tyle, co przed jej rozpoczęciem; a wiedziałem w sumie niewiele. Piszę rozczarowany, bo wiem, że Lewandowskiego stać na więcej.
 Może jednak jestem zbyt surowy? Powieść trzyma w napięciu do samego zakończenia. Autor z werwą i humorem opisuje perypetie dzielnego komisarza. Jak to u Lewandowskiego, nie brakuje szalonych pomysłów, jak na przykład rozwiązanie zagadki podczas rozmowy o poezji współczesnej czy to, jak skończył główny antagonista. Można być też spokojnym o opis działania policji, ponieważ Lewandowski korzystał z doświadczeń emerytowanych policjantów. Czas egzorcystów to znakomita książka rozrywkowa – tylko i aż tyle. Jeżeli ktoś potrzebuje czegoś ekscytującego do czytania, śmiało polecam. Na rozprawę z ciemnotą niestety przyjdzie nam jeszcze poczekać.
  
Konrad T. Lewandowski, Czas egzorcystów, Poznań 2014

wtorek, 14 kwietnia 2015

O westernie, który złamał schemat

Trudno wskazać bardziej amerykański gatunek filmowy niż western - może poza opowieściami o superbohaterach. A jednak najwięcej zawdzięcza europejskim, a właściwie włoskim twórcom. 

Pierwsze dekady powojenne to złote lata włoskiego kina. Włoski neorealizm wywarł ogromny wpływ na twórców na całym świecie, w tym także na przedstawicieli polskiej szkoły filmowej. Bez współpracy z włoskimi filmowcami nie powstałyby takie amerykańskie superprodukcje, jak El Cyd czy Ben Hur. Szarą eminencją włoskiej kinematografii był Michał Waszyński. Brzmi swojsko? Słusznie, bo to był Żyd z Kowna, który w przedwojennej Polsce zrobił zawrotną karierę: zaczynał jako goniec w wytwórni filmowej Sfinks, by szybko zostać jednym z najpłodniejszych polskich reżyserów. Podczas II wojny światowej wraz z II Korpusem generała Andersa trafił do Włoch i już tam został. To jemu zawdzięczamy szereg produkcji, w także i wyżej wspomniane. Jemu też zawdzięczamy odkrycie... Audrey Hepburn! Jemu wreszcie włoscy reżyserzy zawdzięczają możność produkowania filmów w Hiszpanii, gdzie było tanio i nie brakowało statystów. Jak się jemu - gejowi i Żydowi zarazem - udawała sztuka robienia interesów z hiszpańską prawicową juntą i Watykanem, to temat na inną opowieść.

Wydawało się, że zafascynowany Ameryką młody reżyser Sergio Leone pozostanie jedynie zdolnym rzemieślnikiem. Debiutował na początku lat 60. produkcją Kolos z Rodos. Był to akurat moment zmierzchu mody na starożytność, jaka panowała przez zeszłą dekadę. Mająca tarapaty finansowe wytwórnia Cinecittà musiała znaleźć inny temat. Postawiła na westerny.

W 1964 Leone nakręcił Za garść dolarów - opowieść o dobrym rewolwerowcu, który przybywa znikąd do amerykańskiego miasteczka, wstrząsanego wojną dwóch gangów. Film niezbyt był oddalony od schematów z klasycznych westernów, a co więcej plagiatu doszukał się w nim japoński reżyser Akira Kurosawa. Zauważył, że fabuła podejrzanie przypomina jego film Straż przyboczna, którego akcja toczyła się w średniowiecznej Japonii. Wytoczył proces i wygrał. Nie była to zresztą pierwsza sytuacja, kiedy jego film osadzony w tychże realiach został przerobiony na western; wcześniej taki los spotkał jego Siedmiu samurajów, którzy posłużyli za inspirację dla... Siedmiu wspaniałych!

Za garść do dolarów i nakręcony rok później Za kilka dolarów więcej nie zwiastowały przełomu. Zwracały uwagę aktorstwem: może i Clint Eastwood miał tylko dwie miny (w kapeluszu i bez), jak twierdził Leone, ale idealnie pasował do powierzanych mu ról. To one właśnie przyniosły mu sławę. Nie można była przejść obojętnie wobec wspaniale nakręconych zdjęć. Miały wspaniałą muzykę - to właśnie od westernów Leone'a zaczyna się kariera kompozytora muzyki filmowej Ennio Moricone'ego, zresztą jego kolegi ze szkolnej ławki.

