Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Kaczmarski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jacek Kaczmarski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 sierpnia 2015

Zbigniew Herbert w kulturze antyku



28 lipca minęła siedemnasta rocznica śmierci Zbigniewa Herberta. Ostatnio jestem na tyle zajęty, że dopiero dzisiaj znalazłem chwilę czasu, aby napisać kilka okolicznościowych słów. 



Cudowną zaletą prowadzenia bloga jest niemal całkowita wolność od oczekiwań kogokolwiek. Gdy piszę na zamówienie, muszę uważać, żeby „mnie” było jak najmniej; autor musi być przeźroczysty. Blog z natury jest osobisty, toteż wpis będzie poświęcony nawet nie tyle wielkiemu poecie, ile mojemu uwielbieniu dla jego poezji.

Ostatnie dwadzieścia lat przyniosło dużą szkodę Herbertowi. Zaanektowana przez prawicę, jego twórczość została wydestylowana wyłącznie do prostych prawd moralnych i martyrologii. Utwory komentujące polską rzeczywistość, choć pełne kunsztu, moim zdaniem stanowią uboższą część ogromnego „spadku” po Herbercie. Ogromnego, pisał bowiem przez całe życie. Leopold Tyrmand wspominał w swoim Dzienniku 1954, że zatrudniony w Centralnym Biurze Studiów i Projektów Przemysłu Torfowego Herbert nudził się potwornie, a że nie wypadało mu czytać gazet, oddawał się tworzeniu poezji. Kunsztu – ponieważ nawet stan wojenny potrafił na bieżąco opisać tak, że nawet teraz czytając Raport z oblężonego miasta, czuję ciarki na plecach. Tego chyba nie udało się nikomu innemu dokonać, nawet Jackowi Kaczmarskiemu.  

Najbardziej jednak lubię wiersze poświęcone mitologii i kulturze antyku. Herbert pochylał się nad popularnymi lub nie mitami i odczytywał je na nowo w przewrotny sposób. Kto ceni Mitologię Parandowskiego, na pewno będzie się dobrze bawił, czytając Historię Minotaura:


W nie odczytanym jeszcze piśmie linearnym A opowiedziano prawdziwą historię księcia Minotaura. Był on – wbrew późniejszym plotkom – autentycznym synem króla Minosa i Parsifae. Chłopak urodził się zdrowy, lecz z nienormalnie dużą głową – co wróżbiarze poczytywali jako znak przyszłej mądrości. W istocie Minotaur rósł w lata swoje jako silny, nieco melancholijny – matołek. Król postanowił oddać go do stanu kapłańskiego. Ale kapłani tłumaczyli, że nie mogą przyjąć nienormalnego księcia, bo to mogłoby obniżyć już i tak nadszarpnięty, przez odkrycie koła – autorytet religii.

Sprowadził tedy Minos modnego w Grecji inżyniera Dedala – twórcę głośnego kierunku architektury pedagogicznej. Tak powstał labirynt. Przez system korytarzy, od najprostszego do coraz bardziej skomplikowanych, różnicą poziomów i schody abstrakcji miał wdrażać księcia Minotaura w zasady poprawnego myślenia.

Snuł się tedy nieszczęsny książę popychany przez preceptorów korytarzami indukcji i dedukcji, nieprzytomnym okiem patrzył na poglądowe freski. Nic z tego nie rozumiał.
Wyczerpawszy wszystkie środki, król Minos postanowił pozbyć się zakały rodu. Sprowadził (także z Grecji, która słynęła ze zdolnych ludzi) zręcznego Tezeusza. I Tezeusz zabił Minotaura. W tym punkcie mit i historia są ze sobą zgodne.

Przez labirynt – niepotrzebny już elementarz – wraca Tezeusz niosąc wielką, krwawą głowę Minotaura o wytrzeszczonych oczach, w których po raz pierwszy kiełkować zaczęła mądrość – jaką zwykło zsyłać doświadczenie.


Tezeusz bywał też w wierszach Herberta pozytywną postacią. Jak na przykład w potępiającej totalitaryzm Damastes z przydomkiem Prokrustem mówi. Polecam odsłuchać go w interpretacji Przemysława Gintrowskiego.



Czyż nie piękna jest historia Kaliguli? Podobnie jak pan Cogito, również i ja „doświadczam czasem uczucia fizycznej obecności osób dawno zmarłych”. Bardzo rzadko i bardzo dobrze, bo to niesamowite uczucie. Czuję się wtedy trochę jak na seansie spirytystycznym.



Różne znalazłem interpretacje tego wiersza. Mam własną. Bardzo osobistą – więc tanio jej nie zdradzę.


Bogowie zebrali się w baraku na przedmieściu. Zeus mówił
jak zwykle długo i nudnie.Wniosek końcowy: organizacje trzeba
rozwiązać, dość bezsensownej konspiracji, należy wejśc w to ra–
cjonalne społeczeństwo i jakoś przeżyć. Atena chlipała w kącie.
Uczciwie – trzeba to podkreślić – podzielono ostatnie do–
chody. Posejdon był nastawiony optymistycznie. Głośno ryczał,
że da sobie radę. Najgorzej czuli się opiekunowie uregulowanych
strumieni i wyciętych lasów. Po cichu wszyscy liczyli na sny
ale nikt o tym nie chciał mówic.

Żadnych wniosków nie było. Hermes wstrzymał się od gło–
sowania. Atena chlipała w kącie.

Wracali do miasta późnym wieczorem, z fałszywymi dokumen–
tami w kieszeni i garścią miedziaków. Kiedy przechodzili przez
most, Hermes skoczył do rzeki. Widzieli jak tonął ale nikt go
nie ratował.

Zdania były podzielone czy to był zły, czy przeciwnie, dobry
znak. W każdym razie był to punkt wyjścia do czegoś nowego,
niejasnego.


Nie tylko historie antyczne genialnie reinterpretował. Kogo ciekawi, co się wydarzyło zaraz po śmierci Hamleta, tego zachęcam do odsłuchania Trenu Fortynbrasa ponownie w interpretacji Gintrowskiego. Po spuszczeniu kurtyny Fortynbras pozwolił sobie na szczerość czy przeciwnie? 



Blog nie blog to jednak jest notka okolicznościowa, więc zamknę ją dwoma utworami Jacka Kaczmarskiego, napisanymi, aby złożyć hołd poecie. Pierwszy postał jeszcze za życia Herberta i stanowi zabawę jego twórczością. Drugi jest nie tyle o artyście, ile o tym, co działa się po jego śmierci. A co się działo? To, co w Polsce zwykle dzieje po śmierci persony. 

 Zbigniewowi Herbertowi

Tren spadkobierców 

Zachęcam do samodzielnych wędrówek po twórczości poety. Naprawdę warto.  

piątek, 10 kwietnia 2015

W nas jest Raj, Piekło – I do obu – szlaki (Część 2)

-> CZĘŚĆ PIERWSZA

Opowiadam baśnie, choć smutne







Kiedy w 1990 stało się jasne, że PRL przeszedł do historii, przyjechał do kraju, aby zmierzyć się z własną legendą. Mimo że koncerty były organizowane w możliwie najbardziej przepastnych halach, jak chociażby Sala Kongresowa w Warszawie, a ludzi wpuszczano w ilości, jakiej nie przewidywały żadne normy bezpieczeństwa, i tak brakowało biletów, a przed kasami działy się dantejskie sceny. Jednak na samych koncertach panował absolutny spokój; nikt nie śmiał przeszkadzać artyście. Widownia dołączała się do śpiewania jedynie przy okazji Obław (Kaczmarski napisał ich kilka części) oraz Murów – oczywiście tych z '78 roku. To był jego autentyczny triumf. 

Równocześnie z trasą koncertową powstała niewielka wytwórnia Pomation, która miała na celu wydawanie śpiewników oraz kaset i płyt z piosenkami Jacka Kaczmarskiego. Jej działalność sfinansował sam bard, a założycielami była dwójka fascynatów jego twórczością. Firma szybko się rozrosła i otworzyła się na innych artystów. Obecnie, w ramach międzynarodowego koncernu EMI, jest jednym z największych producentów fonograficznych na polskim rynku.

Przez całe lata 80. występował solo, przygrywając sobie gitarą klasyczną. Podczas trasy koncertowej '90 wykonania były wzbogacone akompaniamentem fortepianowym Zbigniewa Łapińskiego. Jednak wobec coraz częstszych pytań o reaktywację tria, Kaczmarski postanowił reaktywować współpracę z Gintrowskim. Jesienią 1991 roku nastąpiło pierwsze po 10 latach spotkanie na scenie trójki artystów. Śpiewali głównie utwory z trzech pierwszych wspólnych programów, stąd nazwa trasy koncertowej – Mury w muzeum raju. Powrót okazał się na tyle dużym sukcesem, że zdecydowali się na kontynuowanie współpracy. 
 
Kaczmarski deklarował, że „nie jest wyrazicielem nastrojów społecznych” i że nade wszystko ceni sobie wolność artystyczną. Jednakże osoba przyszłego odbiorcy nie była mu obojętna. Każdy jego program był starannie przygotowywany pod kątem słuchaczy. Reagował na aktualną sytuację polityczną czy społeczną. Na przykład w następnym wspólnym programie Wojna postu z karnawałem na podstawie licznych przykładów, czerpanych z historii i kultury europejskiej artyści ukazali słuchaczom cienie i blaski czasów przemian. 
 
