Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konrad T. Lewandowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konrad T. Lewandowski. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 listopada 2017

Quo Vadis?

Jak widać, musiałem na dobre dwa lata temu zarzucić prowadzenie tego bloga. Na przeszkodzie stanęły mi szeroko pojęte obowiązki życiowe.

Musiałem na dłużej zarzucić pisanie dłuższych tekstów. Udzielałem się, tworząc fanpage Razem Pomorze - profil facebookowy pomorskich struktur Partii Razem. Powstało tam wiele udanych komentarzy politycznych mojego autorstwa. Spora część się zdezaktualizowała, ale pod niektórymi także i dzisiaj bym się podpisał, na przykład tym:



Jakieś 200 000 wyświetleń i kilkaset udostępnień. Miałem sporą satysfakcję z tego posta, zwłaszcza że obecni admini fanpejdża mogą jedynie pomarzyć chociaż o dziesiątej części takich zasięgów.

Obecnie m.in. prowadzę działalność wydawniczą. Rezultaty można zobaczyć poniżej, do czego serdecznie zachęcam:

  • Oficjalna strona pisarza Konrad T. Lewandowski - przewodas.pl. Można zapoznać się tam z różnorodnymi materiałami dotyczącego twórczości autora: bibliografię, biografię, fragmenty książek czy eseje.
  • Exlibris.net.pl - księgarnia internetowa, gdzie można kupić wydane przeze mnie książki.

wtorek, 14 lipca 2015

Prezeska Dziwaczka



Ostatnio nie aktualizowałem bloga, bowiem byłem zajęty dwoma literackimi projektami. Na szczęście w sukurs po raz kolejny przybył Konrad T. Lewandowski, który tym razem odsłania kulisy swojego konfliktu z prezeską warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jak zwykle gorzko, zabawnie, ale w pewien sposób pouczająco. Zachęcam do lektury! PS: Kto jest ciekawy, jak wygląda sprawa z perspektywy samej zainteresowanej, odsyłam na jej bloga

Przynależność do tzw. stowarzyszeń twórczych zawsze jawiła mi się szczytem absurdalnego obciachu. Uważam te instytucje za relikt z czasów PRL, kiedy to literatom przysługiwały deputaty węglowe, dodatki mundurowe, talony na samochody i kartki na atrament. Wtedy musiało być jasno określone kto jest literatem, komu się ów przydział należy i kto ma się stawić na pochód pierwszomajowy pod budującym transparentem, typu „ZLEP LEPI DO PZPR”. Mimo blisko czterdziestu książek w dorobku mógłbym dołączyć do tego towarzystwa tylko w ostatnim stadium demencji i wypalenia twórczego.
Wszakże ostatnio wieloletnia znajoma została wybrana prezeską oddziału warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, dając kolejny dowód, że ludzie tworzący tę instytucję mają zbiorowo nie po kolei, skoro wybrali kogoś takiego, by ich reprezentował.
Pani Prezes słynie wygadywania głupot oraz wypisywania głupot (przykładów zadufanego bełkotu i obłudy pełno na jej blogu), a także głupiego zachowania. Pamiętam epizod ze wspólnej podróży dziennikarskiej po wschodnim Mazowszu, kiedy to tropiliśmy lokalną miejską legendę, zbierając jej kolejne wersje i starając się dociec, jak było naprawdę. Poszukiwania te zaprowadziły nas baru typu mordownia w małym miasteczku, gdzie napotkaliśmy wygadanego oryginała, erotomana gawędziarza, który obszernie rozwodził się na temat swojego onanizmu.
Przysiedliśmy się, postawiliśmy mu piwo i zaczęliśmy drążyć temat w interesującym nas kierunku. Oryginalny erotoman w pewnej chwili zbystrzał i oznajmił, że powie wszystko, ale tylko mojej towarzyszce, ja mam odejść od stołu. Przyszła Pani Prezes na ów warunek natychmiast przystała, nie bacząc, że popełnia grubą nielojalność. Oprócz nielojalności wykazała się ona także głęboką nieznajomością obyczajów panujących w barach typu mordownia, gdzie krawatów się nie nosi, ale obowiązuje tzw. charakterność. Konkretnie, w tym przypadku zasada, że cudzych kobiet się nie zaczepia, ale kobieta bezpańska jest do wzięcia i kto pierwszy ten lepszy!
Kiedy tam weszliśmy, stali bywalcy musieli założyć, że jesteśmy parą (choć nigdy nią nie byliśmy) i tak nas traktować. Kiedy jednak przyszła Pani Prezes ostentacyjnie zdystansowała się ode mnie, w oczach obecnych stała się kobietą bezpańską, która przyszła do baru szukać towarzystwa mającego ukoić jej życiową samotność. Najpierw więc onanista gawędziarz ujrzał oczami duszy otwierające się przed nim bramy raju i zbawienie od mozolnych prac ręcznych, a chwilę później zgłosił się cały szereg amantów w swoim mniemaniu znacznie bardziej przystojnych i męskich…
Nie minęło piętnaście minut gdy Pani Prezes In Spe uciekła z tego baru w dzikim popłochu, porzucając na stole telefon komórkowy i notebooka, które musiałem potem odzyskiwać. Wytłumaczyć, dlaczego tak się stało, sobie nie dała. Ona nie popełniła żadnego błędu, ależ skąd! Tylko przypadkiem trafiła między prowincjonalnych buców, którzy prawdziwej damy uszanować nie potrafili! Zawsze to wszyscy wokół niej są winni, głupi, małostkowi i nieudaczni - tylko nie ona. Nigdy ona! To bardzo ważny rys charakteru Pani Prezes, który proszę sobie zapamiętać.
Z tą cechą charakteru idzie w parze całkowita niezdolność do przyjmowania krytyki. Najpierw jest wyparcie, potem totalna małpia histeria. Konstruktywnej dyskusji nie ma nigdy. Jak się 20 lat znamy, Pani Prezes opinie krytyczne przyjmowała tylko w postaci zachwytów z zastrzeżeniami, tzn. góra jednym zastrzeżeniem na trzy zachwyty. Jednak trudno o nie, gdyż publicystką i pisarką jest mierną. Zawsze pisała zaledwie poprawnie, topornym stylem, zupełnie bez polotu, na dodatek z wiekiem stając się coraz mniej samokrytyczna. Przez większą część naszej znajomości funkcjonowaliśmy w różnych niszach literackich, więc nie wchodziliśmy sobie w drogę, ale kiedy przyszło nam pracować razem, zrobił się problem.
Ponieważ jestem przez Panią Prezes od lat obgadywany na jej blogu, pora przedstawić stanowisko drugiej strony. Poróżnił nas reportaż o mojej powieści Anioły muszą odejść, który Pani Prezes jako dziennikarka telewizyjna podjęła się zrobić. Dałem jej tę książkę miesiąc wcześniej, ale ona nie znalazła czasu by ją przeczytać. Zamówiła tylko kamerę z obsługą i hajda w teren! Oczywiście nie znając tematu zrobiła bzdurny reportaż, co wytknięto jej w redakcji, kiedy pokazała tam nakręcony materiał. Broniąc się przed zarzutami, zaczęła się tłumaczyć, że to dlatego tak źle wyszło, że „książka Lewandowskiego jest taka głupia, a i sam Lewandowski też idiota”. (Nielojalność to jej trzecie imię).
Skąd ja to wiem? Od niej samej. Powiedziała mi bez najmniejszej żenady, że jest tak wybitną profesjonalistką, że nie musi znać książki, o której mówi w telewizji, zachęcając widzów, aby ją czytali... I gdybym to ja nie był grafomanem, ów reportaż na pewno wyszedłby świetnie. Przyznaję, że tego było mi już za wiele. Pani Prezes usłyszała klasyczną wolską wiązankę, wygłoszoną mową Wiecha, której głównym sponsorem było słowo „idiotka”.
Po jakimś czasie ochłonąłem i postanowiłem nie chować urazy. Cóż z tego, kiedy Nielojalność już piąty rok chodzi niesyta zemsty i nakręca się coraz bardziej. Wspólni znajomi zaczęli więc wykorzystywać mnie do przekazywania wiadomości, których sami bali się powiedzieć jej prosto w oczy (np. że w ostatniej książce, którą wydała są poważne błędy stylistyczne i fabularne). Bo ja u Małgorzaty Karoliny Nielojalności i tak już bardziej przechlapane mieć nie będę…
Tak, to ja jestem Przerośniętym Krasnalem Ogrodowym, na którego, na jej blogu regularnie wylewane są pomyje. Bawiło mnie to, nie pozostawałem dłużny, w zamian wysyłając SMS-y, ale podczas ostatniej akcji Pani Prezes spuściła swą myślową biegunkę o jeden most za daleko.
Chociaż uważam, że tzw. stowarzyszenia twórcze nie różnią w sposób istotny od stowarzyszeń klaunów (zamiast nosa z czerwonej piłeczki jest legitymacja), to jednak dotąd zakładałem milcząco, że o jakieś interesy twórców się tam jednak dba. Tymczasem czytam oto, że Pani Prezes w sporze autor – wydawca, bierze stronę wydawcy, serdecznie życząc mnie, aby mi się w kłopotach noga powinęła. Pani Prezes warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich bez najmniejszej żenady, publicznie ogłasza, że autorzy walczący w sądach o swoje to żałosne, śmieszne głupki. Na żadną pomoc Stowarzyszenia liczyć nie mogą, ani prawną, ani medialną, ba, trzeba jeszcze ich wyszydzić, podstawić im nogę, poklepać po plecach niesolidnych wydawców.

Małgorzata Karolina ma na trzecie Nielojalność, to już wiemy. Jednak pisarze, który wybrali ją na swą rzeczniczkę muszą mieć zbiorowo zryty beret - co było do udowodnienia!
Konrad T. Lewandowski

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Małość, żałość, obojętność, czyli biurokratyczny sen o kulturze

Dzisiaj publikuję kolejny tekst Konrada T. Lewandowskiego. Tym razem jest to opis smutnego finału projektu, który zapowiadał się tak świetnie, a do tego przykry obraz polskiej rzeczywistości pod rządami PO. Tekst jest długi, ale polecam przeczytać do końca. Byłem świadkiem dużej części opisywanych zdarzeń, a o reszcie dowiadywałem się na bieżąco, tak że ręczę za autentyczność. 





W połowie listopada 2011 roku Narodowe Centrum Kultury zaproponowało mi napisanie książki do serii Zwrotnice Czasu, prezentującej kolejne odsłony alternatywnej historii Polski. Zasugerowano mi konwencję steam punk, nawiązującą do epoki wiktoriańskiej, czyli drugiej połowy XIX wieku. Moje skojarzenie było proste: Polsce było wtedy powstanie styczniowe, a jeśli miała to być historia alternatywna, zatem powstanie styczniowe wygrane za pomocą parowych czołgów… Na dodatek zbliżała się 150. rocznica tego zrywu. Tych kilka myśli sprawiło, że spadła na mnie wizja artystycznego projektu życia – monumentalnego przedsięwzięcia kulturalnego na rok 2013, pod patronatem NCK. Co z tego wyszło i dlaczego tak wyszło, o tym poniższa opowieść.
 Nie lubię, kiedy ogarnia na mnie tzw. wena, bo wtedy samokrytycyzm zwykle przegrywa z entuzjazmem i potem trzeba się wstydzić i dużo poprawiać. Wolę brać się do pracy jak pierwszy ogień już trochę przygaśnie i pojawia się chłodne spojrzenie na materię dzieła na warsztacie. Wtedy jednak, jesienią 2011 gotowa powieść spadła mi na łeb jak worek cementu, starczyło ją tylko zapisać. Poszedłem na całość jakbym odmłodniał o ćwierć wieku.
Na pierwszym spotkaniu w Narodowym Centrum Kultury zaproponowałem od razu koncept powieści, a ponadto film reklamowy, będący jej mikroekranizacją, w wersjach 2D, 3D, na youtube i dla TVP. Ponadto miał być model twardochodu, czyli parowego czołgu do sklejania, kolorowy album z przekrojami w stylu De Agostini oraz gra strategiczna, żeby czytelnicy mogli po swojemu rozgrywać finałową bitwę powieści. Słowem, zaproponowałem nie jedną książkę, ale całą linię produktów kulturalno-edukacyjnych. Powaga 150. rocznicy powstania styczniowego ten rozmach uzasadniała.
Pomysł został przyjęty. W całości i bez zastrzeżeń. Nie było żadnych uwag, że pieniędzy brak. Jedno wielkie zielone światło. Obecna na spotkaniu pani z księgowości zaproponowała jedynie, że aby sprostać takiemu przedsięwzięciu najlepiej będzie połączyć środki z dwóch budżetów NCK, na rok 2011 i na 2012, to znaczy rozpisać projekt na cząstkowe umowy, podpisywane przed końcem tego roku i na początku przyszłego. I tak się stało – umowa wstępna na konspekt mojej powieści nosi datę 28 listopada 2011, a na właściwą powieść 12 stycznia 2012.

Myślałem, że złapałem Pana Boga za nogi!
Natychmiast uruchomiłem swoje kontakty i skompletowałem bazowy zespół złożony ze mnie, Tomasza Mełnickiego – animatora komputerowego i Jarosława Musiała – inżyniera architekta. Zadaniem tego ostatniego było przygotowanie serii 16 precyzyjnych rysunków technicznych, stanowiących podstawę do przygotowania animacji komputerowych, ilustracji albumowych oraz elementów modelu do sklejania. Ten podprojekt został wykonany w całości i wykorzystany w mniej niż połowie. Pewnie dlatego Jarosław Musiał do tej pory nie otrzymał swojego egzemplarza autorskiego książki Orzeł bielszy niż Gołębica, mimo że upominał się nie raz…
Jak to się stało, że z entuzjasty NCK stałem się zaprzysięgłym wrogiem mecenatu państwowego w kulturze?
Najkrócej mówiąc, zawiniła polityka i urzędniczy oportunizm. Prace nad projektem Orzeł ruszyły z kopyta, z niebywałym zaangażowaniem zebranej ekipy. Co więcej, hasło „150 rocznica powstania styczniowego” otwierało nam wszystkie serca i drzwi. Do Tomasza Mełnickiego dołączył reżyser Michał Baczuń ze swoją ekipą, łódzka Filmówka pożyczyła im dwa samochody sprzętu filmowego (musieliśmy tylko zapłacić za benzynę), aktor Jacek Mosur zagrał za symboliczne pieniądze Ignacego Łukasiewicza, za friko przyłączyła się ekipa z dronem (choć zwykle biorą 9 tys. PLN za dzień zdjęciowy), grupa rekonstrukcyjna Dragoni Fredry, dziecięcy Teatr Dobrego Serca (całująca się para) oraz banda zwariowanych harlejowców, którzy dowieźli nam na plan repliki broni czarnoprochowej, zagrali w scenie z Łukasiewiczem i przeregulowali silniki swoich harleyi, tak aby odgłos ich pracy przypominał przypuszczalny dźwięk pędni twardochodu.
Moim osobistym asystentem został fan Michał Smętek, z poświęceniem biegający po Warszawie aby załatwić pomniejsze sprawy, do których ja nie miałem czasu, ani głowy. Michał został w końcu autorem tekstów do jednego z reprintów gazety z epoki, a więc współautorem projektu. Żeby zobaczyć i poczuć ten klimat, proszę obejrzeć reportaż z planu zdjęciowego:

Ten wielki zielony ekran, widoczny na powyższym filmie, Nasze Panie uszyły nam domowym przemysłem, jak kiedyś matki, żony i kochanki styczniowy sztandar dla Powstańców. (Zdjęć z drona widocznego w szóstej i siódmej minucie nie udało się wykorzystać, bo wymagało to uzgodnień z NCK…)
Na całej tej entuzjastycznej pracy blisko 30 osób położyła się cieniem uchwała Sejmu RP z dnia 18 grudnia 2011, odrzucająca projekt ogłoszenia roku 2013 Rokiem Powstania Styczniowego. Postanowiono, że będzie to rok Juliana Tuwima, Witolda Lutosławskiego i Jana Czochralskiego. Tymczasem najważniejsze umowy z NCK zostały już podpisane, zadania wyznaczone, praca paliła się ludziom w rękach… I komu to szkodziło?
Otóż, najwyraźniej zaczęło szkodzić dyrekcji NCK, która chyba uznała, że dając mi zielone światło wyrwała się przed szereg i teraz może podpaść swoim zwierzchnikom z partii rządzącej. Z góry przyszedł polityczny sygnał: „nie chcemy szumu wokół powstania styczniowego” i urzędnicza służalczość natychmiast zabrała się za zwijanie chorągiewki.
To nie są tylko moje obserwacje. Podobne służalcze zachowania wobec Ministerstwa Kultury i innych instytucji rządowych, narzucających zadania według swego widzimisię opisała też Marta Czyż, była kuratorka podlegającej NCK galerii Kordegarda przy Krakowskim Przedmieściu: „dyrekcja NCK nigdy nie potrafiła tym instytucjom odmówić i zaproponować realnego terminu w roku następnym. W dodatku nie były to wystawy z prawdziwego zdarzenia, a jedynie propagandowe wydmuszki”. (Źródło, strona 85)
Brak cywilnej odwagi władz NCK pokazuje też skandaliczna historia wycofania się z publikacji „Wielkiej księgi cenzury PRL”, po dwóch latach prac redakcyjnych, z powodu tego, że wydanie tej książki: „może istot­nie za­gro­zić in­te­re­so­wi pu­blicz­ne­mu z uwagi na wraż­li­wą spo­łecz­nie te­ma­ty­kę pu­bli­ka­cji”. (Źródło) Słowem, małość i żałość!

Sorry, taką mamy kulturę urzędniczą!
Już w połowie stycznia 2012 zacząłem dostrzegać ze strony NCK pierwsze oznaki niechęci – dyrektor Dudek stał się trudnodostępny, zignorowano moje mejle z propozycją zdjęć plenerowych pod Sokołowem Podlaskim i Węgrowem, żeby animacje komputerowe twardochodów wstawić w oryginalne mazowieckie krajobrazy zimowe, zamiast dorabiać śnieg komputerowo. Pojawiły się pierwsze wzmianki o „kłopotach z pieniędzmi”. Byłem zdziwiony: No jak to?! Przecież wszystko dogadaliśmy! Umowy podpisane…
Jednak jeszcze nie drążyłem tematu. Pochłonął mnie wir pracy twórczej i organizacyjnej. Realizowałem projekt swojego życia i urzędnicze fochy przelatywały mi mimo uszu. Do czasu aż biurokratyczna ciemna materia stężała jak beton, paraliżując wszelkie działanie.
Zrazu tylko bardzo dziwiła mnie obojętność urzędników NCK wobec naszych działań. Wielokrotnie zapraszałem przedstawicieli NCK na plan zdjęciowy – do Modlina, gdzie kręciliśmy sceny plenerowe i do dworku w Podkampinosie, gdzie „robiliśmy wnętrza”. Nikt się nie zainteresował, nie chciał zobaczyć jak nam idzie. Ale dlaczego?! Przecież takie fajne rzeczy się tam dzieją! Przecież to też wasz projekt!

Ich to zupełnie nie obchodziło...
Największa podłość korekty naszego projektu polegała na tym, że nigdy nie powiedziano nam wprost: „klimat polityczny się zmienił” albo ”przepraszamy, nie ma pieniędzy”, czy też „sorry, musimy jednak to zrobić skromniej”. Nic z tego. Dyrektor Dudek tryskał urzędowym optymizmem i zapewniał, że wszystko jest OK, a jego urzędniczki kopały nas pod stołem pod kostkach i piętrzyły przeszkody ile wlezie, dopóki nie dopięły swego.
Przedsięwzięcie było tak potężne, że sam nie byłem w stanie dopilnować wszystkiego. Moje główne zadanie polegało na napisaniu książki i współuczestnictwie w jej opracowaniu redakcyjnym. Poza tym mogłem jeszcze zarządzać produkcją filmu (a także gotowałem dla ekipy na planie, żeby oszczędzić na cateringu).
Zarządzanie produkcją filmową polegało głównie na doraźnych interwencjach w sprawie problemów organizacyjnych, mnożących się jak króliki. Mieszkam blisko NCK, więc na bieżąco wpadałem tam i robiłem za strażaka, w miarę upływu czasu przechodząc od przypominania do nalegania, coraz bardziej stanowczego, aż do otwartych awantur na koniec.
Przykładowo, musiałem stoczyć całą bitwę o akceptację tzw. storybordów, bez czego nie mogliśmy zacząć zdjęć filmowych. Tymczasem za oknem śniegi nam stopniały, lada chwila trawa i drzewa miały się zazielenić, no i weź tu kręć plenery powstania styczniowego… Wyrobiliśmy się na ostatnią chwilę, tzn. w połowie kwietnia kręcąc bitwę o Dęblin w twierdzy Modlin. Na prywatnej działce ojca naszej charakteryzatorki - bez życzliwości pana Kasztelańca byłaby kiszka.
W tym wirze wydarzeń przepadł projekt gry strategicznej. Złożyłem go, ale dalej powinien zająć się nim jakiś specjalista od gier i kolejny grafik, których NCK po prostu nie zatrudniło, bo nie! Z kolei model twardochodu do sklejania nagle okazał się ponoć „za trudny” do realizacji. Problemem nie do przebycia dla pań urzędniczek było „uzgodnienie stopnia szczegółowości modelu” z zainteresowanym modelarzem. Projekt albumu rozpłynął się w niebycie już całkiem mimochodem. Ponieważ jednak Jarek Musiał wykonał wszystkie potrzebne rysunki techniczne, żeby coś z nimi zrobić upchnięto je hurtem na wyklejkach okładek „Orzeł bielszy niż Gołębica”, zupełnie nie przejmując się faktem, że nie jest to miejsce nadające się do prezentacji tak subtelnych i szczegółowych grafik. Generalnie, każdy problem natychmiast stawał się dla urzędniczek z NCK pretekstem aby dalej tego nie robić.

Nie byłem w stanie walczyć o wszystko.
Skróciłem więc linię frontu, skupiając się na książce oraz filmie. Na otarcie łez dostałem zgodę na dołączenie do mojej powieści dwóch pseudo-reprintów gazet z epoki – „Le Monde Illustre” i „Tygodnika Ilustrowanego”. Problemy z ich przygotowaniem doprowadziły do największej awantury w historii projektu.
Na razie jednak miałem na głowie większy problem, sprowadzający się do słów: gwałt na prawie autorskim. Moja powieść była intensywnie konsultowana u historyków, którzy podsuwali mi swoje pomysły oraz uwagi merytoryczne - cenne i takie sobie. NCK oczekiwało, że uwzględnię je wszystkie jak leci, co jeszcze nie było dramatem. Robiłem to przez grzeczność.
Jednak 25 czerwca 2012 dostałem mejl z iście cenzorskim żądaniem zmiany fabuły mojej powieści:
Motyw homoseksualizmu E. Orzeszkowej – kwestie związane ze śledztwem w sprawie zdrady Orzeszkowej – wcześniej czytelnik nie otrzymał żadnych wskazówek, może Orzeszkowa powinna być otoczona wianuszkiem dziewcząt, towarzyszących jej nieustannie, zapatrzonych w nią, gotowych na każde jej skinienie (może jakieś odniesienie do postaci z jej powieści? Dziewczyna mogła być zafascynowana Orzeszkową, pisarka mogła być idolem wielu dziewcząt w tamtym czasie, takie motywy byłyby wystarczające, młoda zapatrzona w pisarkę, umiejącą sprytnie manipulować dziewczyną, dla samej akceptacji i sławy przy boku Orzeszkowej byłaby skłonna zdradzić”.
Zignorowałem tę amatorską propozycję współautorstwa, skutkiem czego 12 lipca dostałem ponaglenie:
Zapoznaliśmy się z wprowadzonymi przez Pana uzupełnieniami i nie daje nam spokoju jeszcze jedna kwestia. Podczas spotkania z red. Parowskim rozmawialiśmy o potrzebnych zmianach w ukazaniu postaci Elizy Orzeszkowej, umotywowania działań zdrajczyni - krewnej Łukasiewicza - innymi pobudkami, związanymi z duchową fascynacją, chęcią naśladowania wybitnej twórczyni. Zależy nam, aby wprowadził Pan pewne zmiany w dialogu przesłuchania dziewczyny, które podkreśliłyby jej głęboką i intelektualną fascynację Orzeszkową. Obawy wzbudzają w nas szczególnie fragmenty dotyczące odniesień do miłosnych uniesień obu pań, a także do rzekomej działalności Orzeszkowej, która miałaby sprawdzać stan zdrowia pensjonarek z zupełnie innych niż zdrowotne i higieniczne pobudek”.
Nie miałem najmniejszej ochoty godzić się aby ktoś za mnie pisał moją książkę, ani tym bardziej na jej fabularne okaleczenie – proponowana zmiana była nielogiczna i zupełnie niewiarygodna psychologicznie. Jednak wiedziałem już, że jeśli odmówię, wojna nerwów oraz piętrzenie wszelkich trudności wejdą na wyższy poziom. Wybrnąłem więc z tej sytuacji zmieniając nazwisko negatywnej bohaterki Orzeszkowa na Łupińska. I wtedy dopiero dowiedziałem się o co tak naprawdę poszło – dyrektor Dudek powiedział mi, że w NCK obawiano się pozwu ze strony spadkobierców Elizy Orzeszkowej... Gdybym szykował biografię tej pisarki byłaby to obawa zasadna, jednak ja pisałem o alternatywnej Orzeszkowej, żyjącej w świecie równoległym. Żadnych podstaw dla sądu. Na wszelki wypadek jednak postanowiono bez ceregieli wejść z butami w integralność dzieła. Jeżeli kiedyś dane mi będzie wydać tę książkę poza NCK, nazwisko Orzeszkowa powróci. O ile autor w sprawie własnego dzieła ma w NCK coś do gadania.
Kolejne wymuszone ustępstwo dotyczyło winiety „Le Monde Illustre”, na samym początku powieści. Cała autorska koncepcja „Orzeł bielszy niż Gołębica” (o ile autor ma coś do gadania) polegała na maksymalnej zgodności realiów historycznych i technicznych. Twardochody naprawdę można było wtedy zbudować, trzeba było tylko i aż wpaść na taki pomysł. Pędnia Łukasiewicza to nowy rodzaj silnika parowo-spalinowego, mój własny wynalazek, który mógłbym serio zgłosić do opatentowania. Jako inżynier chemik policzyłem sobie nawet jego podstawowe parametry. Zależało mi aby czytelnik Orła… miał doskonałe złudzenie przeniesienia do innej rzeczywistości.

Tymczasem, na pierwszej stronie, zaczynamy od anachronizmu…
Prezentowana winieta francuskiego tygodnika pochodzi z ostatniej ćwierci XIX wieku, a nie z lat 60. – wtedy była znacznie bardziej efektowna, choć trudniejsza do graficznego opracowania. Później wprowadzono wersję uproszczoną. Wielokrotnie zwracałem na to uwagę, moje monity zostały głęboko zignorowane. Nie chciałem jednak wchodzić w konflikt z Tomaszem Piorunowskim, świetnym grafikiem, autorem znakomitych ilustracji i dobrej okładki. Wybaczyłem mu więc, że przesadnie ułatwił sobie robotę.
Niestety, to moje ustępstwo zostało źle zrozumiane. Przy pracy nad kolejnym reprintem doszło już do kompletnego lekceważenia realiów i sensu projektu. Miał tam być portret Emilii Plater w roku 1866, a więc sześćdziesięcioletniej damy, a nie dwudziestoletniej panny. Zamiast postarzyć twarz, z uporem prezentowano młódkę, mając kompletnie za nic życzenia autora w tej mierze. Podobnie było ze zdjęciem Romualda Traugutta, który miał być w stroju oficjalnym jako głowa państwa, czyli we fraku i przy orderach, a nie skromnym tużurku, jak na dostępnych zdjęciach z epoki. Mówiłem, że trzeba go przebrać i nic. Bo nie! Na domiar złego, główny tekst reprintu zilustrowano nie tym modelem twardochodu, o którym ów tekst opowiadał. Okazało się, że właściwy rysunek zaginął…
Tym razem się zawziąłem i nie odpuściłem. Posunąłem się bez mała do walenia pięścią w biurko. Oznajmiłem, że takiej tandety do mojej książki włożyć nie pozwolę. Na dobitkę zgłosił się Tomasz Mełnicki, któremu nasza koordynatorka ze strony NCK znowu zablokowała pracę…

Coś we mnie pękło!
Napisałem mejl do dyrektora Dudka, nie z awanturą, bynajmniej. Był to raczej tren/lamentacja, w stylu: „Panie Dyrektorze, dlaczego tak się dzieje?!”, „Dlaczego nie mogę na nikim w NCK polegać, ani nikomu zaufać?”. Wspomniałem też o zgubionym rysunku. Jeszcze wtedy wierzyłem w dobrą wolę dyrektora NCK.
W odpowiedzi na prywatny mejl, dostałem oficjalne urzędowe pismo z datą 13 listopada 2012 roku, podpisem dyrektora Dudka oraz poświadczeniem nieprawdy: „Jak udało nam się ustalić rysunek ten nigdy nie dotarł do Pani Milczanowskiej, dlatego też nie mógł zostać przekazany grafikowi”.
Prawda, jest taka, że p. Milczanowska otrzymała ten rysunek 24 kwietnia 2012 roku, o godzinie 11.35 rano, razem ze mną i Tomaszem Mełnickiem, gdyż Jarek Musiał umieścił trzy adresy w jednym mejlu. Zgubiony rysunek znajdował się w zzipowanym pakiecie razem z kilkoma innymi, które nie zginęły. Zresztą przez 7 miesięcy z pewnością dostrzeglibyśmy jego brak. Parokrotnie mieliśmy narady podczas, których rysunki Jarka leżały rozłożone wachlarzem na biurku.
Pani Milczanowska, jak zauważyłem, miała na biurku i w komputerze totalny bałagan, w którym nie jeden rysunek, a cały komiks mógłby zniknąć. Jeśli jednak tego rysunku naprawdę szukano i nie znaleziono, a wcześniej był, to znaczy, że został skasowany… Tu już trzeba podejrzewać złośliwy sabotaż projektu.
Nikogo w NCK stan faktyczny nie obchodził. Miałem zamknąć twarz i się nie wychylać.
Wezwano mnie zatem na rozmowę dyscyplinującą 13 listopada. Wcześniej rano red. Parowski zadzwonił do mnie z wymysłami w stylu: Przewodas, oszalałeś! To są ludzie z władzą, z nimi się w ten sposób nie rozmawia! Kajaj się! Przeproś! Potem kierownik programowy NCK, pani Strąk zaczęła od sugestii bym zrezygnował ze współpracy skoro mi z nimi tak źle.
Następnie swoją prawdziwą twarz pokazał dyrektor Dudek, który zwymyślał mnie i posunął się do szantażu. Zagroził mi mianowicie, że jeśli jeszcze będę sprawiać jakieś kłopoty, zostaną ze mną rozwiązane wszystkie zawarte umowy. Było ich wtedy cztery, gdyż w tym czasie zacząłem już pracę nad moją drugą książką dla NCK, czyli tomem Utopie.
Umów na piśmie nie zawiera się po to, żeby ot tak, jednostronnie je zrywać, miałbym poważne argumenty w ewentualnym przyszłym sporze prawnym, ale to by oznaczało praktyczną śmierć proceduralną moich projektów. Miałem więc do wyboru: zachować się jak bezkompromisowy artysta i rzucić to wszystko w diabły, albo postąpić jak odpowiedzialny szef dużego zespołu. Wybrałem to drugie i przed dyrektorem zrobiłem z siebie żałosnego głupka. Nie poniżyłem się tylko do tego stopnia aby przepraszać panią Milczanowską za jej własne zaniedbania.
Dyrektor Dudek uznał, że mnie spacyfikował i znów przeszedł w tryb „ludzkie panisko”, łaskawie nakazując podwładnym większą staranność przy realizacji projektu i podpisanie ze mną kolejnych dwóch umów. Mnie jednak jego wybuch zszokował do tego stopnia, że kiedy doszła do mnie wiadomość o artykule w portalu NaTemat: „Nazywał je >ladies<. Zarzuty o mobbing w Narodowym Centrum Kultury” (Źródło), nie miałem najmniejszych wątpliwości, że poszkodowane działaczki związkowe mówią prawdę. Ja też padłem w NCK ofiarą mobbingu, tylko potem zamiast słowa „mobbing” użyłem określenia „kąpiel w szambie”, komentując na Facebooku trzy lata współpracy z NCK.
Dyrektor Dudek nie ma zwyczaju rozwiązywać problemów, tylko wdeptywać w ziemię ludzi, którzy jego zdaniem problemy stwarzają. Przekonałem się o tym na własnej skórze.
W ciągu pół godziny po tamtej rozmowie przesłałem wszystkim zainteresowanym dowody, że jednak miałem rację w sprawie zaginionego rysunku. Odpowiedzią było milczenie. Jedynym pocieszeniem okazał się wieczorem telefon od Tomasza Mełnickiego: „Konrad, dziękuję za twoje chamstwo, robota wreszcie ruszyła!”
Niestety, nie ruszyła na tyle żwawo ruszyła aby dało się zrobić scenę defilady twardochodów (obok całującej się pary) oraz nakręcić puentę filmu z udziałem żywego chłopca, zamiast animowanej kukiełki. Z planowanych 10 minut filmu wyszło niecałe cztery:

Już wcześniej rozbiłem dobrą minę do złej gry, a teraz jeszcze tę dobrą minę robić musiałem. Jednak względna normalizacja stosunków z NCK, która tyle mnie kosztowała okazała się złudna.

Odsunięto mnie od opracowania redakcyjnego mojej książki.
Konkretnie nie przesłano mi do akceptacji biogramów postaci historycznych, występujących w mojej książce. Nieznana mi osoba, która to robiła, albo nie znała zupełnie treści „Orła…” albo potraktowała swoją pracę kompletnie na odwal się. W efekcie na stronie 412 znajdujemy biogram Fryderyka Augusta Wettyna, władcy Księstwa Warszawskiego, zmarłego w 1827 roku, podczas gdy akcja „Orzeł bielszy niż Gołębica” rozgrywa się w styczniu i lutym 1866, a chodzi tam o króla Jana Nepomuka Wettyna, zmarłego w 1873 roku… Jako autor zauważyłbym ten błąd natychmiast, gdybym tylko dostał taką szansę. Wiem kiedy dzieje się akcja mojej własnej powieści! (Dokładnie: 22 stycznia – 18 luty 1866 roku.) Dla urzędników NCK jednak Wettyn to Wettyn, sztuka się liczy! Wnuk czy dziadek, jeden czort, ważne żeby kłopotu z Lewandowskim nie było!
Wisienką na torcie była wiadomość mejlowa z 3 stycznia 2013 roku, będąca po prostu policzkiem dla mnie oraz całego mojego zespołu:
Panie Konradzie, nakład wynosi 500 egzemplarzy.
Słownie: pięćset!
Czternaście miesięcy pracy i zaangażowania kilkudziesięciu osób! Budżet całego projektu, według moich szacunków, przekroczył 100 tysięcy PLN. A nakład homeopatyczny...
Dla kogo i po co taki projekt?! Jaki efekt kulturalny i edukacyjny mieliśmy uzyskać w skali narodowej produkując rzadkiego białego kruka?
Film reklamowy w wersjach 2D, 3D i dla telewizji publicznej (budżet 24 tys. PLN plus darmowa praca szeregu wolontariuszy) robiliśmy po to by sprzedać 500 egzemplarzy książki… Żeby chociaż moją powieść rozesłano do wszystkich szkolnych bibliotek w Polsce. Nie zarobiłbym na tym, ale przynajmniej bym wiedział, że dzieciaki nauczyły się trochę historii ojczystej oraz podstaw techniki i inżynierii. Też coś.
Dla kogo taki projekt?! Ta odpowiedź jest akurat prosta: dla urzędników NCK i tylko dla nich! Pięćset egzemplarzy książki i cztery minuty filmu reklamowego to wystarczająca „podkładka” aby cały projekt rozliczyć, zamknąć i mieć go z głowy. A że jego wpływ na kulturę narodową jest znikomy - a kogo to obchodzi?! Pieprzyć kulturę! – To hasło można by wyryć nad wejściem do siedziby Narodowego Centrum Kultury na ulicy Płockiej 13, żeby wchodzący twórcy wiedzieli co mają zrobić z nadzieją.
Projekty kulturalne to tylko mierzwa do zepchnięcia z biurka. Dokładnie taki PT Urzędnicy NCK mają do kultury narodowej stosunek. Liczą się tylko ich stołki i synekury. I ewentualnie krewni iznajomi.
Jeżeli zarzuty „Gazety Finansowej” się potwierdzą, będzie to oznaczać, że ja oraz inni twórcy byliśmy tylko przykrywką dla wyprowadzalni budżetowych pieniędzy. To by zresztą tłumaczyło racjonalnie tak niski nakład Orła bielszego niż Gołębica - większy nie był potrzebny do markowania działalności kulturalnej.
Tymczasem mierzwa kulturalna ma być niekontrowersyjna i broń Boże, nie fermentować! Zatem precz z legendarną Wielką księgą cenzury PRL, więc Orzeszkowa na Łupińską, więc propagandowe szopki zamiast wystaw z prawdziwego zdarzenia w Kordegardzie, skąd grafiki Poli Dwurnik może wynosić kto chce, a artystkę domagającą się odszkodowania spotykają tylko drwiny. Do realizacji idą projekty politycznie poprawne, usłużne i miałkie, które nigdzie nikogo nie ukłują, nie nauczą, ani do myślenia nie skłonią.
Doświadczenie trzech lat współpracy z NCK dało mi przekonanie, że urzędnicy zarządzający kulturą mogą z nią zrobić tylko jedno – pogrzebać żywcem!
Wyprodukowanie książki za ok. 200 PLN za egzemplarz i sprzedawanie jej potem za 43 PLN to zwykła niegospodarność… Cooo?! Spróbujcie tylko podskoczyć, a nie wyjdziecie z sądu! Pieniądze podatników z budżetu kultury zaraz zostaną skwapliwie przelane na resort sprawiedliwości w formie opłat sądowych i honorariów adwokatów broniących wizerunku NCK. Tylko staropolska kultura pieniacza, jest tu traktowana naprawdę serio.
Nie mogłem od razu protestować, bo zakładnikiem była moja druga książka. Jednak po uroczystej premierze Orzeł bielszy niż Gołębica 23 stycznia 2013 roku, w Muzeum Techniki, która w istocie była pogrzebem całego projektu, razem z Tomkiem i Michałem kupiliśmy wódkę i urządziliśmy stypę. Piliśmy na smutno do świtu.
Na okazanie kolejnych objawów niezadowolenia pozwoliłem sobie jesienią 2014 roku, po rozstrzygnięciu przetargu na druk Utopii, kiedy cała dynamika urzędowego bezwładu była już po mojej stronie. Żeby się zbytnio nie rozwodzić powiem, że tutaj zmieniono uzgodnioną okładkę metodą faktów skrycie dokonanych, narzucając mi projekt którego nigdy bym nie zaakceptował, a będący szyderstwem z mojej pracy. Książka jest o dwóch młodych ślicznych dziewczynach, na okładce straszą jakieś upiory, z czego jeden z brodą. Proszę zgadnąć, który z nich to Joanna D’Arc… 

Poza tym zaniedbano promocję oraz do ostatniej chwili ukrywano przede mną poślizg wydawniczy (zgodnie z dokumentami przetargowymi Utopie miały być gotowe 30 września 2014) oraz problemy ze składem, o czym zawiadomiono mnie w dopiero październiku...
Myślałem, że po trzech latach wyjdę z tego NCK, po prostu splunę za siebie przez lewe ramię i zapomnę. Dwie książki to jednak coś, kij urzędasom w oko! Ale nie... Na odchodne NCK postanowiło jeszcze mnie upokorzyć i oto z datą 1 grudnia 2014 otrzymałem pismo pt. „Przedsądowe wezwanie do usunięcia skutków naruszenia”. Zażądano ode mnie publicznych przeprosin za moje krytyczne wypowiedzi o NCK na Facebooku (tę „kąpiel w szambie”) oraz za prywatne mejle z korespondencją techniczną, gdzie parę razy z gniewu na kolejne zaniedbania NCK, faktycznie wyszedłem z nerw, acz do żadnych obelg się nie posunąłem.
Zapomnieli, że szantaż, któremu dotąd podlegałem stał się bezprzedmiotowy. Ktoś w NCK uznał jednak, że jestem mięczak, którym można poniewierać do woli. Wspomniane „Przesądowe wezwanie…” odebrałem jako osobistą zniewagę. Przypomniało mi ono, że w latach 90. byłem dziennikarzem śledczym „Przeglądu Technicznego”, który żadnych pozwów się nie boi. Odpowiedziałem więc: WALCIE SIĘ!
Postanowiłem niniejszym przerwać milczenie na temat Narodowego Centrum Kultury oraz udzielić wszelkiej medialnej pomocy bohaterkom artykułu w NaTemat. Po tym co widziałem jestem pewien, że to one mają rację.
Dyrektor Dudek musi odejść! System państwowego mecenatu nad kulturą też. Polscy naukowcy już dali się stłamsić biurokracji i organizują rozpaczliwe „czarne marsze”. Teraz kolej na twórców, którzy jeśli się nie ograną i nie zaczną bronić swej niezależności, to zawsze spotkają jakąś panią Milczanowską, która ich bezceremonialnie pouczy jak ma wyglądać ich własne dzieło.
Albo niezależność, albo lokajstwo wobec władzy!
Albo urzędnicy, albo twórcy!
Wybór należy do Was, Koleżanki i Koledzy.
Konrad T. Lewandowski




niedziela, 31 maja 2015

Utopie - Konrad T. Lewandowski





O podejrzanych działaniach Narodowego Centrum Kultury pisałem już na łamach tego bloga. A jednak pomimo takiego nadszarpnięcia zaufania za jedno będę chyba zawsze wdzięczny dyrekcji tej instytucji: za serię Zwrotnice czasu. Przez ostatnie kilka lat w kilkunastu tomach czołowi polscy autorzy fantastyki mieli sposobność zaprezentować swoje wizji alternatywnych dziejów Polski. Jednym z tych autorów był Konrad T. Lewandowski, który w 2013 roku wydał Orła bielszego niż gołębicę – powstanie styczniowe w realiach steampunkowych. (Niżej podpisany miał w tej książce niewielki udział w postaci dołączanej do niej gazetki). Minęły prawie dwa lata od premiery i pomimo tarć autora z wydawnictwem pojawiła się kolejna odsłona serii sygnowana nazwiskiem Lewandowskiego – Utopie.
 Ten tom jest dużo skromniejszy od Orła bielszego niż gołębica. Zabrakło materiałów dodatkowych, a nawet zwyczajowego w serii posłowia dyrektora NCK i zawodowych historyków. Czytelnik otrzymuje jedynie dwie mikropowieści.
 Pierwszą jest Wysłanniczka bogini. Autor dał w niej upust swojej słabości do rodzimowierstwa, którą się dzielił już na łamach tego bloga. Akcja utworu toczy się w czasie reakcji pogańskiej, która naprawdę miała miejsce w historii po śmierci Mieszka II. Na kartach powieści rebelia okazała się zwycięska. Żeby nie zaprzepaścić wiktorii, przedstawiciele plemion zebrali się na wiecu we Włocławku. Pojawił się pomysł, aby wspólnie z wikingami stworzyć unię państw pogańskich, mogących równoważyć wpływy agresywnych państw chrześcijańskich. Niestety, obrady stanęły na ostrzu noża, kiedy okazało się, że piękna córka wodza wikingów została porwana.
 Wychodzę z założenia, że absolutnie cała literatura piękna to historie alternatywne. Nawet Jeżycjada Małgorzaty Musierowicz, która to opowiada o alternatywnym świecie, w którym w Poznaniu na Roosevelta 4 mieszkają niejacy Borejkowie. Z naszej rzeczywistości wiemy niezbicie, że nic takiego nie ma miejsca, o czym licznie pielgrzymujący na poznańskie Jeżyce fani serii osobiście się przekonali; ku utrapieniu lokatorów Roosevelta 4, zresztą. Podobnie alternatywnym Londynem jest ten, w którym pod koniec XIX wieku grasował niejaki Sherlock Holmes z wiernym druhem doktorem Watsonem. Pomimo przekonania niemałej rzeszy fanów przygód błyskotliwego detektywa, dzisiaj możemy niemal z 100% pewnością dowieść, że Holmes nigdy nie istniał. Doktor Watson musiał być niezłym blagierem: brakuje w archiwach policyjnych opisanych przez niego przestępstw, na Baker Street pod wskazanym numerem mieszkał kto inny, ludzie z kart powieści nigdy nie istnieli. Możliwe, że nawet sam Watson został wymyślony.
 Po co to piszę? Ano po to, żeby dowieść, że skoro cała beletrystyka to historia alternatywna, wtedy nie ma powodu, żeby w opisie alternatywnej rzeczywistości oddalić się od nurtu dziejów o kilka kroków dalej. Czy była szansa, żeby wizja zaprezentowana w Wysłanniczce bogini mogła się ziścić? Daremne pytanie. Moim zdaniem ten utwór nie powstał po to, aby dać się ponieść fantazji o pogańskiej po wsze czasy Polskiej, ale żeby odpowiedzieć na pytanie, jaka jest nasza jako Polaków tożsamość i co straciliśmy oddalając się od wiary przodków. Lewandowski zgrabnie ustami bohaterów punktuje blaski i cienie, jakie zawdzięczamy pogaństwu, chrześcijaństwu oraz Żydom. Takim puszczeniem oka do czytelnika jest choćby hasło Rzeczpospolita, które pada w zakończeniu.
 Tytuł drugiej opowieść może zabrzmieć miłośnikom Lewandowskiego znajomo – Królowa Joanna d’Arc. Historia „Dziewicy orleańskiej”, która miast skończyć na angielskim stosie, udała się na krucjatę przeciwko husytom, była już opublikowana kilkanaście lat temu nakładem wydawnictwa Alfa. Ów tekst został jednak gruntownie przerobiony i poprawiony przez autora.
 Królową Joannę d’Arc można traktować w Utopiach jako drugą stronę tej samej monety. W Wysłanniczce bogini pojawiła się wizja Polski pogańskiej, w tej opowieści Polski chrześcijańskiej – lecz innej niż tej, którą znamy z dziejów. W tej historii Jadwiga nie umiera w połogu, lecz doczekuje się wraz z Jagiełłą upragnionego syna Władysława. Joanna d’Arc zaś udaje się do Polski, gdzie zakochuje się w młodym królewiczu…
 Amerykanom poszczęściło się w XX wieku, dlatego jak tworzą historie alternatywne, to raczej o USA okupowanym przez III Rzeszę i Cesarstwo Japonii niż o… swoim zwycięstwie (te drugie nazywają książkami historycznymi). Polacy przeciwnie – w rzeczywistości nam się nie poszczęściło, to chociaż pofantazjujmy na kartach powieści. Dziwi więc, że Lewandowski jako kanwę przyjął całkiem udany okres dziejów Polski, czyli początek XV stulecia, kiedy to łamiemy potęgę krzyżacką, a kraj coraz lepiej się rozwija.
 Królowa Joanna d’Arc to przede wszystkim przygodowa powieść historyczna z bitwami, romansami i intrygami. Lektura jest tym bardziej ekscytująca, że przecież najlepiej zorientowany w epoce historyk nie będzie miał pojęcia, dokąd zmierza fabuła. I taki jest właśnie sens pisania podobnych historii alternatywnych – zamiast umiejscawiać akcję w jakimś neverlandzie, autor rzuca czytelnika w realia dobrze mu znane, a jednak na tyle inne, że ten cały czas może czuć się zaskoczony. Królowa Joanna d’Arc nie jest bardziej na bakier z historią niż przykładowo Trzej muszkieterowie.
 Obie powieści polecam jako znakomite historie, napisane świetnym piórem. Kto poszukuje czegoś oryginalnego, dobrze napisanego, a przy tym rozrywkowego – trudno o lepszy wybór.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Politeizm vs. Monoteizm, czyli spór pomiędzy człowieczeństwem a absolutem



Dzisiaj prezentuję drugi już występ gościnny na moim blogu. Tym razem Konrad T. Lewandowski opowie o swoich perturbacjach z systemami religijnymi w drodze do Ładu...





Z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, od Formy do Formy, narzucanych z przemieszania Form zewnętrznych, cudzych… Aż może przyjdzie taki moment w starości, albo i już na łożu śmierci, gdy spojrzawszy wstecz, ujrzymy skończony kształt naszego życia i dopiero zaskoczy nas ta figura: co za maszkara, co za bohomaz, bryła chaosu i przypadku, bez sensu, bez celu, bez znaczenia, bez piękna.
Jacek Dukaj, Inne pieśni


Powyższy fragment powieści jest jednym z najważniejszych cytatów literackich w moim życiu. Przestrogą, która głęboko zapadła mi w pamięć. Przypominam go sobie ilekroć przychodzi mi zmienić pogląd na jakąś sprawę, i stawiam sobie wtedy pytanie: Myliłem się dotąd, czy mylę się dopiero teraz, ulegając wpływowi zewnętrznych okoliczności? Ile jest we mnie podświadomego konformizmu? Na ile moja pewność wewnętrznej autonomii jest złudzeniem?
Problem ten stanął przede mną szczególnie jaskrawo, kiedy przyszło mi, w moim życiu, dotychczas ortodoksyjnego chrześcijanina, odkryć i dowartościować politeizm. Był to długi proces, zaczynający się od prywatnej znajomości z Tomaszem Szczepańskim (ps. Barnim Regalica), która zaczęła się w roku 1997 lub 1998. Potem przyjmowałem jego zaproszenia na odczyty i wykłady, organizowane przez stowarzyszenie „Niklot”, którego prezesem jest Szczepański. Tam poznałem Szymona Kulina, który z kolei zaprosił mnie na obchody święta Kupały w mazowieckim chramie Świętowita w Nowej Wsi Warszawskiej, w czerwcu 2010 roku. Wtedy pierwszy raz wziąłem udział w obrzędzie rodzimowierczym. Stopniowo poznawałem ludzi z Rodzimego Kościoła Polskiego (RKP), stawałem się sympatykiem tej organizacji, aż wreszcie postanowiłem wesprzeć cały ten ruch jako pisarz i filozof.
Uważam, że religia jest emocją nieodłączną od ludzkiej psychiki. Emocja ta odwiecznie, we wszystkich kulturach szuka dla siebie form racjonalizacji i ekspresji. Nie jest ona obca nawet ateistom, którzy w większości przypadków określają się na kontrze do religii dominującej w ich otoczeniu, natomiast pozostając tylko i wyłącznie we własnym towarzystwie, prędzej czy później zainicjowaliby jakiś kult, a przynajmniej połowa z nich, żeby druga połowa mogła dalej kontestować tę pierwszą. Religia zawsze musi być i zawsze będzie. Pytanie jaka?
Zostałem wychowany jako katolik, łącznie z bierzmowaniem i maturą z religii. Później przez kilka lat deklarowałem się jako ateista, aby znów powrócić do wiary jako luteranin. Konwersji dokonałem w 1992 roku i w tym obrządku wziąłem ślub kościelny oraz wychowałem dwie córki. Przez dwie dekady o kościele ewangelicko-augsburskim mówiłem z przekonaniem „mój kościół” i czułem się w nim naprawdę dobrze. W 1998 roku rozpocząłem studia doktoranckie na wydziale filozofii chrześcijańskiej Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, więc przełom wieków przyszło mi przeżyć na pograniczu obu kościołów, co wspominam bardzo pozytywnie. Byłem zdeklarowanym ekumenistą (teraz już bardziej synkretystą), acz do religii niechrześcijańskich odnosiłem się nieprzychylnie – stanowczo krytykowałem hinduizm, buddyzm, islam i eklektyzm New Age.
Zarazem jednak czegoś mi brakowało. Chrześcijaństwo nie zaspokajało mojej potrzeby więzi z przodkami i bohaterami oraz rytmami natury. Początkowo próbowałem sobie z tym radzić na swój sposób. Na przykład, wyszukiwałem na cmentarzach wojskowych groby żołnierzy poległych w tym samym wieku, który ja akurat miałem i zapalałem im znicze. Zawsze też odczuwałem silną potrzebę spędzenia przy ognisku wieczoru w dniu przesilenia letniego, czyli Kupały. Chodziłem wtedy na warszawskie Pola Mokotowskie i szukałem pubu, przed którym palono ogień i siadałem tam z piwem. Czułem jednak, że to namiastka. Dopiero teraz, odkąd spędzam Kupałę w chramie mazowieckim, mam wrażenie że jestem tam, gdzie powinienem być.
Spotkanie z rodzimowierstwem wypełniło zatem bardzo istotny brak w mojej duchowości, ale z drugiej strony przyprawiło mnie o poważny konflikt sumienia. Pojawił się problem, jak pogodzić protestantyzm, dla którego nie do przyjęcia jest nawet pozabiblijna tradycja katolicka, z faktycznym praktykowaniem pogaństwa?
Początkowo więc mój udział w obrzędach rodzimowierczych tłumaczyłem sobie jako działalność sentymentalno-etnograficzną oraz oddawanie szacunku przedchrześcijańskim Przodkom, którzy na szacunek niewątpliwie zasługują, a nie sposób było tego zrobić w ramach kościoła ewangelicko-augsburskiego. W osobowe istnienie bogów słowiańskich oczywiście nie wierzyłem. Sprowadzałem zatem rodzimowierstwo do kultu przodków i czystej społecznej funkcji religii, czyli spotkań ludzi pragnących razem zrobić coś większego od nich samych.
Równocześnie jednak w całym fermencie ruchu rodzimowierczego uderzała mnie analogia z czasami Reformacji – duchowych poszukiwań, powrotu do korzeni wiary oraz obcowania z religią in statu nascendi, czyli w momencie jej tworzenia się oraz romantycznego określania tożsamości. Bardzo to było protestanckie z ducha i zarazem o taki sam protest przeciwko katolickiej deprawacji i arogancji tutaj też chodzi. Przynajmniej w warunkach polskich, gdzie zadufanie katolickiego kleru skłania do rodzimowierstwa z roku na rok coraz więcej młodych ludzi. Niektórzy przemierzają pół Polski, aby dotrzeć do chramu na świąteczny obrzęd lub poprosić o postrzyżyny. Paradoksalnie więc jako protestant poczułem się w RKP niczym ryba w wodzie!
A to wszystko w sytuacji kiedy prawdziwy protestantyzm usycha. Wielkim szokiem i dysonansem poznawczym były dla mnie dyskusje na forum Protestanci.info, w których uczestniczyłem w latach 2008-11. Przybyłem tam pełen najlepszych chęci, żeby przedyskutować moją teorię metafizyczną, jako „protestancką metafizykę”, a trafiłem w upiorne piekiełko bigotów, fanatyków, błaznów, ignorantów, zacietrzewionych nienawistników. Przyszło mi tam dokonać pierwszej w życiu identyfikacji przypadku opętania (choć do egzorcyzmów katolickich mam stosunek radykalnie krytyczny), tak skrajne było u tego człowieka natężenie złej woli. Niebawem on został tam moderatorem…
Próbowałem dyskutować na ich zasadach – z Biblią w ręku, broniąc wolnej woli przeciw zwolennikom predestynacji, ale nawet powołanie się na słowa samego Jezusa Chrystusa nie było w stanie ukruszyć biblijnych zabobonów, wyznawanych przez „chrześcijan wierzących biblijnie” (wątek „Sprawa Judasza”). Skoro wszystkie wypowiedzi w Biblii są słowami Boga, to ważniejszy od Jezusa jest apostoł Paweł, bo powiedział więcej. Czarę goryczy przelali kreacjoniści – nie umiem tolerować nieuctwa i ciemnoty!
Nagle dotarło do mnie, że wśród protestantów jestem sam. Z ich forum mnie wprawdzie nie wyrzucono, sam przestałem się tam pojawiać, bo nie było dla kogo. Na dobitkę, w świecie realnym przyszło mi wypowiedzieć wieloletnią przyjaźń głęboko wierzącemu protestantowi, ojcu chrzestnemu mojej córki, z powodu odmowy zaszczepienia jego dziecka. Cóż to za wiara, która godzi się z tak głupim i skrajnie aspołecznym zabobonem?! Coraz bardziej też zaczęły nudzić mnie jałowe protestanckie nabożeństwa, oparte na liturgii tworzonej w XVI wieku i w czasach wojny trzydziestoletniej, które nie wnoszą niczego do poszukiwań i potrzeb duchowych współczesnego człowieka. Na kazaniach zdarzało mi się zasypiać już wcześniej. Wygasła we mnie potrzeba chodzenia do kościoła.
A jednak, jak napisałem wyżej – religia jest emocją fundamentalną, a emocje ukształtowane w dzieciństwie są niezbywalną częścią naszej tożsamości. Nie jestem hinduistą, muzułmaninem, buddystą ani, dajmy na to, mormonem czy świadkiem Jehowy, ponieważ nie mam do tych religii stosunku emocjonalnego – nie zostałem wychowany w danym środowisku. Zatem nic nie znaczą dla mnie ich przestrogi i dogmaty.
Do chrześcijaństwa jednak taki stosunek emocjonalny mam - nie potrafię i nie chcę go z siebie wyplenić. Wychowali mnie chrześcijanie, więc jestem chrześcijaninem. Gdyby wychowały mnie wilki – byłbym wilkiem. Tego się nie zmieni! Próba zaprzeczenia najgłębszej socjalizacji wytwarza napięcie psychiczne, prowadzące do życia w zakłamaniu i gniewie, a na dłuższą metę do destrukcji osobowości. Chrześcijaństwo więc jest i pozostanie istotną częścią mnie.
 A jednak w chramie, w obrzędowym kręgu czuję się dużo lepiej niż w kościele. Odczuwam autentyczne sacrum i wspólnotę, zamiast luterańskiego przynudzania i katolickiej demagogii.
Radziłem sobie z tym problemem jak umiałem najlepiej, a więc jako pisarz, tworząc powieści Anioły muszą odejść (2011), Sensownik matki Polki (2012), cykl Diabłu ogarek (2011-2013). Z literackiego punktu widzenia Anioły… mogę uznać za próbę bardzo udaną – powieść ta zyskała uznanie zarówno wśród rodzimowierców, jak i katolików, o czym przekonuje „Więź” 1/2015, s. 195, gdzie ks. Stanisław Adamiak pisze: Autor wydaje się prezentować jakieś sympatie słowiańsko-neopogańskie (…) Tym lepiej, bo w ten sposób sięgną po nią ci, którzy od półek z literaturą religijną trzymają się z daleka i może jednak skłoni ich to do jakiejś refleksji metafizycznej i pomyślenia o Bożym Miłosierdziu.
Mojego dylematu duchowego Anioły muszą odejść jednak nie rozwiązały. Z jednej strony jako chrześcijanin i formalny monoteista staję wobec niebywałej kompromitacji monoteizmów. Wiadome katolickie skandale, co gorsza wskazujące, że nie są to żadne incydenty, lecz nieusuwalna patologia systemowa – tak było zawsze i tak będzie znowu, jak tylko medialna burza przycichnie. Z kolei islam na naszych oczach osiągnął moralne i cywilizacyjne dno, stał się religią zbrodniczą. Ortodoksyjny judaizm zaś przyprawia o ciężką hipokryzję każdego zdeklarowanego zwolennika politycznej poprawności, zmuszając liberałów do stosowania podwójnych standardów i przymykania oka na rabiniczny szowinizm, nietolerancję i mizoginię.
Mimo to nie potrafię wyrzec się monoteizmu.
Z drugiej strony bowiem, oprócz uwarunkowania emocjonalnego, trzyma mnie przy tym systemie religijnym cała moja pasja i wiedza filozoficzna. Monoteizm jest efektem redukcjonizmu - najbardziej podstawowego dążenia ludzkiego umysłu, szukającego sposobu sprowadzenia skomplikowanej wielości do jedności i prostoty. To jest podstawa poznania naukowego, nieobca wszak przedchrześcijańskiej filozofii greckiej, która w tym celu stworzyła pojęcia Demiurga i Absolutu.
Poza wszelkimi uczonymi rozważaniami, po prostu chciałoby się, aby ktoś taki jak Jezus Chrystus – odpowiedzialny Bóg Stwórca, który na własnej skórze, motywowany miłością, zaznał do końca losu swoich stworzeń – naprawdę istniał. To zbyt piękne, aby to odrzucić!
Pełnia człowieczeństwa i ludzkiej wolnej woli ujawnia się najlepiej w chwilach przezwyciężania konieczności przyczynowo-skutkowych, kiedy to siłą własnego ducha wychodzimy ponad prosty determinizm typu akcja-reakcja i np. zamiast nienawidzić nieprzyjaciół, co jest logiczne, zaczynamy ich jednak miłować. To samo odnosi się do wybaczenia zamiast zemsty i kary, a także wyjścia ponad więzy krwi („Któż jest moją matką i którzy są braćmi?”, Mk 3, 34). W politeizmie więzy krwi są absolutyzowane, co prowadzi do odpowiedzialności zbiorowej i wróżd w rodzaju włoskiej vendetty czy albańskiej gjakmarrje. Tu chrześcijański monoteizm bezsprzecznie wykazał swoją moralną wyższość.
Wreszcie zachodni indywidualizm, który tak sobie cenię, jest przecież wytworem czysto chrześcijańskim – wyrósł on z doktryny świętego Augustyna, głoszącej indywidualną odpowiedzialność człowieka przed Bogiem. Moralny i prawny zakaz odpowiedzialności zbiorowej oraz zemsty rodowej w naszej kulturze wypływa z tego właśnie źródła. Dalej rozwinął tę filozofię Duns Szkot, franciszkański mnich, głosząc prymat jednostki nad ogółem, co stało fundamentem wszelkich późniejszych idei praw człowieka i obywatela.
Monoteizmu i politeizmu nie da się jednak pogodzić. Nie pomoże tu nawet kompromisowy henoteizm, nadający jednemu z bogów wyższy status niż pozostałym. Ta forma przejściowa między dwoma systemami wiary nie może być zadowalająca, właśnie dlatego, że jest przejściowa.
Natomiast henoteizm, co warto podkreślić, znakomicie ułatwia powrót katolikom do wiary przedchrześcijańskich Przodków – stanowi ważny stopień pośredni. Utożsamienie Świętowita – Pana Zawsze Świętego z Bogiem Jedynym, czyni wejście w rodzimowierstwo aktem bardziej naturalnym, sprowadzającym się, w pierwszym przybliżeniu, do zmiany sztafażu mitologii żydowskiej na swojską słowiańską. Doceniając więc henoteistyczny wątek w doktrynie Rodzimego Kościoła Polskiego, czego przykładem broszura programowa RKP
Trzeba jednak zaznaczyć, że w głębszym aspekcie problem niezgodności politeizmu z monoteizmem jest nieusuwalny.
Przechodząc od politeizmu do monoteizmu, albo odwrotnie, porzucając monoteizm na rzecz politeizmu, za każdym razem nieodwołalnie tracimy coś cennego. Politeizm wyrasta z naturalnych ludzkich potrzeb, jest blisko realnych aspektów naszego życia. Monoteizm to zawsze wyższa abstrakcja, pociągająca umysły dociekliwe. Trwając przy politeizmie wikłamy się w przyziemne konieczności, stawiając zaś wszystko na monoteizm tracimy człowieczeństwo, czego dobrym przykładem współczesny islam, o którym można powiedzieć wiele rzeczy, ale nie to, że nie jest bardzo konsekwentnym monoteizmem.
Na gruncie chrześcijańskim najbardziej radykalnym monoteizmem jest kalwinizm, który na tle innych wyznań, stale poszukujących jakiegoś modus vivendi z myślą pogańską, jest zdecydowanie najmniej twórczy. Np. wiele dobrych rzeczy można powiedzieć o Szwajcarii, ale nie to, że kraj ten jest światowym centrum innowacyjności. Monoteizm paraliżuje ludzką aktywność, tym bardziej, im bardziej jest konsekwentny – doktryny predestynacji oraz islamskiego „poddania się” są nieubłagane. Politeizm natomiast ludzką aktywność inspiruje i dodaje nam wiary we własne siły.
Bogowie greccy, choć chyba nikt już nie wierzy w ich osobowe istnienie, nadal pozostają symbolami uniwersalnych ludzkich cnót, dążeń i wartości. Polecić tu muszę znakomity wykład prof. Kamila Kaczmarka z Uniwersytetu Adama Mickiewicza:


Przedstawiona w powyższym wykładzie wizja ocalenia zeświecczonej Europy poprzez jej powrót do przedchrześcijańskiej religii jest naprawdę przekonująca. Faktem jest, że każde odejście od tradycji starożytnej prowadzi do cywilizacyjnej zapaści. Dotyczy to w równej mierze chrześcijaństwa oraz islamu, który w XII wieku, piórem Algazela z Bagdadu „zniszczył filozofów”, czyli wyrzekł się filozofii greckiej, co zapoczątkowało upadek kulturalny islamu i ostatecznie uczyniło tę religię tym, czym dzisiaj jest. Z kolei, każdy powrót do duchowej Hellady oznacza twórczy renesans.
Nie można jednak zgodzić się z drugą częścią prof. Kaczmarka, że monoteizm jest bezwartościowym balastem, w najlepszym razie biernie blokującym rozwój cywilizacji, jeśli akurat zbiegiem politycznych okoliczności nie czyni destrukcji bezpośrednio.
Starożytna filozofia grecka mimo jej wielkich osiągnięć nie dała nam jednak cywilizacji naukowo-technicznej. Nie wierzyła bowiem w postęp. Podlegała typowej dla całego indoeuropejskiego politeizmu koncepcji wiecznego powrotu, koła czasu. Sam Arystoteles nauczał, że wojna trojańska zarówno już była, jak i dopiero będzie. Skoro zaś dzieje ludzkości powtarzały się co do szczegółu, budowa radykalnie nowego świata nie miała sensu. Projektowanie rozmaitych machin przez Archimedesa i Herona było igraszką intelektualną bez szerszego przełożenia na kształt kultury technicznej.
Idea postępu przyszła wraz z bliskowschodnimi koczownikami, dla których czas był linią prostą – od aktu stworzenia do zjednoczenia ze Stwórcą, czyli drogą do Boga. Istnieje bowiem nie tylko, jak mówi prof. Kaczmarek, kultura miasta i kultura pustyni, ale też kultura czasu kolistego i kultura czasu linearnego.
Monoteistyczna myśl żydowska, choć nie mogła zaoferować własnych oryginalnych zdobyczy naukowych, jednak dała myśli greckiej znaczący bodziec, rozwijając grecki krąg czasu we wznoszącą się spiralę postępu. Przynajmniej do momentu kiedy triumfujące nad pokorą chrześcijaństwo nie zaczęło kultury hellenistycznej niszczyć, np. mordując Hypatię z Aleksandrii czy likwidując po 900 latach istnienia platońską Akademię, co poskutkowało wkrótce najciemniejszymi wiekami średniowiecza.
Potem jednak chrześcijaństwo się opamiętało, rozpoczynając renesans karoliński, po czym znów zapamiętało w monoteistycznej ortodoksji, powołując pierwsze formy inkwizycji do walki z Katarami na południu Francji, ale zaraz znów się opamiętało, za pośrednictwem Tomasza z Akwinu przyswajając sobie myśl Arystotelesa, ponownie zapamiętało się w okresie wojen husyckich i piętnastowiecznych polowań na czarownice, opamiętało w renesansie włoskim, zapamiętało w wojnach religijnych i baroku, po czym znów opamiętać się już nie zdołało i poszło na konfrontację z rewolucją oświecenia oraz kolejne, coraz bardziej beznadziejne i żenujące boje – z socjalizmem, nacjonalizmem, modernizmem, postmodernizmem, metodą in vitro, zabawką Hello Kitty…
Patrząc na katolicyzm dziś, patrzymy na agonalne konwulsje wielkiej religii, dramatycznie niezdolnej poradzić sobie intelektualnie i moralnie ze światem współczesnym, demonstrującej albo konformizm, albo bezsilną złość. Reforma katolicyzmu, jak pokazuje półwieczna historia aggiornamento (uwspółcześnienia po II Soborze Watykańskim) jest niewykonalna – prowadzi do kolejnych schizm i rozpadu na coraz mniejsze sekty. Brak reform – to samo.
A więc politeizm!
Jednak politeizm bez myśli chrześcijańskiej, kontestującej społeczny determinizm przyczyna-skutek, to prosta droga do realnego, nie akademickiego jak dotąd, globalnego konfliktu cywilizacji oraz nuklearnej wojny Północ-Południe. Zimna wojna z komunizmem nie przekształciła się w gorącą; poprzestano na „równowadze strachu”, bowiem po obu stronach zabrakło fanatycznej motywacji religijnej. Teraz taka motywacja już będzie. Żaden dialog ani negocjacje wtórnie spoganizowanej Europy ze światem islamu nie będą możliwe. Do pomyślenia jest więc eskalacja przemocy, masowa eksterminacja muzułmanów we Francji, przy której zblednie Holokaust i atomowy odwet krajów Proroka. Tak będzie, jeśli zabraknie chrześcijaństwa.
Lecz monoteizmu z politeizmem pogodzić się nie da! Henoteizm to wciąż jest politeizm. Albo Bóg jest jeden, albo bogów jest wielu – tu nie ma miejsca na żaden kompromis ani żadną „prawdę leżącą pośrodku”. Nie ma środka pomiędzy jeden a wiele!
Problem ten wydaje się ontologicznie nierozstrzygalny, tak samo jak dylemat ateizm – fideizm. Stając więc na gruncie mojej metafizyki zmuszony jestem uznać antynomię politeizm – monoteizm za kolejny przejaw Zasady Zachowania Wolnej Woli, czyli najprościej mówiąc, równowagi metafizycznej umożliwiającej dokonywanie wolnych i równoprawnych wyborów światopoglądowych.
Możliwa więc jest jakaś forma balansu pomiędzy tymi przeciwnościami, poszukiwanie równowagi. Do czasu soboru trydenckiego katolicyzm radził tu sobie ze wszystkich religii najlepiej, trzeba to przyznać, acz za cenę upodobnienia się do swoistego para-politeizmu, choćby za sprawą kultu świętych. Po roku 1563 katolicyzm jednak spetryfikował i stał się cywilizacyjną zawadą, coraz mniejszą w miarę upływu czasu i obtłukiwania kantów na kolejnych historycznych zakrętach, aż do groteskowych pogróżek współczesnych polskich biskupów pod adresem polityków głosujących zgodnie z wolą większości swojego elektoratu w sprawie zapłodnienia in vitro. Przekonamy się teraz jaką siłę oddziaływania ma katolicka ekskomunika wobec grozy niewybrania do Sejmu na następną kadencję…
Odwołanie do Zasady Zachowania Wolnej Woli, choć coś wyjaśnia, nie czyni jednak duchowego rozdarcia pomiędzy politeizmem a monoteizmem mniej bolesnym. Oczywiście, fanatycy i bigoci po obu stronach nie będą tu widzieć żadnego problemu, ale ja zwracam się do ludzi o nieco większej od dogmatyków wrażliwości, inteligencji oraz empatii.
Jest także wiele i coraz więcej osób, które do rodzimowierstwa skłania niechęć lub jakiś osobisty uraz do katolicyzmu i chcąc nie chcąc wnoszą one do RKP swój bagaż gniewu i złości, na których nic pozytywnego zbudować nie można, a co najwyżej zarazić rodzimowierstwo katolickim zaślepieniem i arogancją. Tym ludziom z kolei trzeba uświadomić, że po pierwsze, dla rodzimowierców Jezus Chrystus jest bogiem jednym z wielu, tak samo jak inni bogowie zasługującym na cześć i szacunek, choćby przez wzgląd na obowiązek gościnności – każdy gość może być bogiem i każdy bóg gościem. Po drugie, dylematu politeizm – monoteizm nie da się ani zakrzyczeć, ani zignorować. Żadne fochy tu nie pomogą.
Skoro więc rozum stwierdza tylko, że problem „musi boleć” i dalej okazuje swoją bezsilność, pozostaje nam droga intuicji oraz artystycznego natchnienia. To, czego nie da się zawrzeć w słowach i wyrazić logicznym wywodem, można jeszcze pokazać poprzez sztukę.
Tak więc pewnego zimowego poranka, kiedy moje samotne rozważania nad przedstawionym tutaj dylematem osiągnęły granicę racjonalności, spojrzenie w niebo o wschodzie słońca przyniosło mi wizję Ikony Ładu – obrazu zawierającego symbole rodzimowiercze i chrześcijańskie, współistniejące ze sobą w stanie dynamicznej równowagi.
Opis Ikony Ładu jest następujący: W centrum Ryba wyskakująca z wody i zwrócona w stronę Słońca po prawej stronie, przy czym Słońce zbudowane jest z dwóch kołowrotów swarzycznych – wewnętrzny zwrócony w prawo (jednoczący) i zewnętrzny w lewo (siejący). Woda, z której wyskoczyła ryba po lewej stronie zbiega się w postać kobiecą - tak jakby Ryba wyskoczyła z jej łona w stronę Słońca. Poniżej Ryby deszcz kropli spadających na powierzchnię wody, niżej zielonkawa toń, a w niej twarze Przodków - wesołe i poważne. Powyżej Ryby dwa mijające się ptaki – bocian lecący od Kobiety do Słońca i gołąb w przeciwną stronę. Żeby zachować proporcje i perspektywę: bocian dalej i wyżej, gołąb niżej i bliżej. Z tarczy Słońca wylatuje Orzeł – stylizowany kontur z błękitnych błyskawic. W lewym górnym, nad głową Kobiety gałąź jemioły, w którą powplatano kwiaty – maki i chabry. Kobieta przędzie nić, którą unosi wiatr, a jej koniec bocian trzyma w dziobie. Wszystko razem w intensywnych kolorach.
Nie umiem malować, więc o wykonanie poprosiłem znajomych artystów. Przeznaczeniem Ikony Ładu jest kontemplacja. Nie zamierzam narzucać interpretacji tego obrazu, ani już niczego więcej tłumaczyć.
Kiedy więc wszelkie słowa i rozumowania zawodzą, proponuję posiedzieć przed Ikoną Ładu w skupieniu i ciszy…
Tylko tyle.

Konrad T. Lewandowski
Warszawa, 4-5 kwietnia 2015 r.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Czas egzorcystów - recenzja




http://esensja.pl/obrazki/okladkiks/237053_czas-egzorcystow_627.jpg Egzorcyzmy, opętania to nęcący temat dla twórców horrorów. Obrzędy, tajemnica, zdarzenia toczące się gdzieś poza granicami naszego życia – to wszystko działa na wyobraźnię. Niestety, przez ostatnie kilkanaście lat egzorcyzmy straciły nad Wisłą powab egzotyki. W nowym milenium liczba egzorcystów w naszym kraju wzrosła z czterech do… 120! Trudno rzec, co mogłoby tłumaczyć taką mobilizację przeciwko Księciu Ciemności. Można jednak dojść do wniosku, że dla sporej rzeszy rodaków opętania to chleb powszedni, skoro w kraju, w którym kuleje sprzedaż prasy, od dwóch lat utrzymuje się miesięcznik „Egzorcysta”. Wiara w opętania byłaby nawet zabawna, gdyby nie to, że już doszło w kraju do morderstw na tle egzorcyzmów.  Najgorsze, że morderstwa dopiero wierzchołek góry lodowej; należy spytać, ilu psychicznie chorych zostało pozbawionych pomocy, gdyż mieli pecha żyć w społeczności, gdzie bliżej do księdza niż lekarza? Egzorcyzmy to temat na horror, gdy egzorcystów w kraju jest kilku; kiedy ich liczba wzrasta do kilkuset, problem najlepiej oddaje inny gatunek – kryminał. 


 Ów zapewne sam się narzucił Konradowi T. Lewandowskiemu, gdy po wieloletniej obserwacji Kościoła Katolickiego zdecydował się dotknąć jedną z jego najbardziej czarnych stron. W Czasie egzorcystów opisuje śledztwo prowadzone przez komisarza Louvaina. Główny bohater po nawróceniu zrobił błyskotliwą karierę dzięki życzliwemu wsparciu Kościoła. Sumienny glina jednak wpadnie w konflikt sumienia, gdy okaże, że w celu wyjaśnienia zagadki serii morderstw, będzie musiał przeciwstawić się władzom kościelnym.
 Nie zdradzę wiele, jeżeli napiszę, że tym głównym Złym okaże się Kościół. Lewandowski opisuje go jako pasożyta niszczącego wszystko co najlepsze, nawet miłość; stanowiącego przystań dla psychopatów i karierowiczów. Antyklerykałowie powinni być usatysfakcjonowani, na wierzących – jestem tego pewny – kryminał nie zrobi większego wrażenia. Dlaczego? Do agitki antykościelnej są bowiem już przyzwyczajeni, ba, dając jej odpór zapewne niejeden wierzący odnajduje sens w życiu. A Czas egzorcystów nie stanowi pod tym względem nic więcej.
 Lewandowski plastycznie opisuje rezultaty działań Kościoła, jednak nie wnika w ich mechanizmy. Kiedy Louvin traci łaskę biskupa, widzimy, jak znikają mu przywileje, jednak nie wiemy, jak to się stało. Jest napisane, że Kościół ma wpływ na media, ale już nie opisane. Działa na wyobraźnię jedynie to, jakie zagrożenie płynie ze strony zaprzedanych egzorcystom psychologów. Jednak już sama istota egzorcystów ginie. Rytuały są ledwie przedstawione. Odpowiedzi, dlaczego egzorcyzmy stają się coraz większą plagą, już w ogóle nie otrzymamy. Po zakończeniu lektury wiedziałem o egzorcyzmach tyle, co przed jej rozpoczęciem; a wiedziałem w sumie niewiele. Piszę rozczarowany, bo wiem, że Lewandowskiego stać na więcej.
 Może jednak jestem zbyt surowy? Powieść trzyma w napięciu do samego zakończenia. Autor z werwą i humorem opisuje perypetie dzielnego komisarza. Jak to u Lewandowskiego, nie brakuje szalonych pomysłów, jak na przykład rozwiązanie zagadki podczas rozmowy o poezji współczesnej czy to, jak skończył główny antagonista. Można być też spokojnym o opis działania policji, ponieważ Lewandowski korzystał z doświadczeń emerytowanych policjantów. Czas egzorcystów to znakomita książka rozrywkowa – tylko i aż tyle. Jeżeli ktoś potrzebuje czegoś ekscytującego do czytania, śmiało polecam. Na rozprawę z ciemnotą niestety przyjdzie nam jeszcze poczekać.
  
Konrad T. Lewandowski, Czas egzorcystów, Poznań 2014