Jak widać, musiałem na dobre dwa lata temu zarzucić prowadzenie tego bloga. Na przeszkodzie stanęły mi szeroko pojęte obowiązki życiowe.
Musiałem na dłużej zarzucić pisanie dłuższych tekstów. Udzielałem się, tworząc fanpage Razem Pomorze - profil facebookowy pomorskich struktur Partii Razem. Powstało tam wiele udanych komentarzy politycznych mojego autorstwa. Spora część się zdezaktualizowała, ale pod niektórymi także i dzisiaj bym się podpisał, na przykład tym:
Jakieś 200 000 wyświetleń i kilkaset udostępnień. Miałem sporą satysfakcję z tego posta, zwłaszcza że obecni admini fanpejdża mogą jedynie pomarzyć chociaż o dziesiątej części takich zasięgów.
Obecnie m.in. prowadzę działalność wydawniczą. Rezultaty można zobaczyć poniżej, do czego serdecznie zachęcam:
Oficjalna strona pisarza Konrad T. Lewandowski - przewodas.pl. Można zapoznać się tam z różnorodnymi materiałami dotyczącego twórczości autora: bibliografię, biografię, fragmenty książek czy eseje.
Exlibris.net.pl - księgarnia internetowa, gdzie można kupić wydane przeze mnie książki.
Ostatnio nie aktualizowałem bloga, bowiem byłem zajęty dwoma literackimi projektami. Na szczęście w sukurs po raz kolejny przybył Konrad T. Lewandowski, który tym razem odsłania kulisy swojego konfliktu z prezeską warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jak zwykle gorzko, zabawnie, ale w pewien sposób pouczająco. Zachęcam do lektury! PS: Kto jest ciekawy, jak wygląda sprawa z perspektywy samej zainteresowanej, odsyłam na jej bloga.
Przynależność do tzw. stowarzyszeń twórczych zawsze jawiła mi się
szczytem absurdalnego obciachu. Uważam te instytucje za relikt z czasów PRL,
kiedy to literatom przysługiwały deputaty węglowe, dodatki mundurowe, talony na
samochody i kartki na atrament. Wtedy musiało być jasno określone kto jest
literatem, komu się ów przydział należy i kto ma się stawić na pochód
pierwszomajowy pod budującym transparentem, typu „ZLEP LEPI DO PZPR”. Mimo
blisko czterdziestu książek w dorobku mógłbym dołączyć do tego towarzystwa
tylko w ostatnim stadium demencji i wypalenia twórczego.
Wszakże ostatnio wieloletnia znajoma została wybrana prezeską oddziału
warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, dając kolejny dowód, że ludzie
tworzący tę instytucję mają zbiorowo nie po kolei, skoro wybrali kogoś takiego,
by ich reprezentował.
Pani Prezes słynie wygadywania głupot oraz wypisywania głupot
(przykładów zadufanego bełkotu i obłudy pełno na jej blogu), a także głupiego
zachowania. Pamiętam epizod ze wspólnej podróży dziennikarskiej po wschodnim
Mazowszu, kiedy to tropiliśmy lokalną miejską legendę, zbierając jej kolejne
wersje i starając się dociec, jak było naprawdę. Poszukiwania te zaprowadziły
nas baru typu mordownia w małym miasteczku, gdzie napotkaliśmy wygadanego oryginała,
erotomana gawędziarza, który obszernie rozwodził się na temat swojego onanizmu.
Przysiedliśmy się, postawiliśmy mu piwo i zaczęliśmy drążyć temat w
interesującym nas kierunku. Oryginalny erotoman w pewnej chwili zbystrzał i
oznajmił, że powie wszystko, ale tylko mojej towarzyszce, ja mam odejść od
stołu. Przyszła Pani Prezes na ów warunek natychmiast przystała, nie bacząc, że
popełnia grubą nielojalność. Oprócz nielojalności wykazała się ona także
głęboką nieznajomością obyczajów panujących w barach typu mordownia, gdzie
krawatów się nie nosi, ale obowiązuje tzw. charakterność. Konkretnie, w tym
przypadku zasada, że cudzych kobiet się nie zaczepia, ale kobieta bezpańska
jest do wzięcia i kto pierwszy ten lepszy!
Kiedy tam weszliśmy, stali bywalcy musieli założyć, że jesteśmy parą
(choć nigdy nią nie byliśmy) i tak nas traktować. Kiedy jednak przyszła Pani
Prezes ostentacyjnie zdystansowała się ode mnie, w oczach obecnych stała się
kobietą bezpańską, która przyszła do baru szukać towarzystwa mającego ukoić jej
życiową samotność. Najpierw więc onanista gawędziarz ujrzał oczami duszy
otwierające się przed nim bramy raju i zbawienie od mozolnych prac ręcznych, a
chwilę później zgłosił się cały szereg amantów w swoim mniemaniu znacznie
bardziej przystojnych i męskich…
Nie minęło piętnaście minut gdy Pani Prezes In Spe uciekła z tego baru w
dzikim popłochu, porzucając na stole telefon komórkowy i notebooka, które
musiałem potem odzyskiwać. Wytłumaczyć, dlaczego tak się stało, sobie nie dała.
Ona nie popełniła żadnego błędu, ależ skąd! Tylko przypadkiem trafiła między
prowincjonalnych buców, którzy prawdziwej damy uszanować nie potrafili! Zawsze
to wszyscy wokół niej są winni, głupi, małostkowi i nieudaczni - tylko nie ona.
Nigdy ona! To bardzo ważny rys charakteru Pani Prezes, który proszę sobie
zapamiętać.
Z tą cechą charakteru idzie w parze całkowita niezdolność do
przyjmowania krytyki. Najpierw jest wyparcie, potem totalna małpia histeria.
Konstruktywnej dyskusji nie ma nigdy. Jak się 20 lat znamy, Pani Prezes opinie
krytyczne przyjmowała tylko w postaci zachwytów z zastrzeżeniami, tzn. góra
jednym zastrzeżeniem na trzy zachwyty. Jednak trudno o nie, gdyż publicystką i
pisarką jest mierną. Zawsze pisała zaledwie poprawnie, topornym stylem, zupełnie
bez polotu, na dodatek z wiekiem stając się coraz mniej samokrytyczna. Przez
większą część naszej znajomości funkcjonowaliśmy w różnych niszach literackich,
więc nie wchodziliśmy sobie w drogę, ale kiedy przyszło nam pracować razem, zrobił
się problem.
Ponieważ jestem przez Panią Prezes od lat obgadywany na jej blogu, pora
przedstawić stanowisko drugiej strony. Poróżnił nas reportaż o mojej powieści Anioły muszą odejść, który Pani Prezes
jako dziennikarka telewizyjna podjęła się zrobić. Dałem jej tę książkę miesiąc
wcześniej, ale ona nie znalazła czasu by ją przeczytać. Zamówiła tylko kamerę z
obsługą i hajda w teren! Oczywiście nie znając tematu zrobiła bzdurny reportaż,
co wytknięto jej w redakcji, kiedy pokazała tam nakręcony materiał. Broniąc się
przed zarzutami, zaczęła się tłumaczyć, że to dlatego tak źle wyszło, że
„książka Lewandowskiego jest taka głupia, a i sam Lewandowski też idiota”. (Nielojalność
to jej trzecie imię).
Skąd ja to wiem? Od niej samej. Powiedziała mi bez najmniejszej żenady,
że jest tak wybitną profesjonalistką, że nie musi znać książki, o której mówi w
telewizji, zachęcając widzów, aby ją czytali... I gdybym to ja nie był grafomanem,
ów reportaż na pewno wyszedłby świetnie. Przyznaję, że tego było mi już za wiele.
Pani Prezes usłyszała klasyczną wolską wiązankę, wygłoszoną mową Wiecha, której
głównym sponsorem było słowo „idiotka”.
Po jakimś czasie ochłonąłem i postanowiłem nie chować urazy. Cóż z tego,
kiedy Nielojalność już piąty rok chodzi niesyta zemsty i nakręca się coraz
bardziej. Wspólni znajomi zaczęli więc wykorzystywać mnie do przekazywania
wiadomości, których sami bali się powiedzieć jej prosto w oczy (np. że w
ostatniej książce, którą wydała są poważne błędy stylistyczne i fabularne). Bo
ja u Małgorzaty Karoliny Nielojalności i tak już bardziej przechlapane mieć nie
będę…
Tak, to ja jestem Przerośniętym Krasnalem Ogrodowym, na którego, na jej
blogu regularnie wylewane są pomyje. Bawiło mnie to, nie pozostawałem dłużny, w
zamian wysyłając SMS-y, ale podczas ostatniej akcji Pani Prezes spuściła swą
myślową biegunkę o jeden most za daleko.
Chociaż uważam, że tzw. stowarzyszenia twórcze nie różnią w sposób
istotny od stowarzyszeń klaunów (zamiast nosa z czerwonej piłeczki jest
legitymacja), to jednak dotąd zakładałem milcząco, że o jakieś interesy twórców
się tam jednak dba. Tymczasem czytam oto, że Pani Prezes w sporze autor –
wydawca, bierze stronę wydawcy, serdecznie życząc mnie, aby mi się w kłopotach noga powinęła. Pani Prezes warszawskiego
oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich bez najmniejszej żenady, publicznie
ogłasza, że autorzy walczący w sądach o swoje to żałosne, śmieszne głupki. Na
żadną pomoc Stowarzyszenia liczyć nie mogą, ani prawną, ani medialną, ba,
trzeba jeszcze ich wyszydzić, podstawić im nogę, poklepać po plecach
niesolidnych wydawców.
Małgorzata Karolina ma na trzecie Nielojalność, to już wiemy. Jednak pisarze,
który wybrali ją na swą rzeczniczkę muszą mieć zbiorowo zryty beret - co było
do udowodnienia!
Dzisiaj publikuję kolejny tekst Konrada T. Lewandowskiego. Tym razem jest to opis smutnego finału projektu, który zapowiadał się tak świetnie, a do tego przykry obraz polskiej rzeczywistości pod rządami PO. Tekst jest długi, ale polecam przeczytać do końca. Byłem świadkiem dużej części opisywanych zdarzeń, a o reszcie dowiadywałem się na bieżąco, tak że ręczę za autentyczność.