A jednak z jakiegoś powodu Leone nie miał odwagi opuścić czarno-białej wizję świata na Dzikim Zachodzie. Dokonał tego dopiero w swoim trzecim westernie - Dobry, zły i brzydki. Łączył w nim doskonałą robotę filmową wraz z śmiałym wyjściem poza wszelkie schematy westernu.



Wbrew tytułowi próżno szukać w tym filmie dobrych. Główni bohaterowie to przestępcy, nie wzdragający się przed zabójstwem, oszustwem czy kradzieżą. Co już zupełnie rzadko spotykane, pozbawieni są nawet jakiegoś szczątkowego kodeksu honorowego, a jedyną ich motywacją jest chęć zysku. To sprawia, że rywalizacja trójki bohaterów o naprawdę duże pieniądze jest tak fascynująca - bo można się spodziewać naprawdę wszystkiego.

Dobry, zły i brzydki to przykład doskonałego połączenia muzyki i obrazu. Reżyser odtwarzał na planie muzykę Morricone'ego, tak by aktorzy mogli zharmonizować wraz z nią swoją grę. Widać to zwłaszcza w finałowej scenie pojedynku. Nawet jeśli ktoś nie widział filmu, polecam ją obejrzeć jako przykład mistrzowskiej roboty filmowej. Film jest tak zaskakujący, że obejrzenie poniższego klipu z pewnością nie zepsuje późniejszego seansu całości, do czego zachęcam!


piątek, 10 kwietnia 2015

W nas jest Raj, Piekło – I do obu – szlaki (Część 2)

-> CZĘŚĆ PIERWSZA

Opowiadam baśnie, choć smutne







Kiedy w 1990 stało się jasne, że PRL przeszedł do historii, przyjechał do kraju, aby zmierzyć się z własną legendą. Mimo że koncerty były organizowane w możliwie najbardziej przepastnych halach, jak chociażby Sala Kongresowa w Warszawie, a ludzi wpuszczano w ilości, jakiej nie przewidywały żadne normy bezpieczeństwa, i tak brakowało biletów, a przed kasami działy się dantejskie sceny. Jednak na samych koncertach panował absolutny spokój; nikt nie śmiał przeszkadzać artyście. Widownia dołączała się do śpiewania jedynie przy okazji Obław (Kaczmarski napisał ich kilka części) oraz Murów – oczywiście tych z '78 roku. To był jego autentyczny triumf. 

Równocześnie z trasą koncertową powstała niewielka wytwórnia Pomation, która miała na celu wydawanie śpiewników oraz kaset i płyt z piosenkami Jacka Kaczmarskiego. Jej działalność sfinansował sam bard, a założycielami była dwójka fascynatów jego twórczością. Firma szybko się rozrosła i otworzyła się na innych artystów. Obecnie, w ramach międzynarodowego koncernu EMI, jest jednym z największych producentów fonograficznych na polskim rynku.

Przez całe lata 80. występował solo, przygrywając sobie gitarą klasyczną. Podczas trasy koncertowej '90 wykonania były wzbogacone akompaniamentem fortepianowym Zbigniewa Łapińskiego. Jednak wobec coraz częstszych pytań o reaktywację tria, Kaczmarski postanowił reaktywować współpracę z Gintrowskim. Jesienią 1991 roku nastąpiło pierwsze po 10 latach spotkanie na scenie trójki artystów. Śpiewali głównie utwory z trzech pierwszych wspólnych programów, stąd nazwa trasy koncertowej – Mury w muzeum raju. Powrót okazał się na tyle dużym sukcesem, że zdecydowali się na kontynuowanie współpracy. 
 
Kaczmarski deklarował, że „nie jest wyrazicielem nastrojów społecznych” i że nade wszystko ceni sobie wolność artystyczną. Jednakże osoba przyszłego odbiorcy nie była mu obojętna. Każdy jego program był starannie przygotowywany pod kątem słuchaczy. Reagował na aktualną sytuację polityczną czy społeczną. Na przykład w następnym wspólnym programie Wojna postu z karnawałem na podstawie licznych przykładów, czerpanych z historii i kultury europejskiej artyści ukazali słuchaczom cienie i blaski czasów przemian. 
 
Trasy koncertowe okazały się na tyle wyczerpujące dla Gintrowskiego, że ten zrezygnował z udziału w następnym programie, Sarmacji, w której Kaczmarski odwoływał się do kultury szlacheckiej. Jak zwykle poszedł na przekór utartym schematom; profesor Jerzy Jedlicki stwierdził, iż płyta powstała „ku przerażeniu serc”.


