środa, 8 kwietnia 2015

Literatura zastraszonych gejów



 Dzisiaj gościnnie pojawił się na moich łamach Konrad T. Lewandowski - bohater eseju z zeszłego tygodnia. Serdecznie zachęcam do przeczytania jego analizy literackiego środowiska gejowskiego. Przy okazji informuję, że zmieniłem tytuł bloga. Niniejszy internetowy periodyk powstał jako wyraz rozczarowania prasą papierową i uznałem, że powinno znaleźć to odbicie w nazwie.





Zawsze dziwiła mnie i nadal nie przestała zadziwiać bezbrzeżna pogarda, jaką literatura głównego nurtu zwykła okazywać polskiej fantastyce. Było to bodaj pierwsze z moich życiowych doświadczeń burzących bezpieczny ład dzieciństwa. Jako 14-15 letni chłopak zaczytywałem się antologią Kroki w nieznane, Aldisem, Harrisonem, Silverbergiem, Lemem i oto nagle, z tego powodu ktoś traktuje mnie jak wioskowego głupka, poklepując przy tym protekcjonalnie po ramieniu. 

Jako młody pisarz i publicysta walczyłem z tym nastawieniem z dziką pasją. Była to pierwsza rzecz, od której chciałem zacząć zmienianie świata na lepsze. Na początku 1993 roku wpadłem na pomysł statystycznego opracowania bibliografii polskich opowiadań fantastycznych, zamieszczonych na końcu antologii Jawnogrzesznica (Przedświt, 1991). Po szaleńczej, nieprzespanej nocy, kiedy nad plikiem gryzmolonych w natchnieniu tabel i wykresów zastał mnie świt, zdawało mi się, że znalazłem wreszcie odpowiedni klucz do naprawy rzeczywistości. 

Udało mi się pokazać moment eksplozji polskich twórczości fantastycznej, który zaistniał na przełomie lat 1982/83. Liczba debiutów literackich oraz opublikowanych utworów wzrosła z roku na rok pięciokrotnie, po czym po przejściu szczytu tej fali, w drugiej połowie lat 80. liczba debiutów wróciła do poprzedniego stanu, natomiast poziom publikacji ustabilizował się na poziomie trzykrotnie wyższym od wyjściowego. Socjologiczno-literacki fenomen został przyłapany na gorącym uczynku! Nie wiedziałem wtedy jeszcze, jak się robi humanistyczne doktoraty, ale odkrycie stanowiące „znaczący wkład w naukę” zostało dokonane. Miałem w życiu takich pomysłów jeszcze kilka; tego, że nie dano mi ich pogłębić, niech się wstydzi akademicki feudalizm.

Wtedy uważałem, że znalazłem wreszcie dowód rozstrzygający (milcząco zakładając, że dowody coś rozstrzygają), że fantastyka polska nie jest zabawą wioskowych głupków, nie jest ekspiacyjną ucieczką od rzeczywistości, świadectwem niedojrzałości, ale żywotną częścią narodowej kultury, reagującą na to co naprawdę ważne – artykulacją emocji, opisem i osądem świata, a mówiąc krótko: wypowiedzeniem prawdy, czyli literaturą. I odtąd nie ma już powodu, aby protekcjonalnie poklepywać nas fantastów po ramieniu. Zaobserwowałem i pokazałem wybuch literackiej supernowej – moment narodzin polskiej fantastyki socjologicznej, tzw. „szkoły Zajdla”. Teraz pozostawało tylko przekazać to olśnienie innym, zwłaszcza zaś krytykom głównego nurtu literatury, aby się opamiętali.

W „Nowej Fantastyce” poszło łatwo. Moje papierzyska wywołały entuzjazm. W okamgnieniu przestałem być jednym z dziesiątków grafomanów z pretensjami, szturmujących redakcję z ulicy, a dostąpiłem zaszczytu picia piwa z Redaktorami na pokojach. Chłopaki z „Klubu Tfurcuf” (Ziemkiewicz, Kołodziejczak & Co.), którzy wydali Jawnogrzesznicę i przygotowali bazową bibliografię, z jednej strony zżymali się, że takie odkrycie przeszło im koło nosa, z drugiej podwód do środowiskowej dumy był tak wielki, że osobiste animozje ucichły.

Pozostawało zawiadomić prominentnych krytyków głównonurtowych i wielkodusznie przyjąć z ich strony przeprosiny, gratulacje oraz zaproszenia na dużą wódkę, pijaną częściej niż piwo w tamtych rejonach literatury. Redakcja „NF” dała mi na to zielone światło, błogosławieństwo, firmowy patronat oraz paczkę egzemplarzy antologii Co większe muchy, w charakterze daru pokoju dla odwiedzanych tuzów krytyki. No i zaczęły się jaja jak berety!

Dokładne sprawozdanie z tych peregrynacji, wraz z ogłoszeniem odkrycia, ukazało się latem w „NF” 7/1993, pod wszystko mówiącym tytułem Stary krytyk mocno śpi. Zanim doszło do tej publikacji, przez tygodnik „Film” przetoczyła się burza, spowodowana moją wizytą w redakcji „Literatury” i spotkaniem z Krzysztofem Mętrakiem i Lechem Żulińskim. To lądowanie na planecie Główny Nurt skończyło się starciem z tubylcami, z przyczyn dla takich sytuacji typowych – kulturowe nieporozumienie i błędne rozpoznanie intencji. Ja, przybywający w pokoju misjonarz fantastyki, z ewangelią i Księgą Objawień w ręku, omal nie zostałem tam zjedzony żywcem. Dzidy felietonów poszły w ruch. Najpierw, już bodaj parę dni po fakcie objechał mnie Mętrak w felietonie W oblężonej twierdzy („Film” nr 11, 21 marca 1993), w którym powtórzone zostały wszystkie najgorsze stereotypy odnośnie fantastyki i fantastów plus parę szyderstw pod moim adresem osobiście: „po 27 latach kariery redaktorskiej poznałem pierwszego faceta, który przyszedł do pisma nie po to, by coś drukować, ale po to, by wyznać, że drukować nie ma najmniejszego zamiaru, a przy okazji redaktorów zwymyślać” – stwierdzenie zabawne i nieprawdziwe, jak mówiłem, skutek nieporozumienia. Mętrak chyba w ogóle nic zrozumieć nie chciał, bo wszystko co powiedziałem zredukowało mu się do konkluzji: getto fantastów cierpi na syndrom oblężonej  twierdzy!

Replikował Maciej Parowski artykułem „Dziwak” (że to niby ja), wydrukowanym dwa miesiące później („Film” nr 19, 16 maja 1993): „Dziwak nie zjawił się u Mętraka przypadkiem. (…) Dziwak wyliczył, że w latach 80. debiutowało w gatunku SF ponad dwieście polskich piór, rzecz wygląda więc na socjologicznie znaczącą (…) Nie zaliczyłeś testu na otwartość Krzysztofie Mętraku”.

Wsparcie dostałem też w „Polityce”, gdzie tydzień później Tadeusz Komendant napisał: „aktywność literacka młodego pokolenia skierowała się na inne, ignorowane przez literaturę wysoką obszary – na teren fantastyki (…) powstały tam rzeczy godne uwagi miłośnika literatury wysokiej”. Do tego osobiste podziękowania pod moim adresem za przekazanie informacji, „które stanowiły dla mnie rewelację”. („Polityka” 21/1993, Wieża z kości słoniowej. Ucieczka z cesarstwa literatury).

Przyjaźnie potraktowano mnie także w redakcji „Res Publica – Nowa”, gdzie najpierw Marek Zaleski, zobaczywszy co przyniosłem, przyznał się do błędu, a potem wraz z samym naczelnym Marcinem Królem zachęcali mnie do podjęcia współpracy z nimi. Tak od razu nie byłem na to gotowy, później jednak powstał tekst o mechanice kwantowej i metafizyce Sposoby nieistnienia smoków („RPN”, listopad 2000 r.) – wywiad z profesorem Bogdanem Mielnikiem, stanowiący istotny etap tworzenia mojej teorii metafizycznej, opublikowanej w Pochwale herezji (2008).

Zatem pomijając jedną rafę i pierwsze koty za płoty, parłem jednak do przodu, przekonany, że reformuję świat literatury polskiej. Wydawało mi się, że poprzedzona prasową burzą lipcowa publikacja głównego tekstu w „Nowej Fantastyce” będzie przełomem, który otworzy oczy sceptykom i od tej pory już nic w tej materii nie będzie takie samo. 

„Zobaczcie, to jest nasz Miś!”

Jakże to leciało u Barei... Impet publicystyczny miałem tym większy, że równocześnie drukowany był w „NF” mój cykl Alternatywy ewolucji, który wzbudził zachwyt czytelników oraz samego Stanisława Lema, na co mam dowód w postaci autografu i wypowiedzi Mistrza w „Machinie” z lipca 2000 roku: „widzę, że w panu siedzi zapoznany hipotezotwórca”.

Podsumowując, miałem wtedy 27 lat, żonę i roczne dziecko, dwie wydane książki fantasy, zaczynałem pisać cykl opowiadań o redaktorze Tomaszewskim, a jako publicysta „Nowej Fantastyki” ruszałem z posad bryłę tego świata. I, mój Boże!, jakżeż wtedy smakowało piwo „Żywiec”, pite w ogródku na rogu Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej, z litrowego kufla wzniesionego pod słońce. Do tej pory mam w oczach ten złoty błysk, a w ustach smak… 

A potem artykuł wyszedł i przeminął. Nie stało się nic. Mimo że dopilnowałem, aby wszyscy zainteresowani dostali egzemplarze autorskie. Czekałem, nasłuchiwałem. Nic. Nikt nie woła… Dlaczego? 

Owszem, czytelnicy „NF” docenili, dla wielu osób do dziś Stary krytyk mocno śpi to artykuł-legenda, żeby nie powiedzieć kultowy. Starzy fantaści wciąż go wspominają, ale to już li tylko środowiskowa ciekawostka. Dlaczego? Z całym moim niebagatelnym przecież dokonaniem, szczyptą geniuszu i szczerym entuzjazmem rozbiłem się o jakąś litą ścianę, z której struktury i istoty zrazu nie zdawałem sobie sprawy. 

Nie bolało. Czy raczej nie uświadamiałem sobie tego, że boli. Eksplodowałem wtedy jak raca kolejnymi szalonymi pomysłami, pisałem dla kilkunastu redakcji, urodziło mi się drugie dziecko, zdobywałem Nagrodę Zajdla – w tym szalonym pędzie twórczej płodności nie miałem nawet czasu przejmować się niepowodzeniami.

Żyłem w pędzie i dopiero w nowym wieku, wraz z zachodzącymi przemianami obyczajowymi zaczęły stopniowo docierać do mnie informacje istotne dla wyjaśnienia dlaczego moje wielkie i czyste przedsięwzięcie z 1993 roku zakończyło się fiaskiem. Przesączały się kolejne wzmianki, że ten, ten, tamten i jeszcze ów z grona Wielkich z Parnasu to homoseksualiści, aż wreszcie ilość przeszła w jakość. Gdzieś pod koniec 2013 roku doznałem posępnego olśnienia.

Ci krytycy to geje!

Wcześniej, bo w 2010 roku, sprawy dotknął Rafał A. Ziemkiewicz, swoim zwyczajem jednak obrzydliwie rzecz upraszając. Mam na myśli felieton Homo-kariera Marka Hłaski, ogłoszony w „Rzeczpospolitej” 9 stycznia 2010. RAZ insynuował tam, bo dowodów nie mógł mieć żadnych, a tylko same przesłanki (ludzie tej subtelnej różnicy nie dostrzegają), że Marek Hłasko zrobił karierę literacką dlatego że, tu zacytują hrabiego Fredrę: „dawał dupy pederastom”. Tak jak James Dean, któremu też Ziemkiewicz okiem sokolim pod kołdrę zajrzał i co trzeba wypatrzył. 

Z faktu, że prominentni twórcy i redaktorzy prasy literackiej PRL byli homoseksualistami – Iwaszkiewicz, Stryjkowski, Bereza, Andrzejewski, Głowiński, Krzeczkowski, Hertz, Mach, Białoszewski i z pewnością wielu innych pomniejszych, Rafał Ziemkiewicz wysnuł uogólniony wniosek o „elicie zboczeńców”, która zdominowała jakoby życie kulturalne III RP i stała się „moralnymi autorytetami”. Totalny brak logiki i przeczenie sobie, bo przecież z innych dzieł RAZ-a wiadomo niezbicie, że autorytety w III RP kreował był Adam Michnik, który jak dotąd coming out nie zrobił, a nawet są podstawy domniemywać, że woli kobiety. Jak zwykle, odkrywszy jakiś okruch prawdy o naszej rzeczywistości Ziemkiewicz robi z niego toporny cep do młócenia „polactwa”, z czego nie ma ziarna, a same paździerze i wierszówki. 

Chciałbym rzecz rozważyć na znacznie wyższym poziomie subtelności, ale najpierw dygresja.
Różnie można się na temat mojego talentu literackiego wypowiadać, ale jedną cechę, uprawniającą mnie do nazywania się pisarzem mam na pewno. Mianowicie wrodzony słuch do fałszu w literaturze. To za jego sprawą, choć lektury szkolne czytałem zawsze sumiennie, zrobiłem jeden wyjątek i z irracjonalnym, nie dającym się podówczas zwerbalizować, ale zupełnie przemożnym obrzydzeniem rzuciłem Bratnego Kolumbowie rocznik 20, po doczytaniu tego czegoś do osiemnastej strony. Niby to prawda historyczna, a wszystko tam skłamane do szpiku, do gruntu, dna cna. Wolałem dwóję z polskiego niż ten obłudny syf czytać. Dwói co prawda nie dostałem, wyłgałem się na odpytywaniu, bo słuchałem co wcześniej mówili inni, ale Romanowi Bratnemu miałem i dotąd mam do powiedzenia tylko dwa słowa: „precz szatanie!”.

Podobny zgryz, choć nie tak intensywny miałem przy Pannach z Wilka Iwaszkiewicza, które doczytałem do końca, ale z dojmującym przekonaniem, że to opowiadanie wcale nie jest o tym, o czym mi mówiono, że jest. Jaka tam „opowieść o przemijaniu” czy o „straconych szansach”…? Wolne żarty! Zadziwiało mnie jak można o seksie z kobietą pisać z tak zdystansowaną nonszalancją: „szybko wchłonęła w siebie wszystko” i jeszcze, że główny bohater w ogólnym zamieszaniu „zapomniał się ożenić”, ot błahostka wyleciała mu z głowy… Tu mi dźwięczał jakiś fałsz, wykręt, ezopowe niedopowiedzenie w najlepszym razie. 

Zrozumienie przyszło na fali wspomnianych wyżej przemian obyczajowych aktualnego stulecia – Panny z Wilka są o przeżywaniu żałoby przez geja po utracie partnera! Jest to nam wyraźnie napisane, jeśli czytać pod tym kątem. „Zmarły przyjaciel” jest dobrym księdzem, żeby sobie kto czego nie pomyślał… Wszystkie wskazówki dotyczące realiów są w tym tekście starannie zamaskowane, z wyjątkiem emocji przeżywanych. Ten cały pokraczny, otaczający Wiktora Rubena babiniec to zmyłka dla obyczajowego cenzora.
Kogo stracił w 1932 roku „blisko czterdziestoletni” Iwaszkiewicz – niech biografowie domniemują. Mnie jeszcze na chwilę zmyliła przedwojenna data wydania. Nie widziałem związku z realiami powojennymi. Ta sama była jednak obyczajowość, panująca w II RP i PRL. Wprawdzie sam homoseksualizm nie był już ani wtedy przestępstwem kryminalnym, ale wciąż oznaczał wyrok śmierci cywilnej. Ujawnienie oznaczało pożegnanie z wszelkimi funkcjami, urzędami i zaszczytami publicznymi.

Jak się należało do elity i parnasu było czego się bać. Zwłaszcza, że władza lubiła gnoić demonstracyjnie i dla postrachu, vide przypadek Jerzego Nasierowskiego. Ludzie o tej orientacji, zwłaszcza należący do elity mieli więcej niż inni powodów aby z władzą nie zadzierać. Choć były chwalebne wyjątki, że wspomnę Pawła Hertza. 

Czy naprawdę strach?

Nie mogli pisać prawdy, ani pisać o tym co naprawdę ważne. Nie mogli wydrukować takich tekstów innym. Nie mogli i nie chcieli. W końcu wmówili sobie i wszystkim wokół, że służą czemuś lepszemu, większemu, owemu „wysokiemu artyzmowi”, o którym tylko oni wiedzieli, albo raczej udawali, że wiedzą co to naprawdę jest i udzielali koncesji literackich według swojego widzimisię. Czy bali się postąpić inaczej, bo mieli więcej niż inni do stracenia?

W odróżnieniu od Ziemkiewicza zastanowię się nad pytaniem, czy naprawdę strach był ich główną motywacją? W większości wyliczeni powyżej arcygeje literatury polskiej byli bohaterami wojennymi. Za samo to RAZ winien im szacunek. Zwłaszcza, że sam jest zwykłym tchórzem i pieczeniarzem, co stwierdzam z całą odpowiedzialnością na podstawie dwudziestu ośmiu lat osobistej znajomości. 

Przypomina się film Zakazane piosenki, a w nim postać trwożliwego lokatora, który stale mawiał: „ja się nie boję, ja jestem tylko ostrożny!”, a jak przychodzi do Powstania facet wyciąga szmajsera z pianina. Podejrzewam, że nasi arcygeje też z początku chcieli tylko być ostrożni i ta ostrożność z czasem stała się ich drugą naturą, która wypaczyła im widzenie świata i literatury. 

Mam dysonans poznawczy, kiedy czytam o Henryku Berezie: „żołnierz Armii Krajowej w latach 1943-44” i tego dzielnego nastolatka zestawiam z człowiekiem, którego spotkałem osobiście pół wieku później. Który to wypowiadając się do „Starego krytyka” zionął na mnie całkowitą pogardą do tego, w co wierzyłem i wciąż wierzę: „Język fantastyki uznaje jednoznaczność informacji, tymczasem logiczny język nie jest zaletą literatury, gdyż ona musi używać języka poetyckiego. (…) Niby-uczeni od nauk technicznych nie są w stanie tworzyć literatury. (…) Nie mam dobrego zdania o Zajdlu, powodem jest materia językowa, którą się posługuje” (wypowiedź autoryzowana).

Bereza pił tutaj do faktu, że bardzo wielu autorów piszących wtedy polską fantastykę miało wykształcenie wyższe techniczne. Nie docenił całego pokoleniowego trendu lat 50. i 60., kiedy to ludzie o zainteresowaniach humanistycznych wybierali studia politechniczne, żeby uniknąć komunistycznej indoktrynacji. Nie wiedział, ile poezji może się kryć w równaniach różniczkowych. Zapomniał, że jasność myślenia, sprawiedliwość osądu i prawda wypowiedziana w oczy – są cnotami. Pochłonął go fałszywy „artyzm”, zaś antysystemowa mimikra stała się jego drugą skórą.

Ten guru krytyki głównonurtowej mówił mi: „Literatura z ambicjami odrzuca gotową wiedzę. Ona jest poznaniem, a nie sprzedawaniem poznanego. Poeta poznaje świat pisząc” („Stary krytyk…”). Jednak co to za wiedza, zapytam teraz, której nie da się zakomunikować jasno i otwarcie? To nie jest żadna wiedza, tylko zwykłe mętniactwo! 

Cóż to za literatura, która nie uznaje mówienia o tym, co boli, co ważne, co nagli?! Jakim prawem jakiś krytyk śmie się stawiać w roli Boga i mówić nam, co mamy przeżywać oraz jak to artykułować? Cóż to za „artyzm”, który nie obchodzi nikogo z wyjątkiem paru wyalienowanych gejów ze zmanierowanym przerostem gustów estetycznych. Ten estetyczny manieryzm, który nie raz, nie dwa u znajomych gejów obserwowałem uważam za znacznie istotniejszy niż lęk, powód wypaczenia polskiej literatury. Na tej samej zasadzie, jak sądzę, homoseksualni kreatorzy mody zrobili ze swoich modelek anorektyczne wieszaki do ubrań. 

Tylko cisza…

W Staromiejskim Domu Kultury w Warszawie stał kiedyś, może stoi tam jeszcze, wielki regał wypełniony egzemplarzami „Twórczości” z okresu bodaj całego PRL. Pamiętam jak kontemplowałem go w niemym zadziwieniu. Myślałem sobie, rany, ileż to numerów, ile tekstów! Ileż myśli! Ilu ludzi! Ale dlaczego ja nic o nich nie słyszałem?!

No prawie nic, wiedziałem, że drukował tam Andrzej Ziemiański powieść Miecz Orientu, ale nie wiedziałem, w którym numerze, a szukać na ślep igły w tym stogu „artyzmu” było nie sposób. Taką oto górę literatury wylansował Henryk Bereza w swoim „prestiżowym czasopiśmie”. I co niej wynikło?
Powie ktoś, żem ignorant. Prawda, nigdy nie otworzyłem ani jednego numeru „Twórczości”, by coś w niej przeczytać, ale czy musiałem? Nie muszę się tłumaczyć z moich gustów, to raz. Po drugie, ważniejsze, nigdy i nigdzie, w młodości i całym życiu nie dostałem wskazówki, że jest tam coś, co warto przeczytać. Wyjąwszy wspomniany wyżej przypadek Ziemiańskiego, który zresztą napisał ten Miecz Orientu, żeby sobie z Berezy zakpić, pokazać, że fantasta, jak zechce, też potrafi bredzić artystycznie w głównonurtowym stylu. Nie tylko mnie irytowało zadufanie tego środowiska.

Zatem nigdy nie dotarła do mnie żadna plotka czy mem: „stary, weź znajdź to i poczytaj, ale jazda!” Miesięcznik Berezy dla mnie nigdy nie żył. Zawsze był dinozaurem z makulatury, wzbudzającym te same uczucia co szkielet brontozaura ujrzany nagle w całej okazałości. I powtórzę: dokładnie tyle samo było w nim życia!

„Nowa Fantastyka” i „Lampa” Pawła Dunin-Wąsowicza, choć wzięte razem i zestawione z kolekcją „Twórczości” wypadłyby przy niej jak kot przy koniu, dały światu Sapkowskiego i Masłowską. Naiwny, młodzieżowy „Przegląd Techniczny” dał Janusza Zajdla, w czym nieśmiertelna zasługa Zbigniewa Przyrowskiego, który młodego chłopaka, mnącego w dłoniach maszynopis z opowiadaniem o kosmolotach i robotach nie wyrzucił za drzwi, co Bereza uczyniłby bez wahania.
Co, kogo, jakie autentyczne objawienia, diagnozy, spełnienia dawała ta wysoce artystowska „Twórczość”? Ćwokiem nie jestem, jakieś nazwiska mi się o uszy obiły – Orłoś, Słyk… Zważywszy samą erudycję, wiedzieć wiem, lecz co z tego, skoro nigdy razem z nimi nie szepnięto mi komunikatu: „przeczytaj, warto!”? Co więcej, nigdy nikt przy piwie nie rzucił przy mnie zakręconym cytatem, nie zwrócił się do mnie kodem kulturowym zaczerpniętym z tego źródła.

O mój biedny, gejowski „artyzmie”!

Gdybyś ty oddał fantastyce co jej… Proszę mi tu nie wypominać, że obecnie fantastyka polska jest w kryzysie. Fakt, jest. Żre własny ogon, popada w popularne kalki, porzuciła rozum dla emocji, namysł SF dla amoku fantasy. Chwilami zdaje się, że nasza fantastyka wróciła do swoich tandetnych, efekciarsko-jarmarcznych korzeni. Jednak światełko zapalone przez Janusza Zajdla wciąż mruga. Chociaż dzisiaj stare zarzuty głównego nurtu zdają się potwierdzać, kiedyś były kłamstwem i psim obowiązkiem każdego uczciwego krytyka literackiego jest to przyznać! Paweł Dunin-Wąsowicz zrobił to w książce krytycznej Oko smoka („Lampa i Iskra Boża”, 2000), innych zabrakło.

W 1993 roku nie wiedziałem, że rozmawiając z Henrykiem Berezą i Michałem Głowińskim, rozmawiam z gejami. Nie umiałem jeszcze czytać ich mowy ciała, chociaż zachowanie prof. Głowińskiego mnie intrygowało – jego głębokie wycofanie i fakt, że poczęstował mnie upieczonym własnoręcznie ciastem, zauważyłem też, że mieszka sam. Powiedziałem wtedy swoje, a w ramach odpowiedzi zanotowałem parę wymijających frazesów. Konwersacji nie było, jak mawiał Franc Fiszer.

Potem jeszcze czytałem Głowińskiego Mity przebrane i tu znów jak wcześniej u Iwaszkiewicza uderzyła mnie skłonność do owijania myśli w bawełnę – ów nieszczęsny „artyzm” przeniesiony dla odmiany w dziedzinę naukowej eseistyki. Żal, żal, żal.

Krótko mówiąc, z całej tej „Twórczości” udało mi się przekabacić jedynie Tadeusza Komendanta, a i to jak sądzę, kurtuazyjnie i tylko na chwilę. Trafiłem na chiński mur ukryty we mgle. Teraz już wiem, jaką orientację seksualną miały jego cegły i że spiętrzyły je tam realia społeczno-polityczne, a nie ręka mądrego architekta.
Rafał Ziemkiewicz z właściwą sobie afirmacją argumentów pasujących mu pod tezę cytuje Leszka Proroka, który gejów obecnych literaturze PRL nazwał „najbardziej wpływową mafią”. Być może Prorok wiedział co mówi, może przemawiała przez niego ostra homofobia. Wypadałoby temat podrążyć, a nie tak od razu cytować z nożem w zębach. Ja bym jednak Iwaszkiewicza i jego kolegów tak łatwo o złą wolę nie oskarżał. To co zepsuli, zepsuli jak sądzę wpółświadomie. Nie wykluczam, że jakieś serwituty analne mogły w polskich karierach literackich odgrywać rolę, myślę jednak, że przeważały motywy ogólnoludzkie – chęć świętego spokoju, odwaga przemijająca z wiekiem, przywiązanie do luksusu, osobistej ważności, lenistwo, rutyna, zwykły konformizm. Może i u gejów tamtych lat ten konformizm istotnie był powyżej dość wysokiej społecznej średniej, ale o tchórzliwą służalczość w tej samej proporcji, weteranów AK i Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata podejrzewać nie będę!

Bóg i Historia ich już osądzili. Sprawiedliwy wyrok nieistotności na większą część ich dzieła życia został wydany. Im więc popiół, Januszowi Zajdlowi, Zbigniewowi Przyrowskiemu diament!

Konrad T. Lewandowski

Podobny artykuł:

środa, 1 kwietnia 2015

Awanturnik fandomu, czyli rzecz o Przewodasie (część 2)

 Cześć 1

Filozof

W napisanym w 1995 roku Półmisku (jednym z pierwszych opowiadań z serii o Tomaszewskim), jako kilka lat wcześniej nawrócony luteranin, zawarł swoje refleksje metafizyczne. Ich jądrem stała się tzw. Zasada Zachowania Wolnej Woli. „To podstawowa zasada rządząca metafizycznym wszechświatem – tłumaczył jej sens redaktorowi Tomaszewskiemu niejaki Błyszko-Sażyński. – Istnienie Boga nie może być dowiedzione ani pośrednio, ani bezpośrednio, bo wtedy niemożliwe byłoby istnienie wolnej woli. Pomyśl tylko! Jeżeli wiedziałbyś z całą pewnością, że istnieje ktoś, kto obserwuje każdy twój krok i każdą myśl, by później się z tobą rozliczyć – nie byłbyś sobą. Byłbyś skrępowany tak samo jak w obecności swojego Naczelnego, nawet bardziej... […] Mnóstwo ludzi zwariowałoby wiedząc, że są bez przerwy śledzeni. Natomiast w normalnych warunkach możesz wierzyć lub nie. […] Póki istnienie Boga nie jest naukowym pewnikiem, póty jest luz i możność dokonywania wolnych wyborów”1.

Coś, co było początkowo jedynie pomysłem na jedno opowiadanie, stało się dla niego „pomysłem na życie”. Postanowił sam stworzyć własną teorię metafizyczną. W tym celu on, inżynier-chemik z wykształcenia, udał Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, by zrobić doktorat z filozofii. Obronił go w 2002. 
 
Nieufni katoliccy wykładowcy nie pozwolili mu się zajmować metafizyką, lecz powierzyli mu coś na kształt... filozofii ochrony przyrody! Lewandowski zajął tym tematem z właściwą sobie pasją. Podczas prowadzonych przez niego zajęć studenci nierzadko mieli okazję zobaczyć takie atrakcje Warszawy, jak szczyt wysypiska śmieci w bielańskim Radiowie czy oczyszczalnie ścieków. Przy okazji tych ostatnich wycieczek o Lewandowskim stało się głośno w uczelnianym senacie, gdyż przed i po wyjściu z terenu zakładu ważył całą grupę przy pomocy... wagi samochodowej! Chciał w ten oryginalny sposób się upewnić, czy nikt nie wpadł do jakiejś kadzi ze ściekami. 
 
Zajmował się chociażby problemem wpływu zakładów przemysłowych na lokalny ekosystem. Wbrew obowiązującym w ekologii dogmatom uważał, że skoro wpływ fabryk na przyrodę jest nieunikniony, należy kierować działania w tym kierunku, aby był to wpływ pozytywny. Zauważył, że na przykład dzięki temu, iż jeziora w rejonie Konina zostały włączony w system chłodzenia tamtejszej elektrowni, ich średnia temperatura wzrosła o 5—7°C. „Oddziaływanie elektrowni w postaci opadu pyłów z kominów i burzliwych przepływów wody w systemach chłodzenia, skutecznie powstrzymało zarastanie glonami tamtejszych jezior”2. Spowodowało to odpływ szczupaka z tamtych okolic, na wskutek czego trzykrotnie spadło tam rybołówstwo. „Ceną za efekt ekoinżynieryjny stał się karp w galarecie zamiast szczupaka. Jak sądzę, jest to niewygórowana cena za to, że wodę z jeziora możemy wykorzystywać jednocześnie do celów przemysłowych i rekreacyjnych”3, chwalił swoją teorię Lewandowski.

Uczelnie nie doceniły jego starań. Najpierw odmówił mu wykładów Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, potem Uniwersytet Warszawski (po trzyletnim prowadzeniu autorskiego przedmiotu Człowiek w zmienionej przyrodzie). Zarzucił więc filozofię ekologii i powrócił do metafizyki. Swoją teorię wyłożył w wydanym w 2008 roku traktacie Pochwała herezji. Rzecz o metafizyce w trzech esejach. Trafił w nicość. Przez kilka lat jego teoria doczekała się wyłącznie jednego krytycznego omówienia oraz dwóch wykładów dla studentów. 
 
Mimo tych klęsk wciąż uważa, że „jestem najpierw filozofem, dopiero potem pisarzem. Mam sprawę do załatwienia z całą kulturą Zachodu”. Swoimi przemyśleniami dzielił się na łamach „Nowej Fantastyki” i „Czasu Fantastyki”. Niedawno swoje eseje wydał w tomie Człowiek jest kością, którą gra Bóg.

Pisarz zawodowy

W 2005 roku, kiedy filozofia ostatecznie wróciła do statusu pasji, postanowił spróbować utrzymać się wyłącznie z pracy pisarza. Do tego czasu wydał kilkanaście książek, w tym kilka tomów Ksina, Bo kombinerki były okrutne (powieść o Radosławie Tomaszewskim wydana w Lampie i Iskrze bożej), opowieści o śmierci w czasach cyfrowych (Legendy cyberkatakumb) oraz kilka innych. Uznał, że zdobyte doświadczenie pozwoli mu napisać książkę „na każdy temat”; udał się więc na Warszawskie Targi Książki – i taką właśnie propozycję składał wydawcom. Wydawnictwo Dolnośląskie zdecydowało się podjąć współpracy i zamówiło u niego serię kryminałów retro o przedwojennym komisarzu policji Jerzym Drwęckim. Cykl okazał się sukcesem, niestety po kilku latach pech dał o sobie znać. W 2010 roku zmieniło się kierownictwo Wydawnictwa Dolnośląskiego i współpraca się zerwała. Od tego czasu Lewandowski żyje z pisania książek na zamówienie. „Na rozbudowaną formę nie mam czasu, muszę pisać książki w trzy miesiące maksimum – twierdzi – inaczej nie zarobię na utrzymanie rodziny”. Jednak nawet gdy dostaje dłuższe terminy, a wydawca zamawia u niego cały cykl, pilnuje, aby pisać treściwie, unikając dłużyzn; na przykład wszystkie trzy powieści cyklu Diabłu ogarek to zamknięte fabuły, które można poznawać pojedynczo. Nie lubi seriali, a za najwyższą formę sztuki uważa – za „Klubem Tfurców” – opowiadanie, ponieważ „nie ma w nim miejsca na lanie wody: musi być krótko i konkretnie”. Kto ma dosyć współczesnej kultury, przesyconej rozwlekłymi serialami i sagami, powinien to docenić. 
 
Słynie też z solidności i terminowości. Raz tylko musiał prosić wydawcę o przesunięcie terminu; podczas pisania Anioły muszą odejść „rzeczywistość wjechała mu w świat powieści”. Opisywał właśnie szaleństwo manipulowanego przez demony tłumu, gdy rozbił się prezydencki tupolew... 
 
Nosorożec na przedpolu Fandomu

Coraz mniej miał wspólnego z fandomem. Wyszydzono jego teorię metafizyczną. W internecie, chowając się za pozorną anonimowością, przykro o nim pisano. Potem, jak twierdzi, rozpoznawał tych ludzi po tym, że nie potrafili mu patrzeć w oczy podczas spotkań w realnym świecie.

Sam nie był bez winy. Na ataki nie pozostawał dłużny. Nie szczędził gorzkich słów pod adresem fandomu; jego członków nazywał minogami. „Ja chcę, aby każdy głupiec poczuł psychiczny dyskomfort z powodu swojej głupoty”, tłumaczył swoje postępowanie. Był autorem listu otwartego do Jadwigi Zajdel (wdowie po słynnym pisarzu), w którym apelował, aby wycofała imię swojego męża z nazwy nagrody literackiej fandomu. Jego zachowanie miało charakter prowokujący, tak że niektórzy twórcy zaczęli bojkotować konwenty, które jeszcze zapraszały Lewandowskiego. On sam przyznaje, że „prowokacja to narzędzie bardzo przydatne w życiu, w którym dominuje powierzchowność ocen i zasada pierwszego wrażenia, »bo na drugie nie ma czasu«, co czytałem w jakimś poradniku. Jak rozpoznać szuję ukrytą pod miłym uśmiechem? Jak odkryć prawdziwe intencje? Czekać, aż narobi szkód? Tylko prowokacja!”4.

Fandom tworzą ludzie o przeróżnych zainteresowaniach i temperamentach. Jak w absolutnie każdej społeczności, i tam nie brakuje konfliktów personalnych. Jednak to Przewodas, jak Lewandowski jest tam nazywany, obrósł czarną legendą. Myślę, że przyczyną takiego stanu rzeczy jest jego – jak sam uważa – „bezkompromisowość”. Nie rozumiał i nie chciał chyba rozumieć, jak istotne w relacjach międzyludzkich są emocje. Wierzył, że uczciwość wystarczy, by zapewnić sobie pozycje tak towarzyską, jak zawodową. „Nie potrafię się przypochlebiać, jestem zbyt szczery, naiwnie ufam ludziom […]. Strasznie dużo mnie to w życiu kosztowało. Rzeczą szczególnie przerastającą moje siły jest pokora. […] Po nagrodzie Zajdla chciałem już współtworzyć »Nową Fantastykę«. Najpierw było o to parę lat ciągłych kłótni, w końcu rozbili mi łeb (Oramus przy milczącej aprobacie Parowskiego). Bezpośrednimi przyczynami incydentu były wprawdzie dziewczyna i alkohol, ale wrzód pęczniał długo. […] A co do alkoholu, to piję za mało. Zbyt mało zwłaszcza by zrobić karierę w kręgach »Magii i Miecza« oraz »Fenixa« – nie jestem »swój«, bo nie znalazłem jak Szrejter wątroby na śmietniku”5. Brakowało mu choć odrobiny konformizmu. Ambicja zaś do końca go gubiła.

Ślady powyższej postawy widać w jego powieściach. Relacje między bohaterami jego książek określają cnoty rodzaju honoru, prawdomówności czy lojalności. Aby osiągnąć cel, wystarczy logika i wiedza. Tęsknotę za takim światem widać chociażby w trylogii Bursztynowego Królestwa, którego akcja toczy się na Dalekim Wschodzie na początku XX wieku. Opowieść o losach tytułowego królestwa Polaków i Chińczyków pod panowaniem Władysława V (wbrew pozorom nie jest to historia alternatywna, lecz coś, co naprawdę mogło zaginąć w mrokach dziejów) jest również pochwałą patriotyzmu. Lewandowski chyba za główny punkt odniesienia dla człowieka uważa rodzinę oraz naród. W jego wizji pochodzenie determinuje losy człowieka: ktoś urodzony Polakiem ma obowiązki polskie i nie zazna szczęścia, dopóki tego nie zrozumie. Sergiusz Lawendowski, mimo że wychowany na Rosjanina, nie mógł pozostać lojalnym poddanym cara, jak chciał. Przynależność do narodu pozwala budować poczucie tożsamości oraz sensu w życiu.
Podobnie ważna jest rodzina. W swoich wypowiedziach Lewandowski wielokrotnie podkreślał, że dzieci mają obowiązek wobec swoich rodziców przekazać otrzymane życie dalej. W jego powieściach kobiety odnajdują szczęście dopiero w macierzyństwie. Znamienne są refleksje jednej z bohaterek Mostu nad Otchłanią, która na przekór dekadencji, w jakiej pogrąża się jej klasa społeczna, pragnie dziecka, by móc spłacić dług całej linii swoich przodków. 

Gdy państwa polskiego nie ma, Polacy muszą do niego dążyć walką i pracą. Gdy ono jest, powinni być lojalnymi, wolnymi obywatelami. Zaznaczyłem te ostatnie, ponieważ wolność jednostki ma fundamentalne znaczenie dla autora. Nienawidzi wszelkich systemów jako krępujących wolność jednostki. Możność nieskrępowanego wyrażania swoich przekonań jest dla niego kluczowa.

W cyklu Diabłu ogarek odmalował społeczeństwo, w którym mogą żyć zgodnie wszyscy: i katolicy, i protestanci, i niemieccy uchodźcy, i nawet czarty wszelakie. Muszą być tylko lojalnymi obywatelami. Owym społeczeństwem z kart powieści byli mieszkańcy Rzeczpospolitej Obojga Narodów z pierwszej połowy XVII wieku. Warto zanurzyć się w tym na wpół idyllicznym świecie, Terra Felix, „wspartym na barkach bóstwa o rysach okrutnych”, pisząc za Jackiem Kaczmarskim.

Trzeźwy patriota

Patriotyzm według Lewandowskiego ma wydźwięk pozytywny. Wychowany na grobach pomordowanych na Woli w '44 (motyw ów często wraca w jego twórczości) nie dał się zwieść pokusie martyrologicznego spojrzenia na dzieje narodu. Na powstańców warszawskich patrzy krzywym okiem; jego zdaniem walka bez szans na zwycięstwo, za to kosztem ogromnych strat i ludzkich tragedii ociera się o zbrodnię. Dał temu wyraz w Anioły muszą odejść, w których rozlicza stolicę z tego i innych grzechów. Wydał je trzy lata przed głośną monografią Piotra Zychowicza Obłęd '44, czyli jak Polacy zrobili prezent Stalinowi, wywołując powstanie warszawskie

Rewersem do Aniołów uczynił powieść Orzeł bielszy niż gołębica, wydaną przez Narodowe Centrum Kultury w serii Zwrotnice czasu (w ramach której liczni autorzy piszą alternatywne dzieje Polski). Opisane przez Lewandowskiego powstanie styczniowe pełne jest czołgów parowych oraz broni, która w naszym świecie pojawiła się kilkadziesiąt lat później. Powieść ta dobrze oddaje literacki kunszt Lewandowskiego: wspomniane maszyny, nazywane tam twardochodami, nie tylko stanowią efektownej scenerii, lecz ich istnienie w świecie jest głęboko przemyślane i czytelnik nie powinien mieć problemów z wiarą w świat przedstawiony. Samą zaś historię alternatywną warto poznać nie tylko dla miłej opowieści o Polsce zwyciężającej, lecz przede wszystkim – by zrozumieć, jak ważne było dla nas realne powstanie styczniowe. Chociaż przegrane, nie przyniosło większych szkód Polsce; straty wśród ludzi były niewielkie, i to głównie wśród powstańców (inaczej niż w powstaniu warszawskim), chłopi uzyskali zniesienie pańszczyzny, a zbiedzona szlachta mogła przemienić się w inteligencję. Powstanie stało się podwaliną dla pozytywizmu. Nie do przecenienia był także jego mit, który utrzymywał w patriotyzmie następne pokolenia Polaków, dzięki czemu możliwy był cud 1918 roku.

Pisarz z Woli

Lewandowski, jak od lat, mieszka na warszawskiej Woli z rodziną i kotami. Od czasu zarzucenia serii kryminalnej w 2010 wydał już 10 (!) powieści. Wśród nich znalazły się zarówno „dzieła życia” (Anioły muszą odejść, Orzeł bielszy niż gołębica), jak i zabawy koncepcją, w postaci na przykład Faraona wampirów, będącego przeróbką dzieła Bolesława Prusa. Mimo problemów z dotarciem do świadomości odbiorców, patrzy na przyszłość z ostrożnym optymizmem. „Co we mnie jest takiego dziwnego? Bezkompromisowość? – zastanawia się. – Mimo to na wyobcowanie towarzyskie nie mogę narzekać. Kręgi przyjaciół rosną. A do odbiorców coś dociera, wolno bo wolno, ale stale. Bywają chwile, kiedy ludzie uświadamiają sobie, że jestem kimś ważnym w ich życiu. Zatem nie wszystek umrę”6.

Pod koniec zeszłego roku literacką część internetu wstrząsnęła wojna, jaką Lewandowski wypowiedział blogerkom książkowym. Zarzewiem konfliktu była notka na jednym z blogów, którego autorka nie dość, że niegramotnie skrytykowała książkę, to jeszcze zdradziła fabułę – psując tym samym przyjemność płynącą z lektury innym czytelnikom. Autor ją za to złajał; w obronie koleżanki aktywizowały się inne blogerki, pisarki oraz środowiska fanowskie niechętne Przewodasowi. Z drugiej strony Lewandowski został poparty przez tych wszystkich, których raziła mizeria krytyki internetowej. Afera przez kilka tygodni toczyła się w prasie, na Facebooku oraz na blogach, po czym wygasła. Jej najbardziej namacalnym rezultatem okazała się propozycja ze strony jednego z wydawców, aby wydać wznowienie Mostu nad Otchłanią. Niedawno ukazało się jej trzecie wznowienie. 
 
Wielu przepowiadało już koniec Przewodasa, a on im na przekór wciąż żyje tworzy. Zeszłej jesieni wydał kryminał współczesny, w którym rozprawia się z egzorcystami (Czas egzorcystów). Przygotował również wielki powrót kotołaka Ksina (premiera Ksin. Początek odbyła się października 2014 roku) oraz komisarza Drwęckiego (zaczął już pisać szósty tom zatytułowany Rumuńskie kawony). Planuje też powieść science fiction. Zamierza opisać w niej świat, w którym wynalazek Nicoli Tesli – wieża pozwalająca wysyłać energię elektryczną na odległość – zostaje zostaje oddany do użytku, co skutkuje katastrofą ekologiczną...

Przypisy
1Lewandowski K.T., Półmisek, [w:] Noteka 2015, Warszawa 2006, s. 93—94.
2Karwowski M., Proekologiczny kompromis, http://forumakad.pl/archiwum/2004/01/artykuly/20-bn-proekologiczny_kompromis.htm [stan na: 12 lipca 2014 r.]
3Ibidem
4Kawula-Kubiak A., op. cit.
5Lewandowski K.T., Życiorys autorski, czyli przewodasowe przypadki, op.cit.
6Smętek M., Wywiad z Konradem T. Lewandowskim o powieści Anioły muszą odejść, http://historyk.eu/wpis/wywiad-z-konradem-t-lewandowskim-o-powie%C5%9Bci [stan na: 12 lipca 2014 r.]

wtorek, 31 marca 2015

Awanturnik fandomu, czyli rzecz o Przewodasie (część 1)


Co większe muchy

W 1993 roku fantastyka była całkiem prężnie rozwijającą się branżą literacką. Zasłużony działacz drugiego obiegu Mirosław Kowalski założył wydawnictwo superNowa, które na początek działalności wydało między innymi zbiory opowiadań o Wiedźminie Andrzeja Sapkowskiego. Fantastyce poświęcało się też wielu innych autorów, którzy zyskali spore grono fanów. Ci ostatni zaś mieli dwa duże czasopisma literackie, a ich ruch koncentrował się wokół licznych klubów oraz zjazdów nazywanych konwentami. Całe to towarzystwo nazywane jest potocznie fandomem. 

Miłośnicy fantastyki cierpieli jednak na odium niedocenienia ze strony mainstreamu. Prawdopodobnie to dlatego jeden z pisarzy wziął kilka egzemplarzy jubileuszowej antologii Co większe muchy, zawierającej opowiadania z założonego dziesięć lat wcześniej czasopisma „Fantastyka” (istniejącego do dzisiaj po nazwą „Nowa Fantastyka”). Następnie udał się do kilku czołowych krytyków, aby zapoznać ich z dorobkiem gatunku. „[...] wyliczył, że w latach osiemdziesiątych debiutowało w gatunku SF ponad dwieście polskich piór, rzecz wyglądała więc na socjologicznie znaczącą, a wręczana krytykom antologia miała dokumentować literacką rangę zjawiska”1 – wspominał w Małpach pana Boga Maciej Parowski. 
 
Jednym z odwiedzonych był znany krytyk literacki Krzysztof Mętrak, który pozostał nieprzekonany. „Wyświechtane konwencje, wytarte schematy i standardy, pozwalają tu na popisy rozpasanego gadulstwa” – podsumował opowiadania w felietonie dla czasopisma „Film”. O wiele bardziej zapadła mu w pamięci postać pisarza, który przyniósł mu antologię. Był zdumiony pasją, z jaką ów przekonywał go do swoich racji, oraz pogardą, jaką miał do krytyków z głównego nurtu kultury; zarzucał im, że nie dostrzegli powstania nowego zjawiska, jaką jest polska fantastyka. „Brodacz powiedział mi wręcz, że on nie przyniesie opowiadania do »Literatury« – wspominał Mętrak – bo zostałby przez swoich wyklęty. Przybył po prostu mi to zakomunikować. I tak po 27 latach kariery redaktorskiej poznałem pierwszego faceta, który przyszedł do pisma nie po to, być coś wydrukować, ale po to, by wyznać, że drukować nie ma zamiaru, a przy okazji redaktorów zwymyślać”.

Tym pisarzem był Konrad T. Lewandowski. Jeden z najciekawszych współczesnych pisarzy i chyba najoryginalniejsza persona fandomu.

Narodziny Nosorożca

Urodziłem się jako mutant, na dodatek w prima aprilis 1966” – pisał o sobie. Fascynował się naukami technicznymi. Podobno jako nastolatek pokroił żabę, a następnie zszył ją, tak by „dalej działała”. Bez trudu dostał się na wydział chemii Politechniki Warszawskiej. Prawdopodobnie zostałby zawodowym inżynierem, gdyby nie „w wieku lat 20, w jakiejś kanciapie, na czarno-białym, 12-calowym telewizorku, obejrzał Conana Barbarzyńcę i przeżył Objawienie”2, jak wspominał. Po tym wydarzeniu za wszystkie oszczędności kupił maszynę do pisania i próbował tworzyć.

Pierwsze kroki pisarskie stawiał w fantasy. 31 stycznia 1987 roku przekazał wydawcy maszynopis Magicznej księgi. Była to mikropowieść, która miała wejść w skład antologii debiutantów przygotowanej przez studenckie wydawnictwo Alma-Press. Lewandowski otrzymał za nią zaliczkę oraz zachętę, by udał się na warsztaty Literackie w Chlewiskach. Tam poznał ówczesnych twórców fantastyki – a ci mogli jako pierwsi z fandomu zaznać smaku konfrontacji z „Nosorożcem” (przydomek ów, z dumą obnoszony, Lewandowski zawdzięczał agresywnemu i bezpardonowemu stylowi dyskusji; narodził się po cyklu felietonów Nosorożec zza węgła, publikowanych w „Nowej Fantastyce” w latach 2004-2006).
„Kiedy latem 1987 wszedłem na salę pałacu w Chlewiskach – wspominał tamten wyjazd – wszyscy tam właśnie z zachwytem roztrząsali głębię myśli Kresa, zawartą w opowiadaniu o tym jak facet biegnie i macha mieczem – jak refren powtarzały się tam słowa: »Kolisty ruch miecza«. Nieopatrznie stwierdziłem, że ja tego opowiadania nie rozumiem i zapytałem autora co właściwie miał na myśli. Odburknął, że »świat jest zły« i się obraził.

Wiosną 2000 r. czytam w »Fenixie«, w kresowej rubryce wzmiankę o owym opowiadaniu, że istotnie nie było dobre. Cóż, lepiej przyznać się późno niż wcale...
Wtedy jednak podpadłem. Podpadałem bez przerwy. I z tego powodu, że z natury źle aklimatyzuję się w grupie i popełniam gafy. I dlatego, że »Klub Tfurców« miał już ustaloną hierarchię, która od nowoprzybyłego »kota« żądała okazywania gestów pawianiej uległości (nastawiania tyłka do zerżnięcia przy przechodzeniu przed obliczem szefa stada).

A ja nie okazywałem uległości i jeszcze domagałem się więcej wyjaśnień, nie rozumiałem i pytałem: »Dlaczego właściwie mój tekst jest zupełnie do niczego, skoro mam umowę na druk?«”3.
Tekst istotnie był zły, co po latach przyznał sam Lewandowski (choć jednocześnie dodał, że na debiut się nadawał). Wtedy jednak, zaślepiony entuzjazmem świeżo debiutującego twórcy, naraził się na konfrontację z wyrobionymi już w środowisku i pewnych swoich racji pisarzy. Przykre musiały być słowa wówczas redaktora czasopisma „Fantastyka”, dziś znanego prawicowego publicysty Rafała A. Ziemkiewicza, który oświadczył: „Wiesz Przewodasie, nikomu tego nie mówiłem, ale tobie mogę powiedzieć na pewno: nic z ciebie nie będzie!”4
 
Antologia nigdy się nie ukazała z powodu braku przydziału na papier. Wydawca zapłacił karę umowną „jak za 10 000 sprzedanych egzemplarzy”, a sam tekst nigdzie się w całości nie ukazał. Fragment mogli poznać czytelnicy czasopisma „SFinks” wiosną 1990 roku – i był to faktyczny debiut Lewandowskiego. Wówczas jeden z uczestników wspomnianych warsztatów powtórzył swoją opinię sprzed trzech lat. „Po przeczytaniu Magicznej Księgi Ziemkiewicz wydał mi zaświadczenie na piśmie, żebym nie pisał, bo na pewno nie mam talentu i do niczego jako pisarz nie dojdę”5, wspomina Lewandowski.

Ironią losu było, że swoją pierwszą nagrodę im. Janusza A. Zajdla Ziemkiewicz, w latach 90. popularny pisarz fantastyki, odbierał w towarzystwie Lewandowskiego...

Rzeczywistość szybko pokazała, kto miał rację. Już rok po debiucie Lewandowski wydał pierwszy tom popularnego cyklu o kotołaku Ksinie. Cała seria liczy pięć tomów oraz jedno opowiadanie. Powstawała latami i wciąż cieszy się popularnością. Miłośnicy kotów nawet nadają swoim ulubieńcom imię bohatera cyklu. 

W 1994 powstał Most nad Otchłanią – zdaniem niżej podpisanego najlepsza powieść autora. Opowieść o mieście zbudowanym na gigantycznym moście, przerzuconym nad tajemniczą Otchłanią, robi wrażenie znakomicie poprowadzoną fabułą oraz światem przedstawionym. Historia przewrotu w mieście-państwie posłużyła autorowi jako asumpt do zaprezentowania własnej filozofii o cyklu dziejów. „Błądzące gwiazdy w świecie Mostu, to systemy filozoficzne, a koczownicy to ich zwolennicy – taka metafora historii idei. Pomysł wymiany elit podpatrzony w historii Anglii, przyjąłem że im bardziej izolowany układ, tym regularniej ten cykl się będzie powtarzać – to mnie odróżnia od teorii Pareta [Vilfredo, włoskiego ekonomisty i filozofa, twórcy teorii o wymianie elit – M.S.]”, wyjaśnia ideę powieści. Dodaje przy tym, że chciał „zreformować fantasy, zastępując magię filozofią”. Niestety, skończyło się na tej jednej powieści – a szkoda.

Była to pierwsza powieść Lewandowskiego, jaką poznałem. Stało się to w czasach licealnych, kiedy recenzowałem fantastykę na łamach portalu „Poltergeist” i dostałem propozycję ocenienia drugiego wydania Mostu nad Otchłanią. Pamiętam zdziwienie, gdy odnotowałem, że tak dobra dobra książka została wydana tak źle (brzydka, odrzucająca okładka i kiepski skład, utrudniający czytanie), w dodatku przez wydawcę, którego działania promocyjne ograniczyły się chyba wyłącznie do rozesłania darmowych egzemplarzy do kilku redakcji internetowych. 

Niestety, z różnych powodów Lewandowski nie był w stanie nawiązać współpracy z wydawcami, którzy byliby w stanie należycie wypromować jego twórczość. W latach 90. mogłaby to być superNowa, dekadę później – Fabryka Słów. Zamiast u nich Lewandowski wydawał książki w wydawnictwach tak małych, że te nie były w stanie udźwignąć finansowo całego procesu wydawniczego, więc wydawały byle jak; albo w molochach, gdzie pojedynczy autor ginął. Jedynie Wydawnictwo Dolnośląskie potrafiło zainwestować w zdolnego twórcę – dzięki czemu przez kilka lat miało sposobność wypuszczać na rynek kolejne tomy poczytnych kryminałów o komisarzu Drwęckim. Inni bohaterowie Lewandowskiego nie mieli tyle szczęścia.

Redaktor Tomaszewski
Po ukończeniu politechniki miał do wyboru karierę chemika w Instytucie Chemii Fizycznej PAN albo – jak podczas studiów – dalej zarabiać na pisaniu tekstów popularnonaukowych. Lata 90. to był czas, kiedy łatwiej niż dzisiaj było utrzymywać się z pióra. „Stać mnie było, aby utrzymać niepracującą żonę z dwójką dzieci i czasem nawet wystarczało na whiskey za 400 złotych” – wspominał tamte czasy. Pozostał więc wierny muzie Kaliope. Jako dziennikarz przeprowadził dwa wywiady ze Stanisławem Lemem. „Jak ostatnio odsłuchiwałem kasetę z naszej [z Lemem – M.S.] rozmowy, to się okazało, że notorycznie nie dawałem mistrzowi dojść do słowa, a mimo tego nie wyleciałem za drzwi”, wspominał prywatne spotkanie z Mistrzem. Pisał między innymi dla „Nowej Fantastyki”, „Przeglądu technicznego” czy nieistniejącego już tabloidu „Skandale”.

Współpraca z tym ostatnim zrodziła pomysł na Radosława Tomaszewskiego – dziennikarza brukowego pisma „Obleśne nowinki” (co zdradzało opinię autora na temat poziomu ówczesnych tabloidów). Seria kilkunastu opowiadań została zebrana w kilkakrotnie wznawianym (i przy każdym wznowieniu uzupełnianym o kolejne teksty) tomie Noteka 2015 (od nazwy sztandarowego opowiadania cyklu). Utrzymane w konwencji satyrycznej teksty zjednały Lewandowskiemu czytelników. Doceniono lekkie pióro, przaśny humor (niezapomniane duńskie brygady homoseksualne z Noteki 2015) oraz błyskotliwość autora. Seria doczekała się trzech nominacji do nagrody im. Janusza A. Zajdla, w tym jednej zwieńczonej statuetką. Laureatka, opowiadająca o wojnie polsko-amerykańskiej Noteka 2015 skrzyła się od szalonych pomysłów. Trzeba było mieć niemało wyobraźni, aby wprząc w taktykę wojenną teorię chaosu, a konsultantami polskiej armii uczynić grupę dziwaków, których niekonwencjonalne pomysły rzucą na kolana dumną amerykańską myśl wojenną. „[...] Amerykanie […] zabrali się za systematyczne niszczenie obiektów wojskowych na terenie Pomorza Zachodniego. Ogromnie ucierpiały tysiące makiet z dykty i brezentu ze wstawionymi do środka piecykami typu »koza« jako źródłem podczerwieni. W odpowiedzi przeciwnik użył inteligentnej amunicji, która z sobie tylko wiadomych powodów w pierwszej kolejności zabrała się za karczowanie przydrożnych, płaczących wierzb.
– Punkt dla chłopaków z wywiadu i wydziału walki elektronicznej! – oznajmił Jankowski, kiedy przestał się śmiać.
– To ich robota? – spytałem.
– Tak. Udało im się przemycić do komputerowego katalogu celów »Standardowy typ maskowania polskiego czołgu«”6

Lewandowski pisał ku pokrzepieniu serc, ale zamiast po patos, sięgnął po farsę. Ukazał, że nawet mały i na pozór słaby naród może dokonać wielkich czynów, o ile nie zbywa mu na wyobraźni, zdrowym rozsądku i... humorze. 
 
„[...] jako dziennikarz zaspokajam swoją ciekawość świata, a jako pisarz daję sobie odpowiedzi, których nie dostałem w rzeczywistości” – opowiadał w 2003 roku magazynowi internetowemu „Esensja”. Seria wyraźnie ewoluowała w kierunku, które potwierdzają powyższe słowa. Zaczęła się od dziennikarskiego śledztwa w sprawie terrorysty-artysty (Pacykarz), kontynuowała ją wspomniana już Noteka 2015, by przerodzić się w prawdziwe studium współczesnej cywilizacji polskiej i europejskiej. W opowiadaniach o Radosławie Tomaszewskim (zebranych w tomie Noteka 2015) przebijają polskie lęki z lat 90.: zagrożenia ze strony obcych mocarstw i kultur oraz przemiany w społeczeństwie, dające wrażenie, że Polacy nie dorośli do wolności. Autor straszy artystami, dla których nie ma granic w sztuce, inwazją Amerykanów, feminizmem czy ogólnym ogłupieniem społeczeństwa. Z tekstów przebija pesymizm. Zdaniem Lewandowskiego sprawy będę zmierzać tylko ku gorszemu; na przykład scena polityczna A.D. 2015 będzie równie pocieszna, jak w 1995. Nie pomylił się za to, gdy prognozował zalew bezwartościowych informacji w sieci i upadek prasy papierowej. Bohater napisanej na początku 1996 roku Synary musiał napisać specjalny program na tableta, aby ten mu odsiewał zbędne wieści z serwisów informacyjnych. „Tak oto, w czasach gdy – teoretycznie – każdy mógł wiedzieć WSZYSTKO, ja potrzebowałem łutu szczęścia, by dowiedzieć się CZEGOŚ”7 – skarżył się czytelnikowi Tomaszewski. 
 
Nie widział możliwości poprawy sytuacji. Dzieje upatrywał jako „jeden długi proces historyczny, przebiegający z wyraźnymi przesileniami. […] Powtarzalność zdarzeń występowała niewątpliwie”8. W Ogniu bohater skonstruował historioskop – machinę z siedemnastoma obracającymi się kołami różnej wielkości, mających symbolizować siedemnaście cykli dziejowych. „Stopniowo przed oczami rysowała mi się logiczna, lecz zarazem szalenie skomplikowana maszyneria dziejów. Szesnaście kręgów zdarzeń – obracających się w zawiłym tańcu – w sumie tworzyło pozór ciągłej zmienności historii. Każdy głupiec mógłby uznać, że zawsze dzieje się coś nowego, a nawet uwierzyć w postęp...”9. Dzieje jako ciąg powtarzających się cykli opisał również we wspomnianym już Moście nad Otchłanią. Jednak los jednostki, nawet najwybitniejszej, uwięzionej w niezależnej od niej machinie dziejów najbardziej sugestywnie oddał w opowiadaniu Wieża imion
 
Trudno mi nie podziwiać kunsztu literackiego Lewandowskiego. Potrafi za pomocą farsy oddać dumę ze swojego narodu albo opisać upadek społeczeństwa, nie popadając w zgorzknienie. Z finezją potrafi podejść do różnych tematów, na przykład sztucznej inteligencji. Kto inny wpadłby na to, co mogło zalegnąć się na serwerach giełdy warszawskiej lub że za pożywienie dla inteligentnych komputerów może służyć... poezja awangardowa? 
 
Opowiadania, oprócz pierwodruków w „Nowej Fantastyce”, doczekały się w sumie czterech wydań książkowych. Wysunę teraz tezę ryzykowną, bo nieweryfikowalną: moim zdaniem opowieści o Radosławie Tomaszewskim to jedne z niewielu utworów w polskiej fantastyce, które zawdzięczają popularność wyłącznie czytelnikom. Ani autor nie potrafił nigdy wypromować swojej twórczości, ani jego efemeryczny wydawca. Pomimo tego opowiadania wciąż żyją w świadomości miłośników polskiej fantastyki. Tytułowa Noteka 2015 pojawiła się z szesnastą lokatą w rankingu 100 najlepszych opowiadań polskiej fantastyki magazynu internetowego „Esensja”. Nazwisko autora nie jest nikomu obce, kto czyta polską fantastykę od lat. Lewandowski ogólnie jest ceniony za niezłe pióro, aczkolwiek wykreowany przez niego bohater budzi różne opinie. Zwykle negatywne: „To już nie bardzo mi się podoba: wizja głupiej ludzkości z jednym myślącym redaktorem”, podsumowała Tomaszewskiego internetowa recenzentka na portalu biblionetka.pl. Zdarzają się też życzliwe słowa o Tomaszewskim. Tych, mimo wszystko, mam nadzieję, że będzie coraz więcej.

Gdzie bowiem tkwi siła serii? Przy całym szacunku dla całej gamy tematów, jakich udatnie podjął się Lewandowski, moim zdaniem właśnie w bohaterze. Tomaszewski na przekór otoczeniu – a wręcz całemu światu – nie poddaje się zwątpieniu i marazmowi. Z pasją prowadzi badania nad konstrukcją rzeczywistości. Idee i refleksje, będące ich pokłosiem, z czasem pewnie wyblakną, inne od początku będą budzić wątpliwości, ale same starania, aby do nich dojść, na zawsze pozostaną inspiracją dla tych, którzy nie boją się myśleć. 
 
Tomaszewski intelektualnie zbyt odstaje, aby móc uczciwie żyć z pisania tego, co go interesuje. Skoro więc ma pisać rzeczy głupie, woli robić to w miejscu dla tego przeznaczonym – prasie brukowej. „Tak było uczciwiej”, motywuje swoją decyzję. Uczciwie też traktuje ludzi. Stara się ich widzieć takich, jacy są, co przy lekturze daje poczucie odtrutki na zakłamanie i obłudę, z jaką mamy do czynienia na co dzień. Trzeźwe spojrzenie jednak nie skutkuje pogardą – co autor pokazał chociażby w Synarze. To moim zdaniem odróżnia Lewandowskiego od wielu jego kolegów po piórze. Ci często mają trafne spostrzeżenia na tematy społeczne, jednak obecny w ich tekstach ładunek niechęci do ogółu społeczeństwa skutkuje reakcją obronną u tych ludzi, którzy uważają, że do tego ogółu się zaliczają. Zabawne zresztą, że największą popularność osiągają ci twórcy, którzy piszą o ludziach jako bezkształtnej masie z nielicznymi wyspami normalności. Gdyby mieli rację, musieliby ich czytać masochiści. 
 
Wspomniałem we wstępie o mentalności gettowej u twórców fantastyki. Mam wrażenie, że zarówno w ich wypowiedziach, jak i twórczości przebija poczucie wyobcowania, maskowane poczuciem wyższości. Mniej lub bardziej jawnie fantaści uważają się za... depozytariuszy kultury polskiej! Na ludzi spoza własnego grona patrzą tak, jak nie lubią, gdy inni spoglądają na nich – ze wzgardą. Lewandowski jako jeden z niewielu podjął próbę dialogu, czego rezultatem był chociażby artykuł Stary krytyk mocno śpi, w którym zamieścił między innymi wypowiedzi Krzysztofa Mętraka. Z entuzjazmem docenił starania Pawła Dunina-Wąsowicza, który bez uprzedzeniem, z naukowym zacięciem zajął się eksploracją fantastyki. 
 
Wszystko to na nic, a Lewandowski stopniowo tracił swoją popularność w fandomie. Od początku był skonfliktowany z pisarzami zrzeszonymi w grupie samokształceniowej „Klub Tfurców”, jednak były to naturalne tarcia towarzyskie, a on sam na ogólną popularność nie mógł narzekać. Do dzisiaj wspomina tamten czas z rozrzewnieniem. Jednak od drugiej połowy lat 90. stawał się coraz bardziej odosobniony. On sam przyczynę takiego stanu rzeczy widzi w pasji do filozofii. Twierdzi, że konflikty środowiskowe „są logiczną konsekwencją tego, co robi jako filozof”. „Kiedy opowiada się ludziom, jacy są świetni (na przykład pisząc Notekę 2015), to cię lubią, nawet bardzo (połowa lat 90.) – skarżył się w 2008 roku. – Kiedy jednak zaczynasz mówić rzeczy trudno zrozumiałe (na przykład używać słowa »inteligibilność«), nikt cię o nic nie zapyta, nie nie poprosi o wyjaśnienie”10.  

Część 2 

Przypisy
1Parowski M., Małpy pana Boga, Warszawa 2012, s. 468
2Lewandowski K.T., Życiorys autorski, czyli przewodasowe przypadki, http://przewodas.w.interia.pl/ [stan na: 14 lipca 2014]
3Ibidem
4Ibidem
5Ibidem
6Lewandowski K.T., Noteka 2015, [w:] tegoż Noteka 2015, Warszawa 2006, s. 62
7Lewandowski K.T., Synara, [w:] tegoż Noteka 2015, Warszawa 2006, s. 147
8Lewandowski K.T., Ogień, [w:] op. cit., s. 169-170.
9Ibidem, s. 172.
10Kawula-Kubiak A., Lubię być fantastą, Wrocław 2008, s. 58

środa, 18 marca 2015

Bez końca (Kieślowski) SPOILER



Do żadnego innego reżysera nie mam tak ambiwalentnego stosunku, jak do Krzysztofa Kieślowskiego. Zupełnie obca jest dla mnie warstwa filozoficzna, stanowiąca esencję jego filmów. Nie uważam na przykład roli przypadku za aż tak decydującą w naszym życiu, jak Kieślowski starał się pokazać w Przypadku z Bogusławem Lindą. Z niemal całej jego twórczości wyziera dziwna fascynacja mrokiem, upadkiem i marazmem, która mnie odrzuca przez sposób ukazania. Za dużo dostrzegam w jego filmach afirmacji powyższych; podobny problem mam z twórczością Larsa Von Triera. Problem ów z łatwością rozwiązałem, unikając oglądania twórczości tego ostatniego.

Z Kieślowskim to nie takie proste, bo o ile wymowa mnie odrzuca, to wykonanie – przeciwnie. Nie wiem, czy to kwestia „iskry bożej”, czy tego, że był dobrym rzemieślnikiem, ale każdy jego film do samego końca oglądam z zainteresowaniem.

Nie inaczej miałem z Bez końca z 1984 roku. W założeniu miał to być zapewne wzruszający film o sile miłości. Oto umiera adwokat, który prowadził sprawę pewnego opozycjonisty. Wdowa po nim próbuje urządzić sobie życie na nowo. Angażuje się w sprawy polityczne, szuka pocieszenia w ramionach młodego kochanka, opiekuje się synkiem. Kiedy tęsknota po mężu okazuje się nie do zniesienia, korzysta z usług hipnotyzera, aby zapomnieć o małżonku. Wszystko na nic.

Albowiem nieustannie w pobliżu jej unosi się duch męża, który co i rusz daje o sobie znać, byleby tylko żona nie przestała bezustannie o nim myśleć. Doprowadzona niemal do obłędu zrozpaczona wdowa w końcu oddaje synka pod opiekę teściowej, sama zaś popełnia samobójstwo, dzięki czemu łączy się z mężem.

Jeśli potraktować postać ducha dosłownie, z filmu zakwalifikowanego na Filmwebie jako „dramat psychologiczny