W połowie listopada 2011 roku Narodowe
Centrum Kultury zaproponowało mi napisanie książki do serii Zwrotnice Czasu,
prezentującej kolejne odsłony alternatywnej historii Polski. Zasugerowano mi
konwencję steam punk, nawiązującą do
epoki wiktoriańskiej, czyli drugiej połowy XIX wieku. Moje skojarzenie było
proste: Polsce było wtedy powstanie styczniowe, a jeśli miała to być historia
alternatywna, zatem powstanie styczniowe wygrane za pomocą parowych czołgów… Na
dodatek zbliżała się 150. rocznica tego zrywu. Tych kilka myśli sprawiło, że
spadła na mnie wizja artystycznego projektu życia – monumentalnego
przedsięwzięcia kulturalnego na rok 2013, pod patronatem NCK. Co z tego wyszło
i dlaczego tak wyszło, o tym poniższa opowieść.
Nie lubię, kiedy ogarnia na mnie tzw. wena,
bo wtedy samokrytycyzm zwykle przegrywa z entuzjazmem i potem trzeba się
wstydzić i dużo poprawiać. Wolę brać się do pracy jak pierwszy ogień już trochę
przygaśnie i pojawia się chłodne spojrzenie na materię dzieła na warsztacie.
Wtedy jednak, jesienią 2011 gotowa powieść spadła mi na łeb jak worek cementu,
starczyło ją tylko zapisać. Poszedłem na całość jakbym odmłodniał o ćwierć
wieku.
Na pierwszym spotkaniu w Narodowym Centrum
Kultury zaproponowałem od razu koncept powieści, a ponadto film reklamowy,
będący jej mikroekranizacją, w wersjach 2D, 3D, na youtube i dla TVP. Ponadto
miał być model twardochodu, czyli parowego czołgu do sklejania, kolorowy album
z przekrojami w stylu De Agostini oraz gra strategiczna, żeby czytelnicy mogli
po swojemu rozgrywać finałową bitwę powieści. Słowem, zaproponowałem nie jedną
książkę, ale całą linię produktów kulturalno-edukacyjnych. Powaga 150. rocznicy
powstania styczniowego ten rozmach uzasadniała.
Pomysł został przyjęty. W całości i bez
zastrzeżeń. Nie było żadnych uwag, że pieniędzy brak. Jedno wielkie zielone
światło. Obecna na spotkaniu pani z księgowości zaproponowała jedynie, że aby
sprostać takiemu przedsięwzięciu najlepiej będzie połączyć środki z dwóch
budżetów NCK, na rok 2011 i na 2012, to znaczy rozpisać projekt na cząstkowe
umowy, podpisywane przed końcem tego roku i na początku przyszłego. I tak się
stało – umowa wstępna na konspekt mojej powieści nosi datę 28 listopada 2011, a na właściwą powieść
12 stycznia 2012.
Myślałem,
że złapałem Pana Boga za nogi!
Natychmiast uruchomiłem swoje kontakty i
skompletowałem bazowy zespół złożony ze mnie, Tomasza Mełnickiego – animatora
komputerowego i Jarosława Musiała – inżyniera architekta. Zadaniem tego
ostatniego było przygotowanie serii 16 precyzyjnych rysunków technicznych, stanowiących
podstawę do przygotowania animacji komputerowych, ilustracji albumowych oraz
elementów modelu do sklejania. Ten podprojekt został wykonany w całości i
wykorzystany w mniej niż połowie. Pewnie dlatego Jarosław Musiał do tej pory
nie otrzymał swojego egzemplarza autorskiego książki Orzeł bielszy niż
Gołębica, mimo że upominał się nie raz…
Jak to się stało, że z entuzjasty NCK
stałem się zaprzysięgłym wrogiem mecenatu państwowego w kulturze?
Najkrócej mówiąc, zawiniła polityka i
urzędniczy oportunizm. Prace nad projektem Orzeł ruszyły z kopyta, z
niebywałym zaangażowaniem zebranej ekipy. Co więcej, hasło „150 rocznica
powstania styczniowego” otwierało nam wszystkie serca i drzwi. Do Tomasza
Mełnickiego dołączył reżyser Michał Baczuń ze swoją ekipą, łódzka Filmówka
pożyczyła im dwa samochody sprzętu filmowego (musieliśmy tylko zapłacić za
benzynę), aktor Jacek Mosur zagrał za symboliczne pieniądze Ignacego
Łukasiewicza, za friko przyłączyła się ekipa z dronem (choć zwykle biorą 9 tys.
PLN za dzień zdjęciowy), grupa rekonstrukcyjna Dragoni Fredry, dziecięcy Teatr
Dobrego Serca (całująca się para) oraz banda zwariowanych harlejowców, którzy dowieźli
nam na plan repliki broni czarnoprochowej, zagrali w scenie z Łukasiewiczem i
przeregulowali silniki swoich harleyi, tak aby odgłos ich pracy przypominał
przypuszczalny dźwięk pędni twardochodu.
Moim osobistym asystentem został fan Michał
Smętek, z poświęceniem biegający po Warszawie aby załatwić pomniejsze sprawy,
do których ja nie miałem czasu, ani głowy. Michał został w końcu autorem
tekstów do jednego z reprintów gazety z epoki, a więc współautorem projektu.
Żeby zobaczyć i poczuć ten klimat, proszę obejrzeć reportaż z planu
zdjęciowego:
Ten wielki zielony ekran, widoczny na
powyższym filmie, Nasze Panie uszyły nam domowym przemysłem, jak kiedyś matki,
żony i kochanki styczniowy sztandar dla Powstańców. (Zdjęć z drona widocznego w
szóstej i siódmej minucie nie udało się wykorzystać, bo wymagało to uzgodnień z
NCK…)
Na całej tej entuzjastycznej pracy blisko 30 osób położyła się cieniem uchwała
Sejmu RP z dnia 18 grudnia 2011, odrzucająca projekt ogłoszenia roku 2013
Rokiem Powstania Styczniowego. Postanowiono, że będzie to rok
Juliana Tuwima, Witolda Lutosławskiego i Jana Czochralskiego.Tymczasem najważniejsze umowy z NCK
zostały już podpisane, zadania wyznaczone, praca paliła się ludziom w rękach… I
komu to szkodziło?
Otóż, najwyraźniej zaczęło szkodzić dyrekcji
NCK, która chyba uznała, że dając mi zielone światło wyrwała się przed szereg i
teraz może podpaść swoim zwierzchnikom z partii rządzącej. Z góry przyszedł
polityczny sygnał: „nie chcemy szumu wokół powstania styczniowego” i urzędnicza
służalczość natychmiast zabrała się za zwijanie chorągiewki.
To nie są tylko moje obserwacje. Podobne
służalcze zachowania wobec Ministerstwa Kultury i innych instytucji rządowych,
narzucających zadania według swego widzimisię opisała też Marta Czyż, była
kuratorka podlegającej NCK galerii Kordegarda przy Krakowskim Przedmieściu: „dyrekcja NCK nigdy nie potrafiła tym
instytucjom odmówić i zaproponować realnego terminu w roku następnym. W dodatku
nie były to wystawy z prawdziwego zdarzenia, a jedynie propagandowe wydmuszki”.
(Źródło, strona 85)
Brak cywilnej odwagi władz NCK pokazuje też
skandaliczna historia wycofania się z publikacji „Wielkiej księgi cenzury PRL”,
po dwóch latach prac redakcyjnych, z powodu tego, że wydanie tej książki: „może istotnie zagrozić interesowi publicznemu
z uwagi na wrażliwą społecznie tematykę publikacji”.
(Źródło) Słowem, małość i żałość!
Sorry,
taką mamy kulturę urzędniczą!
Już w połowie stycznia 2012 zacząłem
dostrzegać ze strony NCK pierwsze oznaki niechęci – dyrektor Dudek stał się
trudnodostępny, zignorowano moje mejle z propozycją zdjęć plenerowych pod
Sokołowem Podlaskim i Węgrowem, żeby animacje komputerowe twardochodów wstawić
w oryginalne mazowieckie krajobrazy zimowe, zamiast dorabiać śnieg komputerowo.
Pojawiły się pierwsze wzmianki o „kłopotach z pieniędzmi”. Byłem zdziwiony: No
jak to?! Przecież wszystko dogadaliśmy! Umowy podpisane…
Jednak jeszcze nie drążyłem tematu.
Pochłonął mnie wir pracy twórczej i organizacyjnej. Realizowałem projekt
swojego życia i urzędnicze fochy przelatywały mi mimo uszu. Do czasu aż
biurokratyczna ciemna materia stężała jak beton, paraliżując wszelkie
działanie.
Zrazu tylko bardzo dziwiła mnie obojętność
urzędników NCK wobec naszych działań. Wielokrotnie zapraszałem przedstawicieli
NCK na plan zdjęciowy – do Modlina, gdzie kręciliśmy sceny plenerowe i do
dworku w Podkampinosie, gdzie „robiliśmy wnętrza”. Nikt się nie zainteresował,
nie chciał zobaczyć jak nam idzie. Ale dlaczego?! Przecież takie fajne rzeczy
się tam dzieją! Przecież to też wasz projekt!
Ich to
zupełnie nie obchodziło...
Największa podłość korekty naszego projektu
polegała na tym, że nigdy nie powiedziano nam wprost: „klimat polityczny się
zmienił” albo ”przepraszamy, nie ma pieniędzy”, czy też „sorry, musimy jednak
to zrobić skromniej”. Nic z tego. Dyrektor Dudek tryskał urzędowym optymizmem i
zapewniał, że wszystko jest OK, a jego urzędniczki kopały nas pod stołem pod
kostkach i piętrzyły przeszkody ile wlezie, dopóki nie dopięły swego.
Przedsięwzięcie było tak potężne, że sam
nie byłem w stanie dopilnować wszystkiego. Moje główne zadanie polegało na
napisaniu książki i współuczestnictwie w jej opracowaniu redakcyjnym. Poza tym
mogłem jeszcze zarządzać produkcją filmu (a także gotowałem dla ekipy na
planie, żeby oszczędzić na cateringu).
Zarządzanie produkcją filmową polegało
głównie na doraźnych interwencjach w sprawie problemów organizacyjnych,
mnożących się jak króliki. Mieszkam blisko NCK, więc na bieżąco wpadałem tam i
robiłem za strażaka, w miarę upływu czasu przechodząc od przypominania do
nalegania, coraz bardziej stanowczego, aż do otwartych awantur na koniec.
Przykładowo, musiałem stoczyć całą bitwę o
akceptację tzw. storybordów, bez czego nie mogliśmy zacząć zdjęć filmowych.
Tymczasem za oknem śniegi nam stopniały, lada chwila trawa i drzewa miały się
zazielenić, no i weź tu kręć plenery powstania styczniowego… Wyrobiliśmy się na
ostatnią chwilę, tzn. w połowie kwietnia kręcąc bitwę o Dęblin w twierdzy
Modlin. Na prywatnej działce ojca naszej charakteryzatorki - bez życzliwości
pana Kasztelańca byłaby kiszka.
W tym wirze wydarzeń przepadł projekt gry
strategicznej. Złożyłem go, ale dalej powinien zająć się nim jakiś specjalista
od gier i kolejny grafik, których NCK po prostu nie zatrudniło, bo nie! Z kolei
model twardochodu do sklejania nagle okazał się ponoć „za trudny” do
realizacji. Problemem nie do przebycia dla pań urzędniczek było „uzgodnienie
stopnia szczegółowości modelu” z zainteresowanym modelarzem. Projekt albumu
rozpłynął się w niebycie już całkiem mimochodem. Ponieważ jednak Jarek Musiał wykonał
wszystkie potrzebne rysunki techniczne, żeby coś z nimi zrobić upchnięto je
hurtem na wyklejkach okładek „Orzeł bielszy niż Gołębica”, zupełnie nie
przejmując się faktem, że nie jest to miejsce nadające się do prezentacji tak
subtelnych i szczegółowych grafik. Generalnie, każdy problem natychmiast stawał
się dla urzędniczek z NCK pretekstem aby dalej tego nie robić.
Nie
byłem w stanie walczyć o wszystko.
Skróciłem więc linię frontu, skupiając się
na książce oraz filmie. Na otarcie łez dostałem zgodę na dołączenie do mojej
powieści dwóch pseudo-reprintów gazet z epoki – „Le Monde Illustre” i
„Tygodnika Ilustrowanego”. Problemy z ich przygotowaniem doprowadziły do największej
awantury w historii projektu.
Na razie jednak
miałem na głowie większy problem, sprowadzający się do słów: gwałt na prawie autorskim. Moja powieść
była intensywnie konsultowana u historyków, którzy podsuwali mi swoje pomysły
oraz uwagi merytoryczne - cenne i takie sobie. NCK oczekiwało, że uwzględnię je
wszystkie jak leci, co jeszcze nie było dramatem. Robiłem to przez grzeczność.
Jednak 25 czerwca
2012 dostałem mejl z iście cenzorskim żądaniem zmiany fabuły mojej powieści:
„Motyw homoseksualizmu E. Orzeszkowej –
kwestie związane ze śledztwem w sprawie zdrady Orzeszkowej – wcześniej
czytelnik nie otrzymał żadnych wskazówek, może Orzeszkowa powinna być otoczona
wianuszkiem dziewcząt, towarzyszących jej nieustannie, zapatrzonych w nią,
gotowych na każde jej skinienie (może jakieś odniesienie do postaci z jej powieści?
Dziewczyna mogła być zafascynowana Orzeszkową, pisarka mogła być idolem wielu
dziewcząt w tamtym czasie, takie motywy byłyby wystarczające, młoda zapatrzona
w pisarkę, umiejącą sprytnie manipulować dziewczyną, dla samej akceptacji i
sławy przy boku Orzeszkowej byłaby skłonna zdradzić”.
Zignorowałem tę amatorską propozycję
współautorstwa, skutkiem czego 12 lipca dostałem ponaglenie:
„Zapoznaliśmy
się z wprowadzonymi przez Pana uzupełnieniami i nie daje nam spokoju jeszcze
jedna kwestia. Podczas spotkania z red. Parowskim rozmawialiśmy o potrzebnych zmianach
w ukazaniu postaci Elizy Orzeszkowej, umotywowania działań zdrajczyni - krewnej
Łukasiewicza - innymi pobudkami, związanymi z duchową fascynacją, chęcią
naśladowania wybitnej twórczyni. Zależy nam, aby wprowadził Pan pewne zmiany w
dialogu przesłuchania dziewczyny, które podkreśliłyby jej głęboką i
intelektualną fascynację Orzeszkową. Obawy wzbudzają w nas szczególnie
fragmenty dotyczące odniesień do miłosnych uniesień obu pań, a także do
rzekomej działalności Orzeszkowej, która miałaby sprawdzać stan zdrowia
pensjonarek z zupełnie innych niż zdrowotne i higieniczne pobudek”.
Nie miałem najmniejszej ochoty godzić się
aby ktoś za mnie pisał moją książkę, ani tym bardziej na jej fabularne
okaleczenie – proponowana zmiana była nielogiczna i zupełnie niewiarygodna
psychologicznie. Jednak wiedziałem już, że jeśli odmówię, wojna nerwów oraz
piętrzenie wszelkich trudności wejdą na wyższy poziom. Wybrnąłem więc z tej
sytuacji zmieniając nazwisko negatywnej bohaterki Orzeszkowa na Łupińska. I
wtedy dopiero dowiedziałem się o co tak naprawdę poszło – dyrektor Dudek
powiedział mi, że w NCK obawiano się pozwu ze strony spadkobierców Elizy
Orzeszkowej... Gdybym szykował biografię tej pisarki byłaby to obawa zasadna, jednak
ja pisałem o alternatywnej Orzeszkowej, żyjącej w świecie równoległym. Żadnych
podstaw dla sądu. Na wszelki wypadek jednak postanowiono bez ceregieli wejść z
butami w integralność dzieła. Jeżeli kiedyś dane mi będzie wydać tę książkę
poza NCK, nazwisko Orzeszkowa powróci. O ile autor w sprawie własnego dzieła ma
w NCK coś do gadania.
Kolejne wymuszone ustępstwo dotyczyło winiety
„Le Monde Illustre”, na samym początku powieści. Cała autorska koncepcja „Orzeł
bielszy niż Gołębica” (o ile autor ma coś do gadania) polegała na maksymalnej
zgodności realiów historycznych i technicznych. Twardochody naprawdę można było
wtedy zbudować, trzeba było tylko i aż wpaść na taki pomysł. Pędnia
Łukasiewicza to nowy rodzaj silnika parowo-spalinowego, mój własny wynalazek,
który mógłbym serio zgłosić do opatentowania. Jako inżynier chemik policzyłem
sobie nawet jego podstawowe parametry. Zależało mi aby czytelnik Orła… miał
doskonałe złudzenie przeniesienia do innej rzeczywistości.
Tymczasem,
na pierwszej stronie, zaczynamy od anachronizmu…
Prezentowana winieta francuskiego tygodnika
pochodzi z ostatniej ćwierci XIX wieku, a nie z lat 60. – wtedy była znacznie
bardziej efektowna, choć trudniejsza do graficznego opracowania. Później
wprowadzono wersję uproszczoną. Wielokrotnie zwracałem na to uwagę, moje monity
zostały głęboko zignorowane. Nie chciałem jednak wchodzić w konflikt z Tomaszem
Piorunowskim, świetnym grafikiem, autorem znakomitych ilustracji i dobrej
okładki. Wybaczyłem mu więc, że przesadnie ułatwił sobie robotę.
Niestety, to moje ustępstwo zostało źle
zrozumiane. Przy pracy nad kolejnym reprintem doszło już do kompletnego
lekceważenia realiów i sensu projektu. Miał tam być portret Emilii Plater w
roku 1866, a
więc sześćdziesięcioletniej damy, a nie dwudziestoletniej panny. Zamiast
postarzyć twarz, z uporem prezentowano młódkę, mając kompletnie za nic życzenia
autora w tej mierze. Podobnie było ze zdjęciem Romualda Traugutta, który miał
być w stroju oficjalnym jako głowa państwa, czyli we fraku i przy orderach, a
nie skromnym tużurku, jak na dostępnych zdjęciach z epoki. Mówiłem, że trzeba
go przebrać i nic. Bo nie! Na domiar złego, główny tekst reprintu zilustrowano
nie tym modelem twardochodu, o którym ów tekst opowiadał. Okazało się, że
właściwy rysunek zaginął…
Tym razem się zawziąłem i nie odpuściłem.
Posunąłem się bez mała do walenia pięścią w biurko. Oznajmiłem, że takiej
tandety do mojej książki włożyć nie pozwolę. Na dobitkę zgłosił się Tomasz
Mełnicki, któremu nasza koordynatorka ze strony NCK znowu zablokowała pracę…
Coś
we mnie pękło!
Napisałem mejl do dyrektora Dudka, nie z
awanturą, bynajmniej. Był to raczej tren/lamentacja, w stylu: „Panie
Dyrektorze, dlaczego tak się dzieje?!”, „Dlaczego nie mogę na nikim w NCK
polegać, ani nikomu zaufać?”. Wspomniałem też o zgubionym rysunku. Jeszcze
wtedy wierzyłem w dobrą wolę dyrektora NCK.
W odpowiedzi na prywatny mejl, dostałem
oficjalne urzędowe pismo z datą 13 listopada 2012 roku, podpisem dyrektora
Dudka oraz poświadczeniem nieprawdy: „Jak
udało nam się ustalić rysunek ten nigdy nie dotarł do Pani Milczanowskiej,
dlatego też nie mógł zostać przekazany grafikowi”.
Prawda, jest taka, że p. Milczanowska
otrzymała ten rysunek 24 kwietnia 2012 roku, o godzinie 11.35 rano, razem ze
mną i Tomaszem Mełnickiem, gdyż Jarek Musiał umieścił trzy adresy w jednym
mejlu. Zgubiony rysunek znajdował się w zzipowanym pakiecie razem z kilkoma
innymi, które nie zginęły. Zresztą przez 7 miesięcy z pewnością dostrzeglibyśmy
jego brak. Parokrotnie mieliśmy narady podczas, których rysunki Jarka leżały
rozłożone wachlarzem na biurku.