Sczezł ustrój, a słowami pieśni
Wciąż okładają się współcześni






W 1994 została rozwiązana polska sekcja RWE. Kaczmarski po krótkim pobycie w kraju zdecydował o emigracji do Australii. Był zmęczony pracą w radiu, a potem życiem politycznym w kraju. W Australii oczekiwał spokoju, by móc tworzyć. Nie bez znaczenia miało też zabezpieczenie socjalne, jakiego nie mogła mu zapewnić Polska. 
 
Podczas emigracji rozpadła mu się rodzina. Kiedy podczas jednej z awantur Ewa została uderzona w twarz, wzięła córkę i wyniosła się z domu do schroniska dla bezdomnych matek. Patrycja wróciła do Polski już po śmierci ojca. Jako córka słynnego barda udzieliła kilku wywiadów, w których opowiedziała, że Kaczmarski nie był dobrym ojcem.

Cel artystyczny jednak osiągnął. Praktycznie co roku przyjeżdżał z nowym programem; przy okazji każdego nowego przyjazdu prezentował kilkanaście zupełnie nowych piosenek! Ostatni program stworzony w Polsce, Pochwała łotrostwa, miał charakter publicystyczny. Widać w nim było wpływ tego, czym wówczas żyła Polska: polityką, oczywiście, oraz wojną w byłej Jugosławii. Wyjazd do Australii wyraźnie pozwolił mu się wyciszyć, skupić się na tematach bardziej uniwersalnych. Nawet jak odnosił się do aktualnej sytuacji w Polsce, robił to z dystansem. Rechot Słowackiego z programu Dwie skały, inspirowany zapiskami z podróży romantycznego wieszcza, do dzisiaj nic nie stracił z aktualności. Rozwinął też swój kunszt gry na gitarze, co było tym istotniejsze, że zakończył współpracę ze Zbigniewem Łapińskim. 
 
Nie miał stałej publiczności. Jego fanami byli przede wszystkim ludzie młodzi, którzy dorośleli i z czasem przestali się interesować kolejnymi programami barda. Na ich miejsce przychodzili kolejni nastolatkowie. „Ja, jak wielu artystów, zachowuję młodzieńczą naiwność – tłumaczył ten fakt – dziecięcą wierność pewnym marzeniom. To działa właśnie na młodych ludzi. To, że oni są na moich koncertach i znają na pamięć piosenki, które pisałem, kiedy ich nie było na świecie i identyfikują się z nimi, oznacza dla mnie, że moje wybory artystyczne były trafne. Gdyby moje piosenki były związane z polityką, byłyby dla nich zupełnie nieczytelne”.

Niektórzy twierdzą, że jego piosenki zapełniają lukę po braku wielkiej powieści, jakiej nie doczekała się III RP. On sam mimo tego próbował swoich sił jako prozaik. Legenda głosi, że debiutancki Autoportret z kanalią wydał w wydawnictwie koleżanki ze studiów, której przed laty obiecał powieść erotyczną. Niezależnie od przyczyny powstania powieść o charakterze autobiograficznym, w której bez zahamowań opisał środowisko opozycyjne, wywołała skandal. „Gazeta Wyborcza” litościwie przemilczała książkę. Inne tytuły miały tyle delikatności, ile Kaczmarski w momencie pisania Autoportretu
 
Kolejne jego powieści nie wywołały już takiego szumu. Jako pisarz mógł czuć się niedoceniany. Jedynie uwielbiany przez niego Jerzy Pilch przyznał się na łamach „Polityki” we wspomnieniowym artykule, że lubi jego prozę.


choć się nicością sycą –
Ufają wszelkim obietnicom




Jesienią 2001 roku wystąpił ze swoim ostatnim programem Mimochodem – siedemnastu piosenkach „o tym co nam się w życiu przydarza mimochodem właśnie […] to znaczy zdajemy sobie sprawę, że coś w życiu zaszło, co o tym życiu decyduje, natomiast nie możemy już nic na to poradzić” (z zapowiedzi programu). Kilka miesięcy później coś takiego zaszło u niego w życiu: zdiagnozowano u niego raka krtani – bez większych nadziei na wyleczenie. 
 
Przemysław Gintrowski wspominał, że gdy Kaczmarski usłyszał diagnozę, spytał lekarza, czy będzie jeszcze śpiewał. Kiedy ten odpowiedział mu, że tu nie idzie walka o śpiew, ale o życie, bard wyszedł, by prędko nie wrócić. 
 