Trasy koncertowe okazały się na tyle wyczerpujące dla Gintrowskiego, że ten zrezygnował z udziału w następnym programie, Sarmacji, w której Kaczmarski odwoływał się do kultury szlacheckiej. Jak zwykle poszedł na przekór utartym schematom; profesor Jerzy Jedlicki stwierdził, iż płyta powstała „ku przerażeniu serc”.


Sczezł ustrój, a słowami pieśni
Wciąż okładają się współcześni






W 1994 została rozwiązana polska sekcja RWE. Kaczmarski po krótkim pobycie w kraju zdecydował o emigracji do Australii. Był zmęczony pracą w radiu, a potem życiem politycznym w kraju. W Australii oczekiwał spokoju, by móc tworzyć. Nie bez znaczenia miało też zabezpieczenie socjalne, jakiego nie mogła mu zapewnić Polska. 
 
Podczas emigracji rozpadła mu się rodzina. Kiedy podczas jednej z awantur Ewa została uderzona w twarz, wzięła córkę i wyniosła się z domu do schroniska dla bezdomnych matek. Patrycja wróciła do Polski już po śmierci ojca. Jako córka słynnego barda udzieliła kilku wywiadów, w których opowiedziała, że Kaczmarski nie był dobrym ojcem.

Cel artystyczny jednak osiągnął. Praktycznie co roku przyjeżdżał z nowym programem; przy okazji każdego nowego przyjazdu prezentował kilkanaście zupełnie nowych piosenek! Ostatni program stworzony w Polsce, Pochwała łotrostwa, miał charakter publicystyczny. Widać w nim było wpływ tego, czym wówczas żyła Polska: polityką, oczywiście, oraz wojną w byłej Jugosławii. Wyjazd do Australii wyraźnie pozwolił mu się wyciszyć, skupić się na tematach bardziej uniwersalnych. Nawet jak odnosił się do aktualnej sytuacji w Polsce, robił to z dystansem. Rechot Słowackiego z programu Dwie skały, inspirowany zapiskami z podróży romantycznego wieszcza, do dzisiaj nic nie stracił z aktualności. Rozwinął też swój kunszt gry na gitarze, co było tym istotniejsze, że zakończył współpracę ze Zbigniewem Łapińskim. 
 
Nie miał stałej publiczności. Jego fanami byli przede wszystkim ludzie młodzi, którzy dorośleli i z czasem przestali się interesować kolejnymi programami barda. Na ich miejsce przychodzili kolejni nastolatkowie. „Ja, jak wielu artystów, zachowuję młodzieńczą naiwność – tłumaczył ten fakt – dziecięcą wierność pewnym marzeniom. To działa właśnie na młodych ludzi. To, że oni są na moich koncertach i znają na pamięć piosenki, które pisałem, kiedy ich nie było na świecie i identyfikują się z nimi, oznacza dla mnie, że moje wybory artystyczne były trafne. Gdyby moje piosenki były związane z polityką, byłyby dla nich zupełnie nieczytelne”.

Niektórzy twierdzą, że jego piosenki zapełniają lukę po braku wielkiej powieści, jakiej nie doczekała się III RP. On sam mimo tego próbował swoich sił jako prozaik. Legenda głosi, że debiutancki Autoportret z kanalią wydał w wydawnictwie koleżanki ze studiów, której przed laty obiecał powieść erotyczną. Niezależnie od przyczyny powstania powieść o charakterze autobiograficznym, w której bez zahamowań opisał środowisko opozycyjne, wywołała skandal. „Gazeta Wyborcza” litościwie przemilczała książkę. Inne tytuły miały tyle delikatności, ile Kaczmarski w momencie pisania Autoportretu
 
Kolejne jego powieści nie wywołały już takiego szumu. Jako pisarz mógł czuć się niedoceniany. Jedynie uwielbiany przez niego Jerzy Pilch przyznał się na łamach „Polityki” we wspomnieniowym artykule, że lubi jego prozę.


choć się nicością sycą –
Ufają wszelkim obietnicom




Jesienią 2001 roku wystąpił ze swoim ostatnim programem Mimochodem – siedemnastu piosenkach „o tym co nam się w życiu przydarza mimochodem właśnie […] to znaczy zdajemy sobie sprawę, że coś w życiu zaszło, co o tym życiu decyduje, natomiast nie możemy już nic na to poradzić” (z zapowiedzi programu). Kilka miesięcy później coś takiego zaszło u niego w życiu: zdiagnozowano u niego raka krtani – bez większych nadziei na wyleczenie. 
 
Przemysław Gintrowski wspominał, że gdy Kaczmarski usłyszał diagnozę, spytał lekarza, czy będzie jeszcze śpiewał. Kiedy ten odpowiedział mu, że tu nie idzie walka o śpiew, ale o życie, bard wyszedł, by prędko nie wrócić. 
 
Leczył się w klinice w Austrii. Koszt pobytu w niej znacznie przewyższał możliwości finansowe barda, zwłaszcza iż z powodu braku możliwości występowania stracił połowę swoich dochodów. Zorganizowano więc szereg koncertów charytatywnych, których dochód miał być przeznaczony na leczenie. Jedynie niewielka część kwoty została na nie wydana. Przyjaciele Kaczmarskiego wspominali o wystawnych przyjęciach organizowanych w ostatnich dwóch latach życia. Bard nawet nie mógł z nich korzystać, był na tyle osłabiony z powodu choroby! Rak uniemożliwiał mu spożywanie pokarmów, łatwo więc sobie wyobrazić, co czuł na widok drogich potraw. Żeby poczuć chociaż ich smak, nosił ze sobą torebkę, do której spluwał przeżute pokarmy.

Ostatnie dwa lata spędził w niedokończonym domu swojej partnerki w Gdańsku Osowie. To ona odnalazła w internecie lekarza, który „przestał wierzyć w tradycyjną medycynę”. Oferował lek „nie znany współczesnej medycynie” o nazwie antyra, dzięki której rak miał się rozpaść od środka. Jedyną wadą specyfiku była, oczywiście, cena. Litrowa butelka kosztowała tysiąc złotych. Nie wiadomo, ile Kaczmarski kupił tych butelek, ale znamienne, że przynajmniej jedna transakcja była na kwotę... 28 tysięcy złotych gotówką! Lek po przebadaniu w policyjnym laboratorium okazał się bardzo kosztownym placebo. 
 
Bard do końca zachował przytomność umysłu. Świadczą o tym chociażby wiersze, artykuły i wywiady, jakich udzielił w chorobie. Jeszcze w przeddzień śmierci pracował nad nowym tekstem. Z drugiej strony jaką swobodę decydowania o sobie miał człowiek, który był tak osłabiony, że w każdej chwili groziła mu śmierć? W pewnym momencie całkiem stracił głos i z otoczeniem porozumiewał się za pomocą karteczek. „[...] weszłam do obcego dla mnie domu [w Osowej – M.S.] – wspominała Patrycja Kaczmarska-Volny – w którym także ojciec, jak podejrzewam, czuł się wyobcowany. Był bowiem kompletnie zależny od osób, które go otaczały”.


Przede mną dziesięć lat niepewnych,
Gdy każdy zmierzch mężczyznę miażdży,
Od wewnątrz pośpiech szarpie gniewny,
A z nieba mu znikają gwiazdy.
Który to przetrwa ten – dożyje
Zaszczytu, że sędziwie zgnije




Powyższa zwrotka pochodzi z napisanego w lutym 1995 Testamentu '95. Artysta tylko o rok się pomylił, gdy nieświadomie wywróżył własny zgon.

Ochrzczono go nieprzytomnego i – najprawdopodobniej – bez jego zgody w gdańskim szpitalu na prośbę jego partnerki Alicji Delgas. Zmarł kilka godzin po ceremonii, nie odzyskawszy przytomności. Został pochowany na powązkowskim cmentarzu wojskowym w Alei Zasłużonych. Na jego pogrzeb mimo deszczowej pogody przybyły tłumy, które wspólnie zaintonowały Mury
 
Kilka tygodni po śmierci wydano pośmiertnie tomik poezji Tunel, zawierający wiersze napisane podczas choroby. W 2005 roku podczas jubileuszowego koncertu „Solidarności” Jean Michelle Jarre zagrał Mury. Przez ostatnie 10 lat ukazało się kilkanaście wydań płytowych jego koncertów, antologia poezji (zawierającą niemal wszystkiego jego utwory – ponad 600 tekstów!) oraz liczne pozycje analizujące jego twórczość. Wydawane produkty są kierowane przede wszystkim dla jego zdeklarowanych fanów; gdy na rynku pojawił się box z nagraniami video jego koncertów, od razu włożono do niego pięć płyt, co wywindowało cenę do poziomu kilkuset złotych. Fanów zaś jest coraz mniej, co można wywnioskować po malejącej liczbie festiwali oraz zamierającym ruchu fanów w internecie. 
 
Kaczmarski zajął już poczesne miejsce w polskiej kulturze. Co roku jego twórczość jest tematem prac maturalnych czy magisterskich, co dowodzi, że wciąż fascynuje młodych ludzi. Jego teksty są przypominane przy różnych okazjach; gdy Polska żyła sprawą patrona jednej ze szkół – Brunona Jasieńskiego – „Gazeta Wyborcza” broniła poetę wierszem Epitafium dla Brunona Jasieńskiego
 
Być może nie doczekamy się renesansu popularności twórczości Jacka Kaczmarskiego, jaka miała miejsce chociażby 10 lat temu podczas jego choroby. Lecz „Zostały jeszcze pieśni./ One Już, chcę czy nie chcę, nie są moje./ Niech cierpią los swój – raz stworzone”.


Tytuł i śródtytuły są cytatami z wierszy Jacka Kaczmarskiego. Cytaty w tekście za: kaczmarski.art.pl oraz Gajda Krzysztof, To moja droga. Biografia Jacka Kaczmarskiego, Wrocław 2009


czwartek, 9 kwietnia 2015

W nas jest Raj, Piekło – I do obu – szlaki (Część 1)

10 kwietnia obok obchodów jednej rocznicy narodowej tragedii mija jedenasta rocznica innej. Równo 11 lat temu w gdańskim szpitalu zmarł Jacek Kaczmarski. Co zostało z dorobku „barda Solidarności”? Prezentuję pierwszą część eseju o Jacku Kaczmarskim.



Kiedy na kijowskim majdanie trwały demonstracje przeciw władzy Wiktora Janukowycza, we lwowskich knajpach młodzież śpiewała Mury Jacka Kaczmarskiego. Tym sposobem melodia katalońskiego barda Luisa Llacha towarzyszyła kolejnej rewolucji już piątą dekadę od swojego powstania. 
 
Oryginalna pieśń, L'estaca (Pal), powstała w dobie reżimu generała Franko. Opowiadała, że za sprawą wspólnego wysiłku można wyrwać pal krępujący nas wszystkich. Była to czytelna zachęta na rzecz zjednoczenia się przeciw zamordystycznym rządom junty, a jednak hiszpańska cenzura ją przepuściła. Kiedy władze się zorientowały w sile pieśni i zabroniły ją wykonywać, było już za późno. Słowa piosenki były już na tyle popularne, że wystarczyło, aby Llach zagrał samą melodię, a słuchacze i tak sami dopowiadali słowa; stąd fraza z piosenki Kaczmarskiego „i sama melodia bez słów...”. Jacek Kaczmarski był na trzecim roku polonistyki, gdy usłyszał nagranie L'estaca'i ze słynnego koncertu w 1976 roku. Dopiero co powróciwszy z emigracji Llach dał wówczas koncert na Placu Sportu w Barcelonie dla wielotysięcznego tłumu (nawet 30-tysięcznego), który razem z artystą śpiewał słynną pieśń. Mającego obsesję na punkcie indywidualizmu Kaczmarskiego wydarzenie to napełniło nieufnością do ruchów masowych i w 1978 roku napisał piosenkę o ludzie, który obraca się przeciw poecie, który wiódł go na barykadę. Pieśń zilustrował oryginalną melodią.

„Mój przyjaciel, tłumacz literatury hiszpańskiej, zapoznał mnie z twórczością Llacha – wspominał poeta. – Ja ze swoim socjalistycznym doświadczeniem, od razu miałem przed oczami tłum ludzi, który z tą piękną melodią na ustach wychodzi na ulice i szuka Żyda, bądź innego obcokrajowca-innowiercę, aby go pobić – jak to zresztą było przed wojną. Pomyślałem wówczas, że warto o tym napisać piosenkę i zrobić taki rodzaj happeningu z publicznością”. Ironią okazał się fakt, iż pieśń mająca wymowę antyrewolucyjną („A mury rosną, rosną, rosną/ Łańcuch kołysze się u nóg...” – pesymistycznie kończy się w utworze zryw ludowy) stała się nieformalnym hymnem „Solidarności”. Nie było w tym jednak nic zaskakującego. Nośna melodia Llacha w połączeniu z patetyczną pierwszą częścią tekstu Kaczmarskiego idealne nadawała się na pieśń rewolucyjną. Zdarzało się, że ostatnią, pesymistyczną zwrotkę publiczność zagłuszała. Twórca nierzadko irytował się na takie spłaszczenie jego utworu, jednak wykonywał go do końca życia – z uczuciem, że jest coraz lepiej rozumiany.

Na świat ten przyszedł w czepku, nie pod ułańskim czakiem



Pochodził z inteligenckiej rodzinie o żydowskich korzeniach. Rodzice – Janusz i Anna Trojanowska-Kaczmarska – byli malarzami. Wykształcenie pobrali w latach 50. w ZSRR. Obraz sowieckiej Rosji raz na zawsze pozbawił ich złudzeń co do komunizmu. Urodzonego 22 marca 1957 roku syna Jacka Anna uczyniła obiektem swojego eksperymentu, który opisała w wydanej w 1971 roku monografii Dziecko i twórczość. Opisała w niej aktywność twórczą swojego syna od ukończenia trzeciego roku życia przez następne siedem lat. Młody Jacek podobno był w jakiś sposób tego świadomy. „Chłopiec był przyzwyczajony do tego, że wszystkie jego czynności są obserwowane i komentowane w rodzinie – pisał biograf poety – dlatego rzadko kiedy przykładał się do zajęć, o których wiedział, że nie będą sprawdzane i oceniane przez dorosłych”. Mimo tego dziesięcioletni Jacek był „żywy i bardzo swobodny w zachowaniu, niezależnie od okoliczności”.
 
Rodzice, tłumacząc się „licznymi obowiązkami zawodowymi”, oddali syna pod opiekę dziadków. Od tego momentu miał Jacek miał z nimi kontakt wyłącznie „od święta”, jak sam wspominał. Pisał, malował, podejmował pierwsze próby muzyczne. Gotowe utwory dedykował rodzicom. Przy okazji każdego spotkania chciał się pochwalić jakimś nowym dokonaniem artystycznym; jakby przeczuwał, że wsiąknięci w świat sztuki rodzice zaakceptują go wyłącznie jako artystę. Był niewątpliwie utalentowany oraz, co chyba ważniejsze, miał poczucie własnej wartości, toteż uniknął frustracji. Tego szczęścia nie miała jego córka. Będąc pod nieustanną presją wymagającego ojca nie wytrzymała napięcia i wpadła w ostrą bulimię.

A ja dosiadam świni! I diabłów sto mnie goni!



Dziadkowie starannie zadbali o edukację wnuka. Kaczmarski znał kilka języków, był oczytany i miał sposobność rozwijać swoje talenty. Samodzielnie nauczył się grać na gitarze. Nim wziął instrument do ręki, nie wiedział nawet, jak należy go trzymać; w rezultacie do końca swojej kariery gitarę trzymał odwrotnie, co stanowiło jego znak rozpoznawczy. Nawet jeden z wrocławskich krasnoludków, nazwany na cześć poety „Bardusiem”, trzyma gitarę jakby był leworęczny. 
 
Jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu dojrzewającego artysty był koncert, jaki Włodzimierz Wysocki prywatnie dał w domu reżysera Jerzego Hoffmana. Podobno młody Kaczmarski został z niego wyrzucony, kiedy słynny rosyjski bard zorientował się, że go nagrywa. Miał wówczas zakaz występowania za granicą i obawiał się represji, gdyby nagranie trafiłoby w ręce służb.

Niemniej przynajmniej Polowanie na wilki Kaczmarski zdążył usłyszeć. Inspirując się nim, stworzył słynną Obławę – najbardziej znana po Murach pieśń Kaczmarskiego powstała, gdy bard miał zaledwie siedemnaście lat! Potem napisał jeszcze kilka innych piosenek zainspirowanych balladami Wysockiego, jednak jeszcze przed nastaniem Solidarności wyrósł spod wpływu twórczości swojego mistrza. Kiedy w 1980 roku Wysocki zmarł nagle, Kaczmarski poczuł potrzebę, by uczcić pamięć artysty, któremu zawdzięczał obraną drogę artystyczną. W ten sposób powstało Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego – monumentalna pieśń, inspirowana Boską komedią, będąca jednocześnie wyrazem hołdu dla barda, jak i ilustracją piekła, w jakim znalazło znalazło się sowieckie społeczeństwo. Kaczmarski zawdzięczał Wysockiemu nie tylko fascynację muzyczną, ale również charakterystyczną manierę śpiewacką, czyli chrypę, jakby się miało gardło zdarte nadludzkim wysiłkiem.

Początkowo występował głównie w prywatnych mieszkaniach, także KOR-owskich. Kiedy Krzysztof Kieślowski umieścił w Przypadku scenę w opozycyjnym mieszkaniu, nie mogło w niej zabraknąć pieśniarza z gitarą, który śpiewał Nie lubię wg Włodzimierza Wysockiego; zagrał go osobiście Jacek Kaczmarski. Niestety, scena została wycięta na żądanie władz. Została przywrócona dopiero niedawno, przy okazji rekonstrukcji cyfrowej filmu. 
 
Jeździł na festiwale. Był trzykrotnym laureatem Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie. Jednak za początek kariery scenicznej można uznać występy w kabarecie Jana Pietrzaka „Pod Egidą”. Dwudziestoletni Kaczmarski dostał się do niego za sprawą matki. Działał także w studenckim kabarecie „Piosenkariat”. Kiedy kierownik zespołu zadecydował o wycięciu z programu piosenek o tematyce malarskiej, obrażony Kaczmarski opuścił zespół i nie pojechał na II Konfrontacje Inicjatyw Kabaretów Studenckich. 
 
Piosenki inspirowane malarstwem pojawiały się przez całą karierę Kaczmarskiego. Nie były one prostymi muzycznymi ilustracjami płótna, lecz rozbudowanym komentarzem dotyczącym obrazu, a czasem i całej twórczości danego malarza. Najbardziej lubił twórczość Breughla, „który przedstawiał ogół jakiejś sytuacji, ale nie tak, aby tracić szczegół”. Jego obrazy idealnie nadawały na komentarze polityczne. Pejzaż z szubienicą, inspirowany Pejzażem ze sroką na szubienicy, wyrażał podobne lęki, co Mury: oto jednego dnia artysta hołubiony jest przez tłumy, które noszą go na rękach, a drugiego dnia wieszają. Co ciekawe, na obrazie nie ma samej sceny wieszania; tą dopowiedział Kaczmarski, niejako dopisując do obrazu ciąg dalszy akcji. Podobny zabieg zastosował Lech Majewski, ożywiając Drogę krzyżową Breughla w głośnym filmie Młyn i krzyż. Innym przykładem komentarza politycznego była piosenka Wojna postu z karnawałem również na podstawie Breughla. Utwór początkowo traktujący jedynie o kampanii prezydenckiej w Polsce roku '90 ostatecznie okazał stał się pieśnią tytułową jednego z najwybitniejszych programów poetyckich Jacka Kaczmarskiego. 
 
Na KIKS-ie jego Boscha i Ślepców zaśpiewywał inny artysta, a nieobecnemu Kaczmarskiemu przyznano nagrodę specjalną za teksty piosenek.

Za oknem Polska w tęczy! Jedźmy stąd!



Od 1979 roku występował w trio razem z Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim. Stworzyli razem trzy programy poetyckie: Mury, Raj i Muzeum; głównie z tekstami Kaczmarskiego, choć pojawiały się również wiersze innych poetów, między innymi Zbigniewa Herberta. Okres ich działalności przypadł na czas „karnawału Solidarności”. Publiczność oczekiwała hymnu, hitem więc stały się Mury. Jak nagła popularność podziała ka młodego Kaczmarskiego? Przecież był ledwo po ukończeniu polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim! Jego pierwsza żona wspominała, że wówczas „był trochę nadęty”. On sam kilka lat później w rozliczeniowej piosence Konfesjonał dokonał podsumowania siebie jako poety: „Uznałem, że mam prawo sądzić ludzi/ Dlatego tylko, że mam tę możliwość./ Poznawszy sposób – jak sumienia budzić/ Zbierałem obudzonych sumień żniwo”. 
 
Jako artysta szedł jednak własną drogą. W rocznicę porozumień sierpniowych wystąpił na Festiwalu Piosenki Prawdziwej, zorganizowanym przez Macieja Zembatego w hali w Oliwie, gdzie królowały takie przeboje, jak „uczyła mnie mama, by nie bać się chama” (lub bardziej dosadnie „bijące czerwonego”), a młodzi działacze „nosili się jak ministrowie kultury i mówili »tego nie piszcie, bo to wbrew interesom Związku«”, wspominał Jan Poprawa. Zaprezentował tam refleksyjne utwory o klęsce i cierpieniu, jak Rejtan, czyli raport ambasadora czy Zesłanie studentów.

W 1980 otrzymał na festiwalu w Opolu nagrodę dziennikarzy za Obławę. Rok później wspólnie z Przemysławem Gintrowskim został wyróżniony II nagrodą konkursu kabaretowego za Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego. Na obu tych festiwalach podczas transmisji z koncertu laureatów wystąpienia tria zostały wycięte, jednak członkowie ekipy radiowej zachowali sobie nagrania i później rozprowadzali je w podziemiu.

Ostatnią piosenką, jaką Kaczmarski stworzył w Polsce, było A my nie chcemy uciekać stąd – przejmujący opis pożaru w zakładzie psychiatrycznym w Górnej Grupie, w którym spłonęło żywcem kilkudziesięciu pensjonariuszy. Utwór był często brany jako alegoryczny wyraz sprzeciwu wobec emigracji z Polski. Jak na ironię, niedługo po napisaniu jego autor sam trafił na obczyznę.

Pamiętamy, co było
Więc wiemy – co będzie



Jesienią 1981 roku Kaczmarski razem z Gintrowskim i Łapińskim wyjechali na krótką trasę koncertową po Francji. Wyjazd okazał się nadspodziewanie owocny, bowiem otrzymali propozycję nagrania płyty ze strony wytwórni, która wcześnie wydawała we Francji m.in. Włodzimierza Wysockiego. Wobec otrzymania takiej szansy Gintrowski i Łapiński wrócili do kraju, by odwołać już zaplanowane tamże koncerty, natomiast Kaczmarski, jako jedyny znający francuski, pozostał w Paryżu. Ponowne połączenie się tria uniemożliwił wybuch stanu wojennego.

Nie wiadomo, dlaczego pozostał na emigracji. Po latach tłumaczył się zmęczeniem walką z cenzurą oraz swoim zaangażowaniem od razu po wybuchu stanu wojennego. Obawiał się też, że w kraju czekała go wyłącznie kariera zawodowego estradowca, „piszącego nie to, co płynie z głębi serca, ale tylko po to, by sprzedać to scenie”. 
 
Już rankiem po ogłoszeniu stanu wojennego protestował przed polską ambasadą. Pracował początkowo w komitecie Solidarności w Paryżu, ale Seweryn Blumsztajn uznał, że „nie nadaje się do papierkowej roboty”, i zaczął wysyłać go w trasy koncertowe. Występował charytatywnie, a dochody z koncertów były przeznaczane na pomoc dla kraju. On sam utrzymywał się jak typowy biedny imigrant, imający przypadkowych zajęć zarobkowych; na przykład zbierał pomidory na południu Francji. 
 
Ten okres był najbardziej buntowniczy w całej jego karierze. W Artystach oraz Marszu intelektualistów ganił nie dość jego zdaniem radykalnie sprzeciwiających się reżimowi artystów czy intelektualistów. Napisał też Zbroję, „która miała być hymnem śpiewanym na gruzach komunizmu”, czy Prośbę. W tej ostatniej pojawiają się słowa: „Bo kiedyś może się przydarzyć/ Że z którymś z nich powtórzę błąd/ Szukając uczuć w jego twarzy/ Zamiast go [komunistę – M.S.] zabić z zimną krwią”. Po latach odżegnywał się od najskrajniejszych utworów. Szybko bowiem doszedł do wniosku, że nie będzie dusił drutem własnego dziadka, komunisty jeszcze z czasów przedwojennych. 
 
W 1982 roku udało mu się sprowadzić na Zachód żonę. Od 1985 roku pracował w sekcji polskiej Radia Wolna Europa. Finansowana przez CIA stacja zapewniła mu znakomite warunki bytowe, jednak za cenę utraty przez niego niezależności. Oprócz autorskich Kwadransów Jacka Kaczmarskiego musiał oddawać się rutynowej dziennikarskiej pracy. Bardzo go to męczyło, co wielokrotnie podkreślał w wywiadach. Frustrowało go też podejście publiczności, która szukała w jego piosenkach wątków politycznych, zamiast docenić samą poezję. 
 
Z satysfakcją więc przyjął wieść o pojawieniu się w polskim podziemiu kasety Pijany poeta, czyli Jacek Kaczmarski inaczej, zawierającą jego biesiadne piosenki. „Podziemna polityczna poprawność zawyła – wspominali bracia Kurscy, którzy byli autorami nagrania – ale Jacek był zachwycony, że wreszcie udało mu się obsikać własny pomnik”. 
 
Po uniesieniu, jakiego doświadczał w pierwszych miesiącach po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy niektórzy jeszcze chcieli wierzyć w hasło „zima wasza, wiosna nasza”, szybko w jego twórczości zaczęło pojawiać się marazm i zwątpienie. Już pod koniec lutego '82 roku napisał piosenkę Wróżba, w której przewidywał, iż „nie będzie kary dla przeciętnych drani”, a nawet jeśli coś się zmieni, „nam wtedy będzie wszystko jedno”. Kiedy w Polsce na przekór ich wymowie pocieszano się Murami, a niektórzy domorośli artyści dopisywali bardziej optymistyczne zakończenia, Kaczmarski napisał kolejną część słynnego utworu. W Murach '87 (Podwórko) pełno było zgnilizny, błota i – przede wszystkim – grobów. Odzwierciedlał on stan duszy poety, który konsekwentnie osuwał się w alkoholizm. Odeszła od niego żona z małym synkiem.
Kaczmarski nie wierzył w upadek komunizmu. Jego zdaniem zmiany będą pozorne i ograniczone, czego wyraz dał w piosence o wymownym tytule Zaproszenie do piekła: „U nas wszystko wolno! Byle wiedzieć jak!”. On natomiast oczekiwał wyłącznie pełnej wolności, „to znaczy: przyjeżdżam i mogę robić co chcę, dopóki nikogo nie zamorduję albo nie obrażę”. -> CZĘŚĆ DRUGA