Pani Milczanowska, jak zauważyłem, miała na
biurku i w komputerze totalny bałagan, w którym nie jeden rysunek, a cały
komiks mógłby zniknąć. Jeśli jednak tego rysunku naprawdę szukano i nie znaleziono,
a wcześniej był, to znaczy, że został skasowany… Tu już trzeba podejrzewać
złośliwy sabotaż projektu.
Nikogo w NCK stan faktyczny nie obchodził. Miałem
zamknąć twarz i się nie wychylać.
Wezwano mnie zatem na rozmowę dyscyplinującą 13 listopada. Wcześniej rano red.
Parowski zadzwonił do mnie z wymysłami w stylu: Przewodas, oszalałeś! To są ludzie z władzą, z nimi się w ten sposób
nie rozmawia! Kajaj się! Przeproś! Potem kierownik programowy NCK, pani
Strąk zaczęła od sugestii bym zrezygnował ze współpracy skoro mi z nimi tak
źle.
Następnie swoją prawdziwą twarz pokazał dyrektor
Dudek, który zwymyślał mnie i posunął się do szantażu. Zagroził mi mianowicie,
że jeśli jeszcze będę sprawiać jakieś kłopoty, zostaną ze mną rozwiązane wszystkie
zawarte umowy. Było ich wtedy cztery, gdyż w tym czasie zacząłem już pracę nad
moją drugą książką dla NCK, czyli tomem Utopie.
Umów na piśmie nie zawiera się po to, żeby
ot tak, jednostronnie je zrywać, miałbym poważne argumenty w ewentualnym przyszłym
sporze prawnym, ale to by oznaczało praktyczną śmierć proceduralną moich
projektów. Miałem więc do wyboru: zachować się jak bezkompromisowy artysta i
rzucić to wszystko w diabły, albo postąpić jak odpowiedzialny szef dużego
zespołu. Wybrałem to drugie i przed dyrektorem zrobiłem z siebie żałosnego
głupka. Nie poniżyłem się tylko do tego stopnia aby przepraszać panią
Milczanowską za jej własne zaniedbania.
Dyrektor Dudek uznał, że mnie spacyfikował
i znów przeszedł w tryb „ludzkie panisko”, łaskawie nakazując podwładnym
większą staranność przy realizacji projektu i podpisanie ze mną kolejnych dwóch
umów. Mnie jednak jego wybuch zszokował do tego stopnia, że kiedy doszła do
mnie wiadomość o artykule w portalu NaTemat: „Nazywał je >ladies<. Zarzuty o mobbing w Narodowym Centrum
Kultury” (Źródło), nie miałem najmniejszych wątpliwości, że poszkodowane działaczki związkowe
mówią prawdę. Ja też padłem w NCK ofiarą mobbingu, tylko potem zamiast słowa
„mobbing” użyłem określenia „kąpiel w szambie”, komentując na Facebooku trzy
lata współpracy z NCK.
Dyrektor Dudek nie ma zwyczaju rozwiązywać
problemów, tylko wdeptywać w ziemię ludzi, którzy jego zdaniem problemy
stwarzają. Przekonałem się o tym na własnej skórze.
W ciągu pół godziny po tamtej rozmowie
przesłałem wszystkim zainteresowanym dowody, że jednak miałem rację w sprawie
zaginionego rysunku. Odpowiedzią było milczenie. Jedynym pocieszeniem okazał
się wieczorem telefon od Tomasza Mełnickiego: „Konrad, dziękuję za twoje
chamstwo, robota wreszcie ruszyła!”
Niestety, nie ruszyła na tyle żwawo ruszyła
aby dało się zrobić scenę defilady twardochodów (obok całującej się pary) oraz
nakręcić puentę filmu z udziałem żywego chłopca, zamiast animowanej kukiełki. Z
planowanych 10 minut filmu wyszło niecałe cztery:
Już wcześniej rozbiłem dobrą minę do złej
gry, a teraz jeszcze tę dobrą minę robić musiałem. Jednak względna normalizacja
stosunków z NCK, która tyle mnie kosztowała okazała się złudna.
Odsunięto
mnie od opracowania redakcyjnego mojej książki.
Konkretnie nie przesłano mi do akceptacji
biogramów postaci historycznych, występujących w mojej książce. Nieznana mi
osoba, która to robiła, albo nie znała zupełnie treści „Orła…” albo potraktowała
swoją pracę kompletnie na odwal się. W efekcie na stronie 412 znajdujemy
biogram Fryderyka Augusta Wettyna, władcy Księstwa Warszawskiego, zmarłego w
1827 roku, podczas gdy akcja „Orzeł bielszy niż Gołębica” rozgrywa się w
styczniu i lutym 1866, a
chodzi tam o króla Jana Nepomuka Wettyna, zmarłego w 1873 roku… Jako autor
zauważyłbym ten błąd natychmiast, gdybym tylko dostał taką szansę. Wiem kiedy
dzieje się akcja mojej własnej powieści! (Dokładnie: 22 stycznia – 18 luty 1866
roku.) Dla urzędników NCK jednak Wettyn to Wettyn, sztuka się liczy! Wnuk czy
dziadek, jeden czort, ważne żeby kłopotu z Lewandowskim nie było!
Wisienką na torcie była wiadomość mejlowa z
3 stycznia 2013 roku, będąca po prostu policzkiem dla mnie oraz całego mojego
zespołu:
Panie Konradzie, nakład
wynosi 500 egzemplarzy.
Słownie:
pięćset!
Czternaście miesięcy pracy i zaangażowania
kilkudziesięciu osób! Budżet całego projektu, według moich szacunków,
przekroczył 100 tysięcy PLN. A nakład homeopatyczny...
Dla kogo i po co taki projekt?! Jaki efekt
kulturalny i edukacyjny mieliśmy uzyskać w skali narodowej produkując rzadkiego
białego kruka?
Film reklamowy w wersjach 2D, 3D i dla
telewizji publicznej (budżet 24 tys. PLN plus darmowa praca szeregu
wolontariuszy) robiliśmy po to by sprzedać 500 egzemplarzy książki… Żeby
chociaż moją powieść rozesłano do wszystkich szkolnych bibliotek w Polsce. Nie
zarobiłbym na tym, ale przynajmniej bym wiedział, że dzieciaki nauczyły się
trochę historii ojczystej oraz podstaw techniki i inżynierii. Też coś.
Dla kogo taki projekt?! Ta odpowiedź jest
akurat prosta: dla urzędników NCK i tylko dla nich! Pięćset egzemplarzy książki
i cztery minuty filmu reklamowego to wystarczająca „podkładka” aby cały projekt
rozliczyć, zamknąć i mieć go z głowy. A że jego wpływ na kulturę narodową jest znikomy
- a kogo to obchodzi?! Pieprzyć kulturę! – To hasło można by wyryć nad wejściem
do siedziby Narodowego Centrum Kultury na ulicy Płockiej 13, żeby wchodzący
twórcy wiedzieli co mają zrobić z nadzieją.
Projekty kulturalne to tylko mierzwa do
zepchnięcia z biurka. Dokładnie taki PT Urzędnicy NCK mają do kultury narodowej
stosunek. Liczą się tylko ich stołki i synekury. I ewentualnie krewni iznajomi.
Jeżeli zarzuty „Gazety Finansowej” się
potwierdzą, będzie to oznaczać, że ja oraz inni twórcy byliśmy tylko przykrywką
dla wyprowadzalni budżetowych pieniędzy. To by zresztą tłumaczyło racjonalnie
tak niski nakład Orła bielszego niż Gołębica - większy nie był potrzebny do
markowania działalności kulturalnej.
Tymczasem mierzwa kulturalna ma być
niekontrowersyjna i broń Boże, nie fermentować! Zatem precz z legendarną Wielką
księgą cenzury PRL, więc Orzeszkowa na Łupińską, więc propagandowe szopki
zamiast wystaw z prawdziwego zdarzenia w Kordegardzie, skąd grafiki Poli
Dwurnik może wynosić kto chce, a artystkę domagającą się odszkodowania spotykają
tylko drwiny. Do realizacji idą projekty politycznie poprawne, usłużne i
miałkie, które nigdzie nikogo nie ukłują, nie nauczą, ani do myślenia nie
skłonią.
Doświadczenie
trzech lat współpracy z NCK dało mi przekonanie, że urzędnicy zarządzający
kulturą mogą z nią zrobić tylko jedno – pogrzebać żywcem!
Wyprodukowanie książki za ok. 200 PLN za
egzemplarz i sprzedawanie jej potem za 43 PLN to zwykła niegospodarność… Cooo?!
Spróbujcie tylko podskoczyć, a nie wyjdziecie z sądu! Pieniądze podatników z
budżetu kultury zaraz zostaną skwapliwie przelane na resort sprawiedliwości w
formie opłat sądowych i honorariów adwokatów broniących wizerunku NCK. Tylko
staropolska kultura pieniacza, jest tu traktowana naprawdę serio.
Nie mogłem od razu protestować, bo zakładnikiem
była moja druga książka. Jednak po uroczystej premierze Orzeł bielszy niż
Gołębica 23 stycznia 2013 roku, w Muzeum Techniki, która
w istocie była pogrzebem całego projektu, razem z Tomkiem i Michałem kupiliśmy
wódkę i urządziliśmy stypę. Piliśmy na smutno do świtu.
Na okazanie kolejnych objawów
niezadowolenia pozwoliłem sobie jesienią 2014 roku, po rozstrzygnięciu
przetargu na druk Utopii, kiedy cała dynamika urzędowego bezwładu była już po
mojej stronie. Żeby się zbytnio nie rozwodzić powiem, że tutaj zmieniono
uzgodnioną okładkę metodą faktów skrycie dokonanych, narzucając mi projekt
którego nigdy bym nie zaakceptował, a będący szyderstwem z mojej pracy. Książka
jest o dwóch młodych ślicznych dziewczynach, na okładce straszą jakieś upiory,
z czego jeden z brodą. Proszę zgadnąć, który z nich to Joanna D’Arc…
Poza tym zaniedbano promocję oraz do
ostatniej chwili ukrywano przede mną poślizg wydawniczy (zgodnie z dokumentami
przetargowymi Utopie miały być gotowe 30 września 2014) oraz problemy ze
składem, o czym zawiadomiono mnie w dopiero październiku...
Myślałem, że po trzech latach wyjdę z tego
NCK, po prostu splunę za siebie przez lewe ramię i zapomnę. Dwie książki to
jednak coś, kij urzędasom w oko! Ale nie... Na odchodne NCK postanowiło jeszcze
mnie upokorzyć i oto z datą 1 grudnia 2014 otrzymałem pismo pt. „Przedsądowe
wezwanie do usunięcia skutków naruszenia”. Zażądano ode mnie publicznych
przeprosin za moje krytyczne wypowiedzi o NCK na Facebooku (tę „kąpiel w
szambie”) oraz za prywatne mejle z korespondencją techniczną, gdzie parę razy z
gniewu na kolejne zaniedbania NCK, faktycznie wyszedłem z nerw, acz do żadnych
obelg się nie posunąłem.
Zapomnieli, że szantaż, któremu dotąd
podlegałem stał się bezprzedmiotowy. Ktoś w NCK uznał jednak, że jestem
mięczak, którym można poniewierać do woli. Wspomniane „Przesądowe wezwanie…” odebrałem
jako osobistą zniewagę. Przypomniało mi ono, że w latach 90. byłem dziennikarzem
śledczym „Przeglądu Technicznego”, który żadnych pozwów się nie boi. Odpowiedziałem
więc: WALCIE SIĘ!
Postanowiłem niniejszym przerwać milczenie
na temat Narodowego Centrum Kultury oraz udzielić wszelkiej medialnej pomocy
bohaterkom artykułu w NaTemat. Po tym co widziałem jestem pewien, że to one
mają rację.
Dyrektor Dudek musi odejść! System
państwowego mecenatu nad kulturą też. Polscy naukowcy już dali się stłamsić
biurokracji i organizują rozpaczliwe „czarne marsze”. Teraz kolej na twórców,
którzy jeśli się nie ograną i nie zaczną bronić swej niezależności, to zawsze
spotkają jakąś panią Milczanowską, która ich bezceremonialnie pouczy jak ma
wyglądać ich własne dzieło.
O podejrzanych działaniach Narodowego Centrum Kultury
pisałem już na łamach tego bloga. A jednak pomimo takiego nadszarpnięcia zaufania
za jedno będę chyba zawsze wdzięczny dyrekcji tej instytucji: za serię Zwrotnice czasu. Przez ostatnie kilka
lat w kilkunastu tomach czołowi polscy autorzy fantastyki mieli sposobność
zaprezentować swoje wizji alternatywnych dziejów Polski. Jednym z tych autorów
był Konrad T. Lewandowski, który w 2013 roku wydał Orła bielszego niż gołębicę – powstanie styczniowe w realiach steampunkowych.
(Niżej podpisany miał w tej książce niewielki udział w postaci dołączanej do
niej gazetki). Minęły prawie dwa lata od premiery i pomimo tarć autora z
wydawnictwem pojawiła się kolejna odsłona serii sygnowana nazwiskiem
Lewandowskiego – Utopie.
Ten tom jest dużo skromniejszy od Orła bielszego niż gołębica. Zabrakło materiałów dodatkowych, a
nawet zwyczajowego w serii posłowia dyrektora NCK i zawodowych historyków. Czytelnik
otrzymuje jedynie dwie mikropowieści.
Pierwszą jest Wysłanniczka
bogini. Autor dał w niej upust swojej słabości do rodzimowierstwa, którą
się dzielił już na łamach tego bloga. Akcja utworu toczy się w czasie reakcji
pogańskiej, która naprawdę miała miejsce w historii po śmierci Mieszka II. Na
kartach powieści rebelia okazała się zwycięska. Żeby nie zaprzepaścić wiktorii,
przedstawiciele plemion zebrali się na wiecu we Włocławku. Pojawił się pomysł,
aby wspólnie z wikingami stworzyć unię państw pogańskich, mogących równoważyć
wpływy agresywnych państw chrześcijańskich. Niestety, obrady stanęły na ostrzu
noża, kiedy okazało się, że piękna córka wodza wikingów została porwana.
Wychodzę z założenia, że absolutnie cała literatura piękna
to historie alternatywne. Nawet Jeżycjada
Małgorzaty Musierowicz, która to opowiada o alternatywnym świecie, w którym w
Poznaniu na Roosevelta 4 mieszkają niejacy Borejkowie. Z naszej rzeczywistości
wiemy niezbicie, że nic takiego nie ma miejsca, o czym licznie pielgrzymujący
na poznańskie Jeżyce fani serii osobiście się przekonali; ku utrapieniu
lokatorów Roosevelta 4, zresztą. Podobnie alternatywnym Londynem jest ten, w
którym pod koniec XIX wieku grasował niejaki Sherlock Holmes z wiernym druhem doktorem
Watsonem. Pomimo przekonania niemałej rzeszy fanów przygód błyskotliwego
detektywa, dzisiaj możemy niemal z 100% pewnością dowieść, że Holmes nigdy nie
istniał. Doktor Watson musiał być niezłym blagierem: brakuje w archiwach
policyjnych opisanych przez niego przestępstw, na Baker Street pod wskazanym numerem
mieszkał kto inny, ludzie z kart powieści nigdy nie istnieli. Możliwe, że nawet
sam Watson został wymyślony.
Po co to piszę? Ano po to, żeby dowieść, że skoro cała
beletrystyka to historia alternatywna, wtedy nie ma powodu, żeby w opisie
alternatywnej rzeczywistości oddalić się od nurtu dziejów o kilka kroków dalej.
Czy była szansa, żeby wizja zaprezentowana w Wysłanniczce bogini mogła się ziścić? Daremne pytanie. Moim zdaniem
ten utwór nie powstał po to, aby dać się ponieść fantazji o pogańskiej po wsze
czasy Polskiej, ale żeby odpowiedzieć na pytanie, jaka jest nasza jako Polaków
tożsamość i co straciliśmy oddalając się od wiary przodków. Lewandowski
zgrabnie ustami bohaterów punktuje blaski i cienie, jakie zawdzięczamy
pogaństwu, chrześcijaństwu oraz Żydom. Takim puszczeniem oka do czytelnika jest
choćby hasło Rzeczpospolita, które pada w zakończeniu.
Tytuł drugiej opowieść może zabrzmieć miłośnikom
Lewandowskiego znajomo – Królowa Joanna d’Arc.
Historia „Dziewicy orleańskiej”, która miast skończyć na angielskim stosie,
udała się na krucjatę przeciwko husytom, była już opublikowana kilkanaście lat
temu nakładem wydawnictwa Alfa. Ów tekst został jednak gruntownie przerobiony i
poprawiony przez autora.
Królową Joannę d’Arc
można traktować w Utopiach jako drugą
stronę tej samej monety. W Wysłanniczce
bogini pojawiła się wizja Polski pogańskiej, w tej opowieści Polski
chrześcijańskiej – lecz innej niż tej, którą znamy z dziejów. W tej historii
Jadwiga nie umiera w połogu, lecz doczekuje się wraz z Jagiełłą upragnionego syna
Władysława. Joanna d’Arc zaś udaje się do Polski, gdzie zakochuje się w młodym
królewiczu…
Amerykanom poszczęściło się w XX wieku, dlatego jak tworzą
historie alternatywne, to raczej o USA okupowanym przez III Rzeszę i Cesarstwo
Japonii niż o… swoim zwycięstwie (te drugie nazywają książkami historycznymi). Polacy
przeciwnie – w rzeczywistości nam się nie poszczęściło, to chociaż
pofantazjujmy na kartach powieści. Dziwi więc, że Lewandowski jako kanwę
przyjął całkiem udany okres dziejów Polski, czyli początek XV stulecia, kiedy
to łamiemy potęgę krzyżacką, a kraj coraz lepiej się rozwija.
Królowa Joanna d’Arc
to przede wszystkim przygodowa powieść historyczna z bitwami, romansami i
intrygami. Lektura jest tym bardziej ekscytująca, że przecież najlepiej
zorientowany w epoce historyk nie będzie miał pojęcia, dokąd zmierza fabuła. I
taki jest właśnie sens pisania podobnych historii alternatywnych – zamiast umiejscawiać
akcję w jakimś neverlandzie, autor rzuca
czytelnika w realia dobrze mu znane, a jednak na tyle inne, że ten cały czas
może czuć się zaskoczony. Królowa Joanna d’Arc
nie jest bardziej na bakier z historią niż przykładowo Trzej muszkieterowie.
Obie powieści polecam jako znakomite historie, napisane
świetnym piórem. Kto poszukuje czegoś oryginalnego, dobrze napisanego, a przy
tym rozrywkowego – trudno o lepszy wybór.
Dzisiaj prezentuję drugi już występ gościnny na moim blogu. Tym razem Konrad T. Lewandowski opowie o swoich perturbacjach z systemami religijnymi w drodze do Ładu...
Z dnia na dzień, z
miesiąca na miesiąc, z roku na rok, od Formy do Formy, narzucanych z
przemieszania Form zewnętrznych, cudzych… Aż może przyjdzie taki moment w
starości, albo i już na łożu śmierci, gdy spojrzawszy wstecz, ujrzymy skończony
kształt naszego życia i dopiero zaskoczy nas ta figura: co za maszkara, co za
bohomaz, bryła chaosu i przypadku, bez sensu, bez celu, bez znaczenia, bez
piękna.
Jacek Dukaj, Inne
pieśni
Powyższy fragment powieści jest jednym z
najważniejszych cytatów literackich w moim życiu. Przestrogą, która głęboko
zapadła mi w pamięć. Przypominam go sobie ilekroć przychodzi mi zmienić pogląd
na jakąś sprawę, i stawiam sobie wtedy pytanie: Myliłem się dotąd, czy mylę się
dopiero teraz, ulegając wpływowi zewnętrznych okoliczności? Ile jest we mnie
podświadomego konformizmu? Na ile moja pewność wewnętrznej autonomii jest
złudzeniem?
Problem ten stanął przede mną szczególnie
jaskrawo, kiedy przyszło mi, w moim życiu, dotychczas ortodoksyjnego
chrześcijanina, odkryć i dowartościować politeizm. Był to długi proces,
zaczynający się od prywatnej znajomości z Tomaszem Szczepańskim (ps. Barnim
Regalica), która zaczęła się w roku 1997 lub 1998. Potem przyjmowałem jego
zaproszenia na odczyty i wykłady, organizowane przez stowarzyszenie „Niklot”,
którego prezesem jest Szczepański. Tam poznałem Szymona Kulina, który z kolei
zaprosił mnie na obchody święta Kupały w mazowieckim chramie Świętowita w Nowej
Wsi Warszawskiej, w czerwcu 2010 roku. Wtedy pierwszy raz wziąłem udział w
obrzędzie rodzimowierczym. Stopniowo poznawałem ludzi z Rodzimego Kościoła
Polskiego (RKP), stawałem się sympatykiem tej organizacji, aż wreszcie
postanowiłem wesprzeć cały ten ruch jako pisarz i filozof.
Uważam, że religia jest emocją nieodłączną od
ludzkiej psychiki. Emocja ta odwiecznie, we wszystkich kulturach szuka dla
siebie form racjonalizacji i ekspresji. Nie jest ona obca nawet ateistom,
którzy w większości przypadków określają się na kontrze do religii dominującej
w ich otoczeniu, natomiast pozostając tylko i wyłącznie we własnym
towarzystwie, prędzej czy później zainicjowaliby jakiś kult, a przynajmniej
połowa z nich, żeby druga połowa mogła dalej kontestować tę pierwszą. Religia
zawsze musi być i zawsze będzie. Pytanie jaka?
Zostałem wychowany jako katolik, łącznie z
bierzmowaniem i maturą z religii. Później przez kilka lat deklarowałem się jako
ateista, aby znów powrócić do wiary jako luteranin. Konwersji dokonałem w 1992
roku i w tym obrządku wziąłem ślub kościelny oraz wychowałem dwie córki. Przez
dwie dekady o kościele ewangelicko-augsburskim mówiłem z przekonaniem „mój
kościół” i czułem się w nim naprawdę dobrze. W 1998 roku rozpocząłem studia
doktoranckie na wydziale filozofii chrześcijańskiej Uniwersytetu Kardynała
Stefana Wyszyńskiego, więc przełom wieków przyszło mi przeżyć na pograniczu obu
kościołów, co wspominam bardzo pozytywnie. Byłem zdeklarowanym ekumenistą
(teraz już bardziej synkretystą), acz do religii niechrześcijańskich odnosiłem
się nieprzychylnie – stanowczo krytykowałem hinduizm, buddyzm, islam i
eklektyzm New Age.
Zarazem jednak czegoś mi brakowało.
Chrześcijaństwo nie zaspokajało mojej potrzeby więzi z przodkami i bohaterami
oraz rytmami natury. Początkowo próbowałem sobie z tym radzić na swój sposób.
Na przykład, wyszukiwałem na cmentarzach wojskowych groby żołnierzy poległych w
tym samym wieku, który ja akurat miałem i zapalałem im znicze. Zawsze też
odczuwałem silną potrzebę spędzenia przy ognisku wieczoru w dniu przesilenia
letniego, czyli Kupały. Chodziłem wtedy na warszawskie Pola Mokotowskie i
szukałem pubu, przed którym palono ogień i siadałem tam z piwem. Czułem jednak,
że to namiastka. Dopiero teraz, odkąd spędzam Kupałę w chramie mazowieckim, mam
wrażenie że jestem tam, gdzie powinienem być.
Spotkanie z rodzimowierstwem wypełniło
zatem bardzo istotny brak w mojej duchowości, ale z drugiej strony przyprawiło
mnie o poważny konflikt sumienia. Pojawił się problem, jak pogodzić protestantyzm,
dla którego nie do przyjęcia jest nawet pozabiblijna tradycja katolicka, z
faktycznym praktykowaniem pogaństwa?
Początkowo więc mój udział w obrzędach
rodzimowierczych tłumaczyłem sobie jako działalność sentymentalno-etnograficzną
oraz oddawanie szacunku przedchrześcijańskim Przodkom, którzy na szacunek
niewątpliwie zasługują, a nie sposób było tego zrobić w ramach kościoła
ewangelicko-augsburskiego. W osobowe istnienie bogów słowiańskich oczywiście
nie wierzyłem. Sprowadzałem zatem rodzimowierstwo do kultu przodków i czystej
społecznej funkcji religii, czyli spotkań ludzi pragnących razem zrobić coś
większego od nich samych.
Równocześnie jednak w całym fermencie ruchu
rodzimowierczego uderzała mnie analogia z czasami Reformacji – duchowych
poszukiwań, powrotu do korzeni wiary oraz obcowania z religią in statu nascendi, czyli w momencie jej
tworzenia się oraz romantycznego określania tożsamości. Bardzo to było
protestanckie z ducha i zarazem o taki sam protest przeciwko katolickiej
deprawacji i arogancji tutaj też chodzi. Przynajmniej w warunkach polskich,
gdzie zadufanie katolickiego kleru skłania do rodzimowierstwa z roku na rok
coraz więcej młodych ludzi. Niektórzy przemierzają pół Polski, aby dotrzeć do
chramu na świąteczny obrzęd lub poprosić o postrzyżyny. Paradoksalnie więc jako
protestant poczułem się w RKP niczym ryba w wodzie!
A to wszystko w sytuacji kiedy prawdziwy
protestantyzm usycha. Wielkim szokiem i dysonansem poznawczym były dla mnie
dyskusje na forum Protestanci.info, w których uczestniczyłem w latach 2008-11.
Przybyłem tam pełen najlepszych chęci, żeby przedyskutować moją teorię
metafizyczną, jako „protestancką metafizykę”, a trafiłem w upiorne piekiełko
bigotów, fanatyków, błaznów, ignorantów, zacietrzewionych nienawistników.
Przyszło mi tam dokonać pierwszej w życiu identyfikacji przypadku opętania (choć
do egzorcyzmów katolickich mam stosunek radykalnie krytyczny), tak skrajne było
u tego człowieka natężenie złej woli. Niebawem on został tam moderatorem…
Próbowałem dyskutować na ich zasadach – z
Biblią w ręku, broniąc wolnej woli przeciw zwolennikom predestynacji, ale nawet
powołanie się na słowa samego Jezusa Chrystusa nie było w stanie ukruszyć
biblijnych zabobonów, wyznawanych przez „chrześcijan wierzących biblijnie”
(wątek „Sprawa Judasza”). Skoro wszystkie wypowiedzi w Biblii są słowami Boga,
to ważniejszy od Jezusa jest apostoł Paweł, bo powiedział więcej. Czarę goryczy
przelali kreacjoniści – nie umiem tolerować nieuctwa i ciemnoty!
Nagle dotarło do mnie, że wśród
protestantów jestem sam. Z ich forum mnie wprawdzie nie wyrzucono, sam
przestałem się tam pojawiać, bo nie było dla kogo. Na dobitkę, w świecie
realnym przyszło mi wypowiedzieć wieloletnią przyjaźń głęboko wierzącemu
protestantowi, ojcu chrzestnemu mojej córki, z powodu odmowy zaszczepienia jego
dziecka. Cóż to za wiara, która godzi się z tak głupim i skrajnie aspołecznym
zabobonem?! Coraz bardziej też zaczęły nudzić mnie jałowe protestanckie
nabożeństwa, oparte na liturgii tworzonej w XVI wieku i w czasach wojny
trzydziestoletniej, które nie wnoszą niczego do poszukiwań i potrzeb duchowych
współczesnego człowieka. Na kazaniach zdarzało mi się zasypiać już wcześniej.
Wygasła we mnie potrzeba chodzenia do kościoła.
A jednak, jak napisałem wyżej – religia
jest emocją fundamentalną, a emocje ukształtowane w dzieciństwie są niezbywalną
częścią naszej tożsamości. Nie jestem hinduistą, muzułmaninem, buddystą ani,
dajmy na to, mormonem czy świadkiem Jehowy, ponieważ nie mam do tych religii
stosunku emocjonalnego – nie zostałem wychowany w danym środowisku. Zatem nic
nie znaczą dla mnie ich przestrogi i dogmaty.
Do chrześcijaństwa jednak taki stosunek
emocjonalny mam - nie potrafię i nie chcę go z siebie wyplenić. Wychowali mnie
chrześcijanie, więc jestem chrześcijaninem. Gdyby wychowały mnie wilki – byłbym
wilkiem. Tego się nie zmieni! Próba zaprzeczenia najgłębszej socjalizacji
wytwarza napięcie psychiczne, prowadzące do życia w zakłamaniu i gniewie, a na
dłuższą metę do destrukcji osobowości. Chrześcijaństwo więc jest i pozostanie istotną
częścią mnie.
A
jednak w chramie, w obrzędowym kręgu czuję się dużo lepiej niż w kościele. Odczuwam
autentyczne sacrum i wspólnotę, zamiast luterańskiego przynudzania i
katolickiej demagogii.
Radziłem sobie z tym problemem jak umiałem
najlepiej, a więc jako pisarz, tworząc powieści Anioły muszą odejść (2011), Sensownik
matki Polki (2012), cykl Diabłu
ogarek (2011-2013). Z literackiego punktu widzenia Anioły… mogę uznać za próbę bardzo udaną – powieść ta zyskała
uznanie zarówno wśród rodzimowierców, jak i katolików, o czym przekonuje „Więź”
1/2015, s. 195, gdzie ks. Stanisław Adamiak pisze: „Autor wydaje się prezentować jakieś sympatie
słowiańsko-neopogańskie (…) Tym lepiej, bo w ten sposób sięgną po nią ci,
którzy od półek z literaturą religijną trzymają się z daleka i może jednak
skłoni ich to do jakiejś refleksji metafizycznej i pomyślenia o Bożym
Miłosierdziu”.
Mojego dylematu duchowego Anioły muszą odejść jednak nie
rozwiązały. Z jednej strony jako chrześcijanin i formalny monoteista staję
wobec niebywałej kompromitacji monoteizmów. Wiadome katolickie skandale, co
gorsza wskazujące, że nie są to żadne incydenty, lecz nieusuwalna patologia
systemowa – tak było zawsze i tak będzie znowu, jak tylko medialna burza
przycichnie. Z kolei islam na naszych oczach osiągnął moralne i cywilizacyjne
dno, stał się religią zbrodniczą. Ortodoksyjny judaizm zaś przyprawia o ciężką
hipokryzję każdego zdeklarowanego zwolennika politycznej poprawności, zmuszając
liberałów do stosowania podwójnych standardów i przymykania oka na rabiniczny
szowinizm, nietolerancję i mizoginię.
Mimo to nie potrafię wyrzec się monoteizmu.
Z drugiej strony bowiem, oprócz
uwarunkowania emocjonalnego, trzyma mnie przy tym systemie religijnym cała moja
pasja i wiedza filozoficzna. Monoteizm jest efektem redukcjonizmu - najbardziej
podstawowego dążenia ludzkiego umysłu, szukającego sposobu sprowadzenia
skomplikowanej wielości do jedności i prostoty. To jest podstawa poznania
naukowego, nieobca wszak przedchrześcijańskiej filozofii greckiej, która w tym
celu stworzyła pojęcia Demiurga i Absolutu.
Poza wszelkimi uczonymi rozważaniami, po
prostu chciałoby się, aby ktoś taki jak Jezus Chrystus – odpowiedzialny Bóg
Stwórca, który na własnej skórze, motywowany miłością, zaznał do końca losu
swoich stworzeń – naprawdę istniał. To zbyt piękne, aby to odrzucić!
Pełnia człowieczeństwa i ludzkiej wolnej
woli ujawnia się najlepiej w chwilach przezwyciężania konieczności
przyczynowo-skutkowych, kiedy to siłą własnego ducha wychodzimy ponad prosty determinizm
typu akcja-reakcja i np. zamiast nienawidzić nieprzyjaciół, co jest logiczne,
zaczynamy ich jednak miłować. To samo odnosi się do wybaczenia zamiast zemsty i
kary, a także wyjścia ponad więzy krwi („Któż jest moją matką i którzy są
braćmi?”, Mk 3, 34). W politeizmie więzy krwi są absolutyzowane, co prowadzi do
odpowiedzialności zbiorowej i wróżd w rodzaju włoskiej vendetty czy albańskiej gjakmarrje.
Tu chrześcijański monoteizm bezsprzecznie wykazał swoją moralną wyższość.
Wreszcie zachodni indywidualizm, który tak
sobie cenię, jest przecież wytworem czysto chrześcijańskim – wyrósł on z
doktryny świętego Augustyna, głoszącej indywidualną odpowiedzialność człowieka
przed Bogiem. Moralny i prawny zakaz odpowiedzialności zbiorowej oraz zemsty
rodowej w naszej kulturze wypływa z tego właśnie źródła. Dalej rozwinął tę
filozofię Duns Szkot, franciszkański mnich, głosząc prymat jednostki nad
ogółem, co stało fundamentem wszelkich późniejszych idei praw człowieka i
obywatela.
Monoteizmu i politeizmu nie da się jednak
pogodzić. Nie pomoże tu nawet kompromisowy henoteizm, nadający jednemu z bogów
wyższy status niż pozostałym. Ta forma przejściowa między dwoma systemami wiary
nie może być zadowalająca, właśnie dlatego, że jest przejściowa.
Natomiast henoteizm, co warto podkreślić,
znakomicie ułatwia powrót katolikom do wiary przedchrześcijańskich Przodków –
stanowi ważny stopień pośredni. Utożsamienie Świętowita – Pana Zawsze Świętego
z Bogiem Jedynym, czyni wejście w rodzimowierstwo aktem bardziej naturalnym,
sprowadzającym się, w pierwszym przybliżeniu, do zmiany sztafażu mitologii
żydowskiej na swojską słowiańską. Doceniając więc henoteistyczny wątek w
doktrynie Rodzimego Kościoła Polskiego, czego przykładem broszura programowa RKP.
Trzeba jednak zaznaczyć, że w głębszym
aspekcie problem niezgodności politeizmu z monoteizmem jest nieusuwalny.
Przechodząc od politeizmu do monoteizmu,
albo odwrotnie, porzucając monoteizm na rzecz politeizmu, za każdym razem
nieodwołalnie tracimy coś cennego. Politeizm wyrasta z naturalnych ludzkich
potrzeb, jest blisko realnych aspektów naszego życia. Monoteizm to zawsze
wyższa abstrakcja, pociągająca umysły dociekliwe. Trwając przy politeizmie
wikłamy się w przyziemne konieczności, stawiając zaś wszystko na monoteizm
tracimy człowieczeństwo, czego dobrym przykładem współczesny islam, o którym
można powiedzieć wiele rzeczy, ale nie to, że nie jest bardzo konsekwentnym
monoteizmem.
Na gruncie chrześcijańskim najbardziej
radykalnym monoteizmem jest kalwinizm, który na tle innych wyznań, stale
poszukujących jakiegoś modus vivendi
z myślą pogańską, jest zdecydowanie najmniej twórczy. Np. wiele dobrych rzeczy
można powiedzieć o Szwajcarii, ale nie to, że kraj ten jest światowym centrum innowacyjności.
Monoteizm paraliżuje ludzką aktywność, tym bardziej, im bardziej jest
konsekwentny – doktryny predestynacji oraz islamskiego „poddania się” są
nieubłagane. Politeizm natomiast ludzką aktywność inspiruje i dodaje nam wiary
we własne siły.
Bogowie greccy, choć chyba nikt już nie
wierzy w ich osobowe istnienie, nadal pozostają symbolami uniwersalnych
ludzkich cnót, dążeń i wartości. Polecić tu muszę znakomity wykład prof. Kamila
Kaczmarka z Uniwersytetu Adama Mickiewicza:
Przedstawiona w powyższym wykładzie wizja
ocalenia zeświecczonej Europy poprzez jej powrót do przedchrześcijańskiej
religii jest naprawdę przekonująca. Faktem jest, że każde odejście od tradycji
starożytnej prowadzi do cywilizacyjnej zapaści. Dotyczy to w równej mierze
chrześcijaństwa oraz islamu, który w XII wieku, piórem Algazela z Bagdadu
„zniszczył filozofów”, czyli wyrzekł się filozofii greckiej, co zapoczątkowało
upadek kulturalny islamu i ostatecznie uczyniło tę religię tym, czym dzisiaj
jest. Z kolei, każdy powrót do duchowej Hellady oznacza twórczy renesans.
Nie można jednak zgodzić się z drugą
częścią prof. Kaczmarka, że monoteizm jest bezwartościowym balastem, w
najlepszym razie biernie blokującym rozwój cywilizacji, jeśli akurat zbiegiem
politycznych okoliczności nie czyni destrukcji bezpośrednio.
Starożytna filozofia grecka mimo jej
wielkich osiągnięć nie dała nam jednak cywilizacji naukowo-technicznej. Nie
wierzyła bowiem w postęp. Podlegała typowej dla całego indoeuropejskiego
politeizmu koncepcji wiecznego powrotu, koła czasu. Sam Arystoteles nauczał, że
wojna trojańska zarówno już była, jak i dopiero będzie. Skoro zaś dzieje
ludzkości powtarzały się co do szczegółu, budowa radykalnie nowego świata nie
miała sensu. Projektowanie rozmaitych machin przez Archimedesa i Herona było
igraszką intelektualną bez szerszego przełożenia na kształt kultury
technicznej.
Idea postępu przyszła wraz z
bliskowschodnimi koczownikami, dla których czas był linią prostą – od aktu
stworzenia do zjednoczenia ze Stwórcą, czyli drogą do Boga. Istnieje bowiem nie
tylko, jak mówi prof. Kaczmarek, kultura miasta i kultura pustyni, ale też
kultura czasu kolistego i kultura czasu linearnego.
Monoteistyczna myśl żydowska, choć nie
mogła zaoferować własnych oryginalnych zdobyczy naukowych, jednak dała myśli
greckiej znaczący bodziec, rozwijając grecki krąg czasu we wznoszącą się
spiralę postępu. Przynajmniej do momentu kiedy triumfujące nad pokorą chrześcijaństwo
nie zaczęło kultury hellenistycznej niszczyć, np. mordując Hypatię z
Aleksandrii czy likwidując po 900 latach istnienia platońską Akademię, co poskutkowało
wkrótce najciemniejszymi wiekami średniowiecza.
Potem jednak chrześcijaństwo się
opamiętało, rozpoczynając renesans karoliński, po czym znów zapamiętało w
monoteistycznej ortodoksji, powołując pierwsze formy inkwizycji do walki z
Katarami na południu Francji, ale zaraz znów się opamiętało, za pośrednictwem
Tomasza z Akwinu przyswajając sobie myśl Arystotelesa, ponownie zapamiętało się
w okresie wojen husyckich i piętnastowiecznych polowań na czarownice,
opamiętało w renesansie włoskim, zapamiętało w wojnach religijnych i baroku, po
czym znów opamiętać się już nie zdołało i poszło na konfrontację z rewolucją
oświecenia oraz kolejne, coraz bardziej beznadziejne i żenujące boje – z
socjalizmem, nacjonalizmem, modernizmem, postmodernizmem, metodą in vitro,
zabawką Hello Kitty…
Patrząc na katolicyzm dziś, patrzymy na
agonalne konwulsje wielkiej religii, dramatycznie niezdolnej poradzić sobie
intelektualnie i moralnie ze światem współczesnym, demonstrującej albo
konformizm, albo bezsilną złość. Reforma katolicyzmu, jak pokazuje półwieczna
historia aggiornamento (uwspółcześnienia
po II Soborze Watykańskim) jest niewykonalna – prowadzi do kolejnych schizm i
rozpadu na coraz mniejsze sekty. Brak reform – to samo.
A więc politeizm!
Jednak politeizm bez myśli
chrześcijańskiej, kontestującej społeczny determinizm przyczyna-skutek, to
prosta droga do realnego, nie akademickiego jak dotąd, globalnego konfliktu
cywilizacji oraz nuklearnej wojny Północ-Południe. Zimna wojna z komunizmem nie
przekształciła się w gorącą; poprzestano na „równowadze strachu”, bowiem po obu
stronach zabrakło fanatycznej motywacji religijnej. Teraz taka motywacja już
będzie. Żaden dialog ani negocjacje wtórnie spoganizowanej Europy ze światem
islamu nie będą możliwe. Do pomyślenia jest więc eskalacja przemocy, masowa
eksterminacja muzułmanów we Francji, przy której zblednie Holokaust i atomowy
odwet krajów Proroka. Tak będzie, jeśli zabraknie chrześcijaństwa.
Lecz monoteizmu z politeizmem pogodzić się
nie da! Henoteizm to wciąż jest politeizm. Albo Bóg jest jeden, albo bogów jest
wielu – tu nie ma miejsca na żaden kompromis ani żadną „prawdę leżącą
pośrodku”. Nie ma środka pomiędzy jeden a wiele!
Problem ten wydaje się ontologicznie
nierozstrzygalny, tak samo jak dylemat ateizm – fideizm. Stając więc na gruncie
mojej metafizyki zmuszony jestem uznać antynomię politeizm – monoteizm za
kolejny przejaw Zasady Zachowania Wolnej Woli, czyli najprościej mówiąc,
równowagi metafizycznej umożliwiającej dokonywanie wolnych i równoprawnych
wyborów światopoglądowych.
Możliwa więc jest jakaś forma balansu
pomiędzy tymi przeciwnościami, poszukiwanie równowagi. Do czasu soboru trydenckiego
katolicyzm radził tu sobie ze wszystkich religii najlepiej, trzeba to przyznać,
acz za cenę upodobnienia się do swoistego para-politeizmu, choćby za sprawą
kultu świętych. Po roku 1563 katolicyzm jednak spetryfikował i stał się
cywilizacyjną zawadą, coraz mniejszą w miarę upływu czasu i obtłukiwania kantów
na kolejnych historycznych zakrętach, aż do groteskowych pogróżek współczesnych
polskich biskupów pod adresem polityków głosujących zgodnie z wolą większości
swojego elektoratu w sprawie zapłodnienia in vitro. Przekonamy się teraz jaką
siłę oddziaływania ma katolicka ekskomunika wobec grozy niewybrania do Sejmu na
następną kadencję…
Odwołanie do Zasady Zachowania Wolnej Woli,
choć coś wyjaśnia, nie czyni jednak duchowego rozdarcia pomiędzy politeizmem a
monoteizmem mniej bolesnym. Oczywiście, fanatycy i bigoci po obu stronach nie
będą tu widzieć żadnego problemu, ale ja zwracam się do ludzi o nieco większej
od dogmatyków wrażliwości, inteligencji oraz empatii.
Jest także wiele i coraz więcej osób, które
do rodzimowierstwa skłania niechęć lub jakiś osobisty uraz do katolicyzmu i
chcąc nie chcąc wnoszą one do RKP swój bagaż gniewu i złości, na których nic
pozytywnego zbudować nie można, a co najwyżej zarazić rodzimowierstwo katolickim
zaślepieniem i arogancją. Tym ludziom z kolei trzeba uświadomić, że po
pierwsze, dla rodzimowierców Jezus Chrystus jest bogiem jednym z wielu, tak
samo jak inni bogowie zasługującym na cześć i szacunek, choćby przez wzgląd na
obowiązek gościnności – każdy gość może być bogiem i każdy bóg gościem. Po
drugie, dylematu politeizm – monoteizm nie da się ani zakrzyczeć, ani zignorować.
Żadne fochy tu nie pomogą.
Skoro więc rozum stwierdza tylko, że
problem „musi boleć” i dalej okazuje swoją bezsilność, pozostaje nam droga
intuicji oraz artystycznego natchnienia. To, czego nie da się zawrzeć w słowach
i wyrazić logicznym wywodem, można jeszcze pokazać poprzez sztukę.
Tak więc pewnego zimowego poranka, kiedy
moje samotne rozważania nad przedstawionym tutaj dylematem osiągnęły granicę
racjonalności, spojrzenie w niebo o wschodzie słońca przyniosło mi wizję Ikony
Ładu – obrazu zawierającego symbole rodzimowiercze i chrześcijańskie,
współistniejące ze sobą w stanie dynamicznej równowagi.
Opis Ikony Ładu jest następujący: W centrum Ryba wyskakująca z wody i zwrócona w stronę
Słońca po prawej stronie, przy czym Słońce zbudowane jest z dwóch kołowrotów
swarzycznych – wewnętrzny zwrócony w prawo (jednoczący) i zewnętrzny w lewo
(siejący). Woda, z której wyskoczyła ryba po lewej stronie zbiega się w postać
kobiecą - tak jakby Ryba wyskoczyła z jej łona w stronę Słońca. Poniżej Ryby
deszcz kropli spadających na powierzchnię wody, niżej zielonkawa toń, a w niej
twarze Przodków - wesołe i poważne. Powyżej Ryby dwa mijające się ptaki –
bocian lecący od Kobiety do Słońca i gołąb w przeciwną stronę. Żeby zachować
proporcje i perspektywę: bocian dalej i wyżej, gołąb niżej i bliżej. Z tarczy
Słońca wylatuje Orzeł – stylizowany kontur z błękitnych błyskawic. W lewym
górnym, nad głową Kobiety gałąź jemioły, w którą powplatano kwiaty – maki i
chabry. Kobieta przędzie nić, którą unosi wiatr, a jej koniec bocian trzyma w
dziobie. Wszystko razem w intensywnych kolorach.
Nie umiem malować, więc o wykonanie
poprosiłem znajomych artystów. Przeznaczeniem Ikony Ładu jest kontemplacja. Nie
zamierzam narzucać interpretacji tego obrazu, ani już niczego więcej tłumaczyć.
Kiedy więc wszelkie słowa i rozumowania
zawodzą, proponuję posiedzieć przed Ikoną Ładu w skupieniu i ciszy…
http://esensja.pl/obrazki/okladkiks/237053_czas-egzorcystow_627.jpg Egzorcyzmy, opętania to nęcący temat dla twórców horrorów.
Obrzędy, tajemnica, zdarzenia toczące się gdzieś poza granicami naszego życia –
to wszystko działa na wyobraźnię. Niestety, przez ostatnie kilkanaście lat
egzorcyzmy straciły nad Wisłą powab egzotyki. W nowym milenium liczba
egzorcystów w naszym kraju wzrosła z czterech do… 120! Trudno rzec, co mogłoby
tłumaczyć taką mobilizację przeciwko Księciu Ciemności. Można jednak dojść do
wniosku, że dla sporej rzeszy rodaków opętania to chleb powszedni, skoro w
kraju, w którym kuleje sprzedaż prasy, od dwóch lat utrzymuje się miesięcznik
„Egzorcysta”. Wiara w opętania byłaby nawet zabawna, gdyby nie to, że już
doszło w kraju do morderstw na tle egzorcyzmów.Najgorsze, że morderstwa dopiero wierzchołek góry lodowej; należy
spytać, ilu psychicznie chorych zostało pozbawionych pomocy, gdyż mieli pecha
żyć w społeczności, gdzie bliżej do księdza niż lekarza? Egzorcyzmy to temat na
horror, gdy egzorcystów w kraju jest kilku; kiedy ich liczba wzrasta do
kilkuset, problem najlepiej oddaje inny gatunek – kryminał.
Ów zapewne sam się narzucił Konradowi T. Lewandowskiemu, gdy
po wieloletniej obserwacji Kościoła Katolickiego zdecydował się dotknąć jedną z
jego najbardziej czarnych stron. W Czasie
egzorcystów opisuje śledztwo prowadzone przez komisarza Louvaina. Główny
bohater po nawróceniu zrobił błyskotliwą karierę dzięki życzliwemu wsparciu
Kościoła. Sumienny glina jednak wpadnie w konflikt sumienia, gdy okaże, że w
celu wyjaśnienia zagadki serii morderstw, będzie musiał przeciwstawić się
władzom kościelnym.
Nie zdradzę wiele, jeżeli napiszę, że tym głównym Złym okaże
się Kościół. Lewandowski opisuje go jako pasożyta niszczącego wszystko co
najlepsze, nawet miłość; stanowiącego przystań dla psychopatów i karierowiczów.
Antyklerykałowie powinni być usatysfakcjonowani, na wierzących – jestem tego
pewny – kryminał nie zrobi większego wrażenia. Dlaczego? Do agitki
antykościelnej są bowiem już przyzwyczajeni, ba, dając jej odpór zapewne
niejeden wierzący odnajduje sens w życiu. A Czas
egzorcystów nie stanowi pod tym względem nic więcej.
Lewandowski plastycznie opisuje rezultaty działań Kościoła,
jednak nie wnika w ich mechanizmy. Kiedy Louvin traci łaskę biskupa, widzimy,
jak znikają mu przywileje, jednak nie wiemy, jak to się stało. Jest napisane, że Kościół ma wpływ na media,
ale już nie opisane. Działa na
wyobraźnię jedynie to, jakie zagrożenie płynie ze strony zaprzedanych
egzorcystom psychologów. Jednak już sama istota egzorcystów ginie. Rytuały są
ledwie przedstawione. Odpowiedzi, dlaczego egzorcyzmy stają się coraz większą
plagą, już w ogóle nie otrzymamy. Po zakończeniu lektury wiedziałem o
egzorcyzmach tyle, co przed jej rozpoczęciem; a wiedziałem w sumie niewiele.
Piszę rozczarowany, bo wiem, że Lewandowskiego stać na więcej.
Może jednak jestem zbyt surowy? Powieść trzyma w napięciu do
samego zakończenia. Autor z werwą i humorem opisuje perypetie dzielnego
komisarza. Jak to u Lewandowskiego, nie brakuje szalonych pomysłów, jak na
przykład rozwiązanie zagadki podczas rozmowy o poezji współczesnej czy to, jak
skończył główny antagonista. Można być też spokojnym o opis działania policji,
ponieważ Lewandowski korzystał z doświadczeń emerytowanych policjantów. Czas egzorcystów to znakomita książka
rozrywkowa – tylko i aż tyle. Jeżeli ktoś potrzebuje czegoś ekscytującego do
czytania, śmiało polecam. Na rozprawę z ciemnotą niestety przyjdzie nam jeszcze
poczekać.
Konrad T. Lewandowski, Czas egzorcystów, Poznań 2014