czwartek, 9 kwietnia 2015

W nas jest Raj, Piekło – I do obu – szlaki (Część 1)

10 kwietnia obok obchodów jednej rocznicy narodowej tragedii mija jedenasta rocznica innej. Równo 11 lat temu w gdańskim szpitalu zmarł Jacek Kaczmarski. Co zostało z dorobku „barda Solidarności”? Prezentuję pierwszą część eseju o Jacku Kaczmarskim.



Kiedy na kijowskim majdanie trwały demonstracje przeciw władzy Wiktora Janukowycza, we lwowskich knajpach młodzież śpiewała Mury Jacka Kaczmarskiego. Tym sposobem melodia katalońskiego barda Luisa Llacha towarzyszyła kolejnej rewolucji już piątą dekadę od swojego powstania. 
 
Oryginalna pieśń, L'estaca (Pal), powstała w dobie reżimu generała Franko. Opowiadała, że za sprawą wspólnego wysiłku można wyrwać pal krępujący nas wszystkich. Była to czytelna zachęta na rzecz zjednoczenia się przeciw zamordystycznym rządom junty, a jednak hiszpańska cenzura ją przepuściła. Kiedy władze się zorientowały w sile pieśni i zabroniły ją wykonywać, było już za późno. Słowa piosenki były już na tyle popularne, że wystarczyło, aby Llach zagrał samą melodię, a słuchacze i tak sami dopowiadali słowa; stąd fraza z piosenki Kaczmarskiego „i sama melodia bez słów...”. Jacek Kaczmarski był na trzecim roku polonistyki, gdy usłyszał nagranie L'estaca'i ze słynnego koncertu w 1976 roku. Dopiero co powróciwszy z emigracji Llach dał wówczas koncert na Placu Sportu w Barcelonie dla wielotysięcznego tłumu (nawet 30-tysięcznego), który razem z artystą śpiewał słynną pieśń. Mającego obsesję na punkcie indywidualizmu Kaczmarskiego wydarzenie to napełniło nieufnością do ruchów masowych i w 1978 roku napisał piosenkę o ludzie, który obraca się przeciw poecie, który wiódł go na barykadę. Pieśń zilustrował oryginalną melodią.

„Mój przyjaciel, tłumacz literatury hiszpańskiej, zapoznał mnie z twórczością Llacha – wspominał poeta. – Ja ze swoim socjalistycznym doświadczeniem, od razu miałem przed oczami tłum ludzi, który z tą piękną melodią na ustach wychodzi na ulice i szuka Żyda, bądź innego obcokrajowca-innowiercę, aby go pobić – jak to zresztą było przed wojną. Pomyślałem wówczas, że warto o tym napisać piosenkę i zrobić taki rodzaj happeningu z publicznością”. Ironią okazał się fakt, iż pieśń mająca wymowę antyrewolucyjną („A mury rosną, rosną, rosną/ Łańcuch kołysze się u nóg...” – pesymistycznie kończy się w utworze zryw ludowy) stała się nieformalnym hymnem „Solidarności”. Nie było w tym jednak nic zaskakującego. Nośna melodia Llacha w połączeniu z patetyczną pierwszą częścią tekstu Kaczmarskiego idealne nadawała się na pieśń rewolucyjną. Zdarzało się, że ostatnią, pesymistyczną zwrotkę publiczność zagłuszała. Twórca nierzadko irytował się na takie spłaszczenie jego utworu, jednak wykonywał go do końca życia – z uczuciem, że jest coraz lepiej rozumiany.

Na świat ten przyszedł w czepku, nie pod ułańskim czakiem



Pochodził z inteligenckiej rodzinie o żydowskich korzeniach. Rodzice – Janusz i Anna Trojanowska-Kaczmarska – byli malarzami. Wykształcenie pobrali w latach 50. w ZSRR. Obraz sowieckiej Rosji raz na zawsze pozbawił ich złudzeń co do komunizmu. Urodzonego 22 marca 1957 roku syna Jacka Anna uczyniła obiektem swojego eksperymentu, który opisała w wydanej w 1971 roku monografii Dziecko i twórczość. Opisała w niej aktywność twórczą swojego syna od ukończenia trzeciego roku życia przez następne siedem lat. Młody Jacek podobno był w jakiś sposób tego świadomy. „Chłopiec był przyzwyczajony do tego, że wszystkie jego czynności są obserwowane i komentowane w rodzinie – pisał biograf poety – dlatego rzadko kiedy przykładał się do zajęć, o których wiedział, że nie będą sprawdzane i oceniane przez dorosłych”. Mimo tego dziesięcioletni Jacek był „żywy i bardzo swobodny w zachowaniu, niezależnie od okoliczności”.
 