Leczył się w klinice w Austrii. Koszt pobytu w niej znacznie przewyższał możliwości finansowe barda, zwłaszcza iż z powodu braku możliwości występowania stracił połowę swoich dochodów. Zorganizowano więc szereg koncertów charytatywnych, których dochód miał być przeznaczony na leczenie. Jedynie niewielka część kwoty została na nie wydana. Przyjaciele Kaczmarskiego wspominali o wystawnych przyjęciach organizowanych w ostatnich dwóch latach życia. Bard nawet nie mógł z nich korzystać, był na tyle osłabiony z powodu choroby! Rak uniemożliwiał mu spożywanie pokarmów, łatwo więc sobie wyobrazić, co czuł na widok drogich potraw. Żeby poczuć chociaż ich smak, nosił ze sobą torebkę, do której spluwał przeżute pokarmy.

Ostatnie dwa lata spędził w niedokończonym domu swojej partnerki w Gdańsku Osowie. To ona odnalazła w internecie lekarza, który „przestał wierzyć w tradycyjną medycynę”. Oferował lek „nie znany współczesnej medycynie” o nazwie antyra, dzięki której rak miał się rozpaść od środka. Jedyną wadą specyfiku była, oczywiście, cena. Litrowa butelka kosztowała tysiąc złotych. Nie wiadomo, ile Kaczmarski kupił tych butelek, ale znamienne, że przynajmniej jedna transakcja była na kwotę... 28 tysięcy złotych gotówką! Lek po przebadaniu w policyjnym laboratorium okazał się bardzo kosztownym placebo. 
 
Bard do końca zachował przytomność umysłu. Świadczą o tym chociażby wiersze, artykuły i wywiady, jakich udzielił w chorobie. Jeszcze w przeddzień śmierci pracował nad nowym tekstem. Z drugiej strony jaką swobodę decydowania o sobie miał człowiek, który był tak osłabiony, że w każdej chwili groziła mu śmierć? W pewnym momencie całkiem stracił głos i z otoczeniem porozumiewał się za pomocą karteczek. „[...] weszłam do obcego dla mnie domu [w Osowej – M.S.] – wspominała Patrycja Kaczmarska-Volny – w którym także ojciec, jak podejrzewam, czuł się wyobcowany. Był bowiem kompletnie zależny od osób, które go otaczały”.


Przede mną dziesięć lat niepewnych,
Gdy każdy zmierzch mężczyznę miażdży,
Od wewnątrz pośpiech szarpie gniewny,
A z nieba mu znikają gwiazdy.
Który to przetrwa ten – dożyje
Zaszczytu, że sędziwie zgnije




Powyższa zwrotka pochodzi z napisanego w lutym 1995 Testamentu '95. Artysta tylko o rok się pomylił, gdy nieświadomie wywróżył własny zgon.

Ochrzczono go nieprzytomnego i – najprawdopodobniej – bez jego zgody w gdańskim szpitalu na prośbę jego partnerki Alicji Delgas. Zmarł kilka godzin po ceremonii, nie odzyskawszy przytomności. Został pochowany na powązkowskim cmentarzu wojskowym w Alei Zasłużonych. Na jego pogrzeb mimo deszczowej pogody przybyły tłumy, które wspólnie zaintonowały Mury
 
Kilka tygodni po śmierci wydano pośmiertnie tomik poezji Tunel, zawierający wiersze napisane podczas choroby. W 2005 roku podczas jubileuszowego koncertu „Solidarności” Jean Michelle Jarre zagrał Mury. Przez ostatnie 10 lat ukazało się kilkanaście wydań płytowych jego koncertów, antologia poezji (zawierającą niemal wszystkiego jego utwory – ponad 600 tekstów!) oraz liczne pozycje analizujące jego twórczość. Wydawane produkty są kierowane przede wszystkim dla jego zdeklarowanych fanów; gdy na rynku pojawił się box z nagraniami video jego koncertów, od razu włożono do niego pięć płyt, co wywindowało cenę do poziomu kilkuset złotych. Fanów zaś jest coraz mniej, co można wywnioskować po malejącej liczbie festiwali oraz zamierającym ruchu fanów w internecie. 
 
Kaczmarski zajął już poczesne miejsce w polskiej kulturze. Co roku jego twórczość jest tematem prac maturalnych czy magisterskich, co dowodzi, że wciąż fascynuje młodych ludzi. Jego teksty są przypominane przy różnych okazjach; gdy Polska żyła sprawą patrona jednej ze szkół – Brunona Jasieńskiego – „Gazeta Wyborcza” broniła poetę wierszem Epitafium dla Brunona Jasieńskiego
 
Być może nie doczekamy się renesansu popularności twórczości Jacka Kaczmarskiego, jaka miała miejsce chociażby 10 lat temu podczas jego choroby. Lecz „Zostały jeszcze pieśni./ One Już, chcę czy nie chcę, nie są moje./ Niech cierpią los swój – raz stworzone”.


Tytuł i śródtytuły są cytatami z wierszy Jacka Kaczmarskiego. Cytaty w tekście za: kaczmarski.art.pl oraz Gajda Krzysztof, To moja droga. Biografia Jacka Kaczmarskiego, Wrocław 2009


czwartek, 9 kwietnia 2015

W nas jest Raj, Piekło – I do obu – szlaki (Część 1)

10 kwietnia obok obchodów jednej rocznicy narodowej tragedii mija jedenasta rocznica innej. Równo 11 lat temu w gdańskim szpitalu zmarł Jacek Kaczmarski. Co zostało z dorobku „barda Solidarności”? Prezentuję pierwszą część eseju o Jacku Kaczmarskim.



Kiedy na kijowskim majdanie trwały demonstracje przeciw władzy Wiktora Janukowycza, we lwowskich knajpach młodzież śpiewała Mury Jacka Kaczmarskiego. Tym sposobem melodia katalońskiego barda Luisa Llacha towarzyszyła kolejnej rewolucji już piątą dekadę od swojego powstania. 
 
Oryginalna pieśń, L'estaca (Pal), powstała w dobie reżimu generała Franko. Opowiadała, że za sprawą wspólnego wysiłku można wyrwać pal krępujący nas wszystkich. Była to czytelna zachęta na rzecz zjednoczenia się przeciw zamordystycznym rządom junty, a jednak hiszpańska cenzura ją przepuściła. Kiedy władze się zorientowały w sile pieśni i zabroniły ją wykonywać, było już za późno. Słowa piosenki były już na tyle popularne, że wystarczyło, aby Llach zagrał samą melodię, a słuchacze i tak sami dopowiadali słowa; stąd fraza z piosenki Kaczmarskiego „i sama melodia bez słów...”. Jacek Kaczmarski był na trzecim roku polonistyki, gdy usłyszał nagranie L'estaca'i ze słynnego koncertu w 1976 roku. Dopiero co powróciwszy z emigracji Llach dał wówczas koncert na Placu Sportu w Barcelonie dla wielotysięcznego tłumu (nawet 30-tysięcznego), który razem z artystą śpiewał słynną pieśń. Mającego obsesję na punkcie indywidualizmu Kaczmarskiego wydarzenie to napełniło nieufnością do ruchów masowych i w 1978 roku napisał piosenkę o ludzie, który obraca się przeciw poecie, który wiódł go na barykadę. Pieśń zilustrował oryginalną melodią.

„Mój przyjaciel, tłumacz literatury hiszpańskiej, zapoznał mnie z twórczością Llacha – wspominał poeta. – Ja ze swoim socjalistycznym doświadczeniem, od razu miałem przed oczami tłum ludzi, który z tą piękną melodią na ustach wychodzi na ulice i szuka Żyda, bądź innego obcokrajowca-innowiercę, aby go pobić – jak to zresztą było przed wojną. Pomyślałem wówczas, że warto o tym napisać piosenkę i zrobić taki rodzaj happeningu z publicznością”. Ironią okazał się fakt, iż pieśń mająca wymowę antyrewolucyjną („A mury rosną, rosną, rosną/ Łańcuch kołysze się u nóg...” – pesymistycznie kończy się w utworze zryw ludowy) stała się nieformalnym hymnem „Solidarności”. Nie było w tym jednak nic zaskakującego. Nośna melodia Llacha w połączeniu z patetyczną pierwszą częścią tekstu Kaczmarskiego idealne nadawała się na pieśń rewolucyjną. Zdarzało się, że ostatnią, pesymistyczną zwrotkę publiczność zagłuszała. Twórca nierzadko irytował się na takie spłaszczenie jego utworu, jednak wykonywał go do końca życia – z uczuciem, że jest coraz lepiej rozumiany.

Na świat ten przyszedł w czepku, nie pod ułańskim czakiem



Pochodził z inteligenckiej rodzinie o żydowskich korzeniach. Rodzice – Janusz i Anna Trojanowska-Kaczmarska – byli malarzami. Wykształcenie pobrali w latach 50. w ZSRR. Obraz sowieckiej Rosji raz na zawsze pozbawił ich złudzeń co do komunizmu. Urodzonego 22 marca 1957 roku syna Jacka Anna uczyniła obiektem swojego eksperymentu, który opisała w wydanej w 1971 roku monografii Dziecko i twórczość. Opisała w niej aktywność twórczą swojego syna od ukończenia trzeciego roku życia przez następne siedem lat. Młody Jacek podobno był w jakiś sposób tego świadomy. „Chłopiec był przyzwyczajony do tego, że wszystkie jego czynności są obserwowane i komentowane w rodzinie – pisał biograf poety – dlatego rzadko kiedy przykładał się do zajęć, o których wiedział, że nie będą sprawdzane i oceniane przez dorosłych”. Mimo tego dziesięcioletni Jacek był „żywy i bardzo swobodny w zachowaniu, niezależnie od okoliczności”.
 
Rodzice, tłumacząc się „licznymi obowiązkami zawodowymi”, oddali syna pod opiekę dziadków. Od tego momentu miał Jacek miał z nimi kontakt wyłącznie „od święta”, jak sam wspominał. Pisał, malował, podejmował pierwsze próby muzyczne. Gotowe utwory dedykował rodzicom. Przy okazji każdego spotkania chciał się pochwalić jakimś nowym dokonaniem artystycznym; jakby przeczuwał, że wsiąknięci w świat sztuki rodzice zaakceptują go wyłącznie jako artystę. Był niewątpliwie utalentowany oraz, co chyba ważniejsze, miał poczucie własnej wartości, toteż uniknął frustracji. Tego szczęścia nie miała jego córka. Będąc pod nieustanną presją wymagającego ojca nie wytrzymała napięcia i wpadła w ostrą bulimię.

A ja dosiadam świni! I diabłów sto mnie goni!



Dziadkowie starannie zadbali o edukację wnuka. Kaczmarski znał kilka języków, był oczytany i miał sposobność rozwijać swoje talenty. Samodzielnie nauczył się grać na gitarze. Nim wziął instrument do ręki, nie wiedział nawet, jak należy go trzymać; w rezultacie do końca swojej kariery gitarę trzymał odwrotnie, co stanowiło jego znak rozpoznawczy. Nawet jeden z wrocławskich krasnoludków, nazwany na cześć poety „Bardusiem”, trzyma gitarę jakby był leworęczny. 
 
Jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu dojrzewającego artysty był koncert, jaki Włodzimierz Wysocki prywatnie dał w domu reżysera Jerzego Hoffmana. Podobno młody Kaczmarski został z niego wyrzucony, kiedy słynny rosyjski bard zorientował się, że go nagrywa. Miał wówczas zakaz występowania za granicą i obawiał się represji, gdyby nagranie trafiłoby w ręce służb.

Niemniej przynajmniej Polowanie na wilki Kaczmarski zdążył usłyszeć. Inspirując się nim, stworzył słynną Obławę – najbardziej znana po Murach pieśń Kaczmarskiego powstała, gdy bard miał zaledwie siedemnaście lat! Potem napisał jeszcze kilka innych piosenek zainspirowanych balladami Wysockiego, jednak jeszcze przed nastaniem Solidarności wyrósł spod wpływu twórczości swojego mistrza. Kiedy w 1980 roku Wysocki zmarł nagle, Kaczmarski poczuł potrzebę, by uczcić pamięć artysty, któremu zawdzięczał obraną drogę artystyczną. W ten sposób powstało Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego – monumentalna pieśń, inspirowana Boską komedią, będąca jednocześnie wyrazem hołdu dla barda, jak i ilustracją piekła, w jakim znalazło znalazło się sowieckie społeczeństwo. Kaczmarski zawdzięczał Wysockiemu nie tylko fascynację muzyczną, ale również charakterystyczną manierę śpiewacką, czyli chrypę, jakby się miało gardło zdarte nadludzkim wysiłkiem.

Początkowo występował głównie w prywatnych mieszkaniach, także KOR-owskich. Kiedy Krzysztof Kieślowski umieścił w Przypadku scenę w opozycyjnym mieszkaniu, nie mogło w niej zabraknąć pieśniarza z gitarą, który śpiewał Nie lubię wg Włodzimierza Wysockiego; zagrał go osobiście Jacek Kaczmarski. Niestety, scena została wycięta na żądanie władz. Została przywrócona dopiero niedawno, przy okazji rekonstrukcji cyfrowej filmu. 
 
Jeździł na festiwale. Był trzykrotnym laureatem Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie. Jednak za początek kariery scenicznej można uznać występy w kabarecie Jana Pietrzaka „Pod Egidą”. Dwudziestoletni Kaczmarski dostał się do niego za sprawą matki. Działał także w studenckim kabarecie „Piosenkariat”. Kiedy kierownik zespołu zadecydował o wycięciu z programu piosenek o tematyce malarskiej, obrażony Kaczmarski opuścił zespół i nie pojechał na II Konfrontacje Inicjatyw Kabaretów Studenckich. 
 
Piosenki inspirowane malarstwem pojawiały się przez całą karierę Kaczmarskiego. Nie były one prostymi muzycznymi ilustracjami płótna, lecz rozbudowanym komentarzem dotyczącym obrazu, a czasem i całej twórczości danego malarza. Najbardziej lubił twórczość Breughla, „który przedstawiał ogół jakiejś sytuacji, ale nie tak, aby tracić szczegół”. Jego obrazy idealnie nadawały na komentarze polityczne. Pejzaż z szubienicą, inspirowany Pejzażem ze sroką na szubienicy, wyrażał podobne lęki, co Mury: oto jednego dnia artysta hołubiony jest przez tłumy, które noszą go na rękach, a drugiego dnia wieszają. Co ciekawe, na obrazie nie ma samej sceny wieszania; tą dopowiedział Kaczmarski, niejako dopisując do obrazu ciąg dalszy akcji. Podobny zabieg zastosował Lech Majewski, ożywiając Drogę krzyżową Breughla w głośnym filmie Młyn i krzyż. Innym przykładem komentarza politycznego była piosenka Wojna postu z karnawałem również na podstawie Breughla. Utwór początkowo traktujący jedynie o kampanii prezydenckiej w Polsce roku '90 ostatecznie okazał stał się pieśnią tytułową jednego z najwybitniejszych programów poetyckich Jacka Kaczmarskiego. 
 
Na KIKS-ie jego Boscha i Ślepców zaśpiewywał inny artysta, a nieobecnemu Kaczmarskiemu przyznano nagrodę specjalną za teksty piosenek.

Za oknem Polska w tęczy! Jedźmy stąd!



Od 1979 roku występował w trio razem z Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim. Stworzyli razem trzy programy poetyckie: Mury, Raj i Muzeum; głównie z tekstami Kaczmarskiego, choć pojawiały się również wiersze innych poetów, między innymi Zbigniewa Herberta. Okres ich działalności przypadł na czas „karnawału Solidarności”. Publiczność oczekiwała hymnu, hitem więc stały się Mury. Jak nagła popularność podziała ka młodego Kaczmarskiego? Przecież był ledwo po ukończeniu polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim! Jego pierwsza żona wspominała, że wówczas „był trochę nadęty”. On sam kilka lat później w rozliczeniowej piosence Konfesjonał dokonał podsumowania siebie jako poety: „Uznałem, że mam prawo sądzić ludzi/ Dlatego tylko, że mam tę możliwość./ Poznawszy sposób – jak sumienia budzić/ Zbierałem obudzonych sumień żniwo”. 
 
Jako artysta szedł jednak własną drogą. W rocznicę porozumień sierpniowych wystąpił na Festiwalu Piosenki Prawdziwej, zorganizowanym przez Macieja Zembatego w hali w Oliwie, gdzie królowały takie przeboje, jak „uczyła mnie mama, by nie bać się chama” (lub bardziej dosadnie „bijące czerwonego”), a młodzi działacze „nosili się jak ministrowie kultury i mówili »tego nie piszcie, bo to wbrew interesom Związku«”, wspominał Jan Poprawa. Zaprezentował tam refleksyjne utwory o klęsce i cierpieniu, jak Rejtan, czyli raport ambasadora czy Zesłanie studentów.

W 1980 otrzymał na festiwalu w Opolu nagrodę dziennikarzy za Obławę. Rok później wspólnie z Przemysławem Gintrowskim został wyróżniony II nagrodą konkursu kabaretowego za Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego. Na obu tych festiwalach podczas transmisji z koncertu laureatów wystąpienia tria zostały wycięte, jednak członkowie ekipy radiowej zachowali sobie nagrania i później rozprowadzali je w podziemiu.

Ostatnią piosenką, jaką Kaczmarski stworzył w Polsce, było A my nie chcemy uciekać stąd – przejmujący opis pożaru w zakładzie psychiatrycznym w Górnej Grupie, w którym spłonęło żywcem kilkudziesięciu pensjonariuszy. Utwór był często brany jako alegoryczny wyraz sprzeciwu wobec emigracji z Polski. Jak na ironię, niedługo po napisaniu jego autor sam trafił na obczyznę.

Pamiętamy, co było
Więc wiemy – co będzie



Jesienią 1981 roku Kaczmarski razem z Gintrowskim i Łapińskim wyjechali na krótką trasę koncertową po Francji. Wyjazd okazał się nadspodziewanie owocny, bowiem otrzymali propozycję nagrania płyty ze strony wytwórni, która wcześnie wydawała we Francji m.in. Włodzimierza Wysockiego. Wobec otrzymania takiej szansy Gintrowski i Łapiński wrócili do kraju, by odwołać już zaplanowane tamże koncerty, natomiast Kaczmarski, jako jedyny znający francuski, pozostał w Paryżu. Ponowne połączenie się tria uniemożliwił wybuch stanu wojennego.

Nie wiadomo, dlaczego pozostał na emigracji. Po latach tłumaczył się zmęczeniem walką z cenzurą oraz swoim zaangażowaniem od razu po wybuchu stanu wojennego. Obawiał się też, że w kraju czekała go wyłącznie kariera zawodowego estradowca, „piszącego nie to, co płynie z głębi serca, ale tylko po to, by sprzedać to scenie”. 
 
Już rankiem po ogłoszeniu stanu wojennego protestował przed polską ambasadą. Pracował początkowo w komitecie Solidarności w Paryżu, ale Seweryn Blumsztajn uznał, że „nie nadaje się do papierkowej roboty”, i zaczął wysyłać go w trasy koncertowe. Występował charytatywnie, a dochody z koncertów były przeznaczane na pomoc dla kraju. On sam utrzymywał się jak typowy biedny imigrant, imający przypadkowych zajęć zarobkowych; na przykład zbierał pomidory na południu Francji. 
 
Ten okres był najbardziej buntowniczy w całej jego karierze. W Artystach oraz Marszu intelektualistów ganił nie dość jego zdaniem radykalnie sprzeciwiających się reżimowi artystów czy intelektualistów. Napisał też Zbroję, „która miała być hymnem śpiewanym na gruzach komunizmu”, czy Prośbę. W tej ostatniej pojawiają się słowa: „Bo kiedyś może się przydarzyć/ Że z którymś z nich powtórzę błąd/ Szukając uczuć w jego twarzy/ Zamiast go [komunistę – M.S.] zabić z zimną krwią”. Po latach odżegnywał się od najskrajniejszych utworów. Szybko bowiem doszedł do wniosku, że nie będzie dusił drutem własnego dziadka, komunisty jeszcze z czasów przedwojennych. 
 
W 1982 roku udało mu się sprowadzić na Zachód żonę. Od 1985 roku pracował w sekcji polskiej Radia Wolna Europa. Finansowana przez CIA stacja zapewniła mu znakomite warunki bytowe, jednak za cenę utraty przez niego niezależności. Oprócz autorskich Kwadransów Jacka Kaczmarskiego musiał oddawać się rutynowej dziennikarskiej pracy. Bardzo go to męczyło, co wielokrotnie podkreślał w wywiadach. Frustrowało go też podejście publiczności, która szukała w jego piosenkach wątków politycznych, zamiast docenić samą poezję. 
 
Z satysfakcją więc przyjął wieść o pojawieniu się w polskim podziemiu kasety Pijany poeta, czyli Jacek Kaczmarski inaczej, zawierającą jego biesiadne piosenki. „Podziemna polityczna poprawność zawyła – wspominali bracia Kurscy, którzy byli autorami nagrania – ale Jacek był zachwycony, że wreszcie udało mu się obsikać własny pomnik”. 
 
Po uniesieniu, jakiego doświadczał w pierwszych miesiącach po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy niektórzy jeszcze chcieli wierzyć w hasło „zima wasza, wiosna nasza”, szybko w jego twórczości zaczęło pojawiać się marazm i zwątpienie. Już pod koniec lutego '82 roku napisał piosenkę Wróżba, w której przewidywał, iż „nie będzie kary dla przeciętnych drani”, a nawet jeśli coś się zmieni, „nam wtedy będzie wszystko jedno”. Kiedy w Polsce na przekór ich wymowie pocieszano się Murami, a niektórzy domorośli artyści dopisywali bardziej optymistyczne zakończenia, Kaczmarski napisał kolejną część słynnego utworu. W Murach '87 (Podwórko) pełno było zgnilizny, błota i – przede wszystkim – grobów. Odzwierciedlał on stan duszy poety, który konsekwentnie osuwał się w alkoholizm. Odeszła od niego żona z małym synkiem.
Kaczmarski nie wierzył w upadek komunizmu. Jego zdaniem zmiany będą pozorne i ograniczone, czego wyraz dał w piosence o wymownym tytule Zaproszenie do piekła: „U nas wszystko wolno! Byle wiedzieć jak!”. On natomiast oczekiwał wyłącznie pełnej wolności, „to znaczy: przyjeżdżam i mogę robić co chcę, dopóki nikogo nie zamorduję albo nie obrażę”. -> CZĘŚĆ DRUGA