Rodzice, tłumacząc się „licznymi obowiązkami zawodowymi”, oddali syna pod opiekę dziadków. Od tego momentu miał Jacek miał z nimi kontakt wyłącznie „od święta”, jak sam wspominał. Pisał, malował, podejmował pierwsze próby muzyczne. Gotowe utwory dedykował rodzicom. Przy okazji każdego spotkania chciał się pochwalić jakimś nowym dokonaniem artystycznym; jakby przeczuwał, że wsiąknięci w świat sztuki rodzice zaakceptują go wyłącznie jako artystę. Był niewątpliwie utalentowany oraz, co chyba ważniejsze, miał poczucie własnej wartości, toteż uniknął frustracji. Tego szczęścia nie miała jego córka. Będąc pod nieustanną presją wymagającego ojca nie wytrzymała napięcia i wpadła w ostrą bulimię.

A ja dosiadam świni! I diabłów sto mnie goni!



Dziadkowie starannie zadbali o edukację wnuka. Kaczmarski znał kilka języków, był oczytany i miał sposobność rozwijać swoje talenty. Samodzielnie nauczył się grać na gitarze. Nim wziął instrument do ręki, nie wiedział nawet, jak należy go trzymać; w rezultacie do końca swojej kariery gitarę trzymał odwrotnie, co stanowiło jego znak rozpoznawczy. Nawet jeden z wrocławskich krasnoludków, nazwany na cześć poety „Bardusiem”, trzyma gitarę jakby był leworęczny. 
 
Jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu dojrzewającego artysty był koncert, jaki Włodzimierz Wysocki prywatnie dał w domu reżysera Jerzego Hoffmana. Podobno młody Kaczmarski został z niego wyrzucony, kiedy słynny rosyjski bard zorientował się, że go nagrywa. Miał wówczas zakaz występowania za granicą i obawiał się represji, gdyby nagranie trafiłoby w ręce służb.

Niemniej przynajmniej Polowanie na wilki Kaczmarski zdążył usłyszeć. Inspirując się nim, stworzył słynną Obławę – najbardziej znana po Murach pieśń Kaczmarskiego powstała, gdy bard miał zaledwie siedemnaście lat! Potem napisał jeszcze kilka innych piosenek zainspirowanych balladami Wysockiego, jednak jeszcze przed nastaniem Solidarności wyrósł spod wpływu twórczości swojego mistrza. Kiedy w 1980 roku Wysocki zmarł nagle, Kaczmarski poczuł potrzebę, by uczcić pamięć artysty, któremu zawdzięczał obraną drogę artystyczną. W ten sposób powstało Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego – monumentalna pieśń, inspirowana Boską komedią, będąca jednocześnie wyrazem hołdu dla barda, jak i ilustracją piekła, w jakim znalazło znalazło się sowieckie społeczeństwo. Kaczmarski zawdzięczał Wysockiemu nie tylko fascynację muzyczną, ale również charakterystyczną manierę śpiewacką, czyli chrypę, jakby się miało gardło zdarte nadludzkim wysiłkiem.

Początkowo występował głównie w prywatnych mieszkaniach, także KOR-owskich. Kiedy Krzysztof Kieślowski umieścił w Przypadku scenę w opozycyjnym mieszkaniu, nie mogło w niej zabraknąć pieśniarza z gitarą, który śpiewał Nie lubię wg Włodzimierza Wysockiego; zagrał go osobiście Jacek Kaczmarski. Niestety, scena została wycięta na żądanie władz. Została przywrócona dopiero niedawno, przy okazji rekonstrukcji cyfrowej filmu. 
 
Jeździł na festiwale. Był trzykrotnym laureatem Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie. Jednak za początek kariery scenicznej można uznać występy w kabarecie Jana Pietrzaka „Pod Egidą”. Dwudziestoletni Kaczmarski dostał się do niego za sprawą matki. Działał także w studenckim kabarecie „Piosenkariat”. Kiedy kierownik zespołu zadecydował o wycięciu z programu piosenek o tematyce malarskiej, obrażony Kaczmarski opuścił zespół i nie pojechał na II Konfrontacje Inicjatyw Kabaretów Studenckich. 
 
Piosenki inspirowane malarstwem pojawiały się przez całą karierę Kaczmarskiego. Nie były one prostymi muzycznymi ilustracjami płótna, lecz rozbudowanym komentarzem dotyczącym obrazu, a czasem i całej twórczości danego malarza. Najbardziej lubił twórczość Breughla, „który przedstawiał ogół jakiejś sytuacji, ale nie tak, aby tracić szczegół”. Jego obrazy idealnie nadawały na komentarze polityczne. Pejzaż z szubienicą, inspirowany Pejzażem ze sroką na szubienicy, wyrażał podobne lęki, co Mury: oto jednego dnia artysta hołubiony jest przez tłumy, które noszą go na rękach, a drugiego dnia wieszają. Co ciekawe, na obrazie nie ma samej sceny wieszania; tą dopowiedział Kaczmarski, niejako dopisując do obrazu ciąg dalszy akcji. Podobny zabieg zastosował Lech Majewski, ożywiając Drogę krzyżową Breughla w głośnym filmie Młyn i krzyż. Innym przykładem komentarza politycznego była piosenka Wojna postu z karnawałem również na podstawie Breughla. Utwór początkowo traktujący jedynie o kampanii prezydenckiej w Polsce roku '90 ostatecznie okazał stał się pieśnią tytułową jednego z najwybitniejszych programów poetyckich Jacka Kaczmarskiego. 
 
Na KIKS-ie jego Boscha i Ślepców zaśpiewywał inny artysta, a nieobecnemu Kaczmarskiemu przyznano nagrodę specjalną za teksty piosenek.

Za oknem Polska w tęczy! Jedźmy stąd!


Od 1979 roku występował w trio razem z Przemysławem Gintrowskim i Zbigniewem Łapińskim. Stworzyli razem trzy programy poetyckie: Mury, Raj i Muzeum; głównie z tekstami Kaczmarskiego, choć pojawiały się również wiersze innych poetów, między innymi Zbigniewa Herberta. Okres ich działalności przypadł na czas „karnawału Solidarności”. Publiczność oczekiwała hymnu, hitem więc stały się Mury. Jak nagła popularność podziała ka młodego Kaczmarskiego? Przecież był ledwo po ukończeniu polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim! Jego pierwsza żona wspominała, że wówczas „był trochę nadęty”. On sam kilka lat później w rozliczeniowej piosence Konfesjonał dokonał podsumowania siebie jako poety: „Uznałem, że mam prawo sądzić ludzi/ Dlatego tylko, że mam tę możliwość./ Poznawszy sposób – jak sumienia budzić/ Zbierałem obudzonych sumień żniwo”. 
 
Jako artysta szedł jednak własną drogą. W rocznicę porozumień sierpniowych wystąpił na Festiwalu Piosenki Prawdziwej, zorganizowanym przez Macieja Zembatego w hali w Oliwie, gdzie królowały takie przeboje, jak „uczyła mnie mama, by nie bać się chama” (lub bardziej dosadnie „bijące czerwonego”), a młodzi działacze „nosili się jak ministrowie kultury i mówili »tego nie piszcie, bo to wbrew interesom Związku«”, wspominał Jan Poprawa. Zaprezentował tam refleksyjne utwory o klęsce i cierpieniu, jak Rejtan, czyli raport ambasadora czy Zesłanie studentów.

W 1980 otrzymał na festiwalu w Opolu nagrodę dziennikarzy za Obławę. Rok później wspólnie z Przemysławem Gintrowskim został wyróżniony II nagrodą konkursu kabaretowego za Epitafium dla Włodzimierza Wysockiego. Na obu tych festiwalach podczas transmisji z koncertu laureatów wystąpienia tria zostały wycięte, jednak członkowie ekipy radiowej zachowali sobie nagrania i później rozprowadzali je w podziemiu.

Ostatnią piosenką, jaką Kaczmarski stworzył w Polsce, było A my nie chcemy uciekać stąd – przejmujący opis pożaru w zakładzie psychiatrycznym w Górnej Grupie, w którym spłonęło żywcem kilkudziesięciu pensjonariuszy. Utwór był często brany jako alegoryczny wyraz sprzeciwu wobec emigracji z Polski. Jak na ironię, niedługo po napisaniu jego autor sam trafił na obczyznę.

Pamiętamy, co było
Więc wiemy – co będzie


Jesienią 1981 roku Kaczmarski razem z Gintrowskim i Łapińskim wyjechali na krótką trasę koncertową po Francji. Wyjazd okazał się nadspodziewanie owocny, bowiem otrzymali propozycję nagrania płyty ze strony wytwórni, która wcześnie wydawała we Francji m.in. Włodzimierza Wysockiego. Wobec otrzymania takiej szansy Gintrowski i Łapiński wrócili do kraju, by odwołać już zaplanowane tamże koncerty, natomiast Kaczmarski, jako jedyny znający francuski, pozostał w Paryżu. Ponowne połączenie się tria uniemożliwił wybuch stanu wojennego.

Nie wiadomo, dlaczego pozostał na emigracji. Po latach tłumaczył się zmęczeniem walką z cenzurą oraz swoim zaangażowaniem od razu po wybuchu stanu wojennego. Obawiał się też, że w kraju czekała go wyłącznie kariera zawodowego estradowca, „piszącego nie to, co płynie z głębi serca, ale tylko po to, by sprzedać to scenie”. 
 
Już rankiem po ogłoszeniu stanu wojennego protestował przed polską ambasadą. Pracował początkowo w komitecie Solidarności w Paryżu, ale Seweryn Blumsztajn uznał, że „nie nadaje się do papierkowej roboty”, i zaczął wysyłać go w trasy koncertowe. Występował charytatywnie, a dochody z koncertów były przeznaczane na pomoc dla kraju. On sam utrzymywał się jak typowy biedny imigrant, imający przypadkowych zajęć zarobkowych; na przykład zbierał pomidory na południu Francji. 
 
Ten okres był najbardziej buntowniczy w całej jego karierze. W Artystach oraz Marszu intelektualistów ganił nie dość jego zdaniem radykalnie sprzeciwiających się reżimowi artystów czy intelektualistów. Napisał też Zbroję, „która miała być hymnem śpiewanym na gruzach komunizmu”, czy Prośbę. W tej ostatniej pojawiają się słowa: „Bo kiedyś może się przydarzyć/ Że z którymś z nich powtórzę błąd/ Szukając uczuć w jego twarzy/ Zamiast go [komunistę – M.S.] zabić z zimną krwią”. Po latach odżegnywał się od najskrajniejszych utworów. Szybko bowiem doszedł do wniosku, że nie będzie dusił drutem własnego dziadka, komunisty jeszcze z czasów przedwojennych. 
 
W 1982 roku udało mu się sprowadzić na Zachód żonę. Od 1985 roku pracował w sekcji polskiej Radia Wolna Europa. Finansowana przez CIA stacja zapewniła mu znakomite warunki bytowe, jednak za cenę utraty przez niego niezależności. Oprócz autorskich Kwadransów Jacka Kaczmarskiego musiał oddawać się rutynowej dziennikarskiej pracy. Bardzo go to męczyło, co wielokrotnie podkreślał w wywiadach. Frustrowało go też podejście publiczności, która szukała w jego piosenkach wątków politycznych, zamiast docenić samą poezję. 
 
Z satysfakcją więc przyjął wieść o pojawieniu się w polskim podziemiu kasety Pijany poeta, czyli Jacek Kaczmarski inaczej, zawierającą jego biesiadne piosenki. „Podziemna polityczna poprawność zawyła – wspominali bracia Kurscy, którzy byli autorami nagrania – ale Jacek był zachwycony, że wreszcie udało mu się obsikać własny pomnik”. 
 
Po uniesieniu, jakiego doświadczał w pierwszych miesiącach po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy niektórzy jeszcze chcieli wierzyć w hasło „zima wasza, wiosna nasza”, szybko w jego twórczości zaczęło pojawiać się marazm i zwątpienie. Już pod koniec lutego '82 roku napisał piosenkę Wróżba, w której przewidywał, iż „nie będzie kary dla przeciętnych drani”, a nawet jeśli coś się zmieni, „nam wtedy będzie wszystko jedno”. Kiedy w Polsce na przekór ich wymowie pocieszano się Murami, a niektórzy domorośli artyści dopisywali bardziej optymistyczne zakończenia, Kaczmarski napisał kolejną część słynnego utworu. W Murach '87 (Podwórko) pełno było zgnilizny, błota i – przede wszystkim – grobów. Odzwierciedlał on stan duszy poety, który konsekwentnie osuwał się w alkoholizm. Odeszła od niego żona z małym synkiem.
Kaczmarski nie wierzył w upadek komunizmu. Jego zdaniem zmiany będą pozorne i ograniczone, czego wyraz dał w piosence o wymownym tytule Zaproszenie do piekła: „U nas wszystko wolno! Byle wiedzieć jak!”. On natomiast oczekiwał wyłącznie pełnej wolności, „to znaczy: przyjeżdżam i mogę robić co chcę, dopóki nikogo nie zamorduję albo nie obrażę”. -> CZĘŚĆ DRUGA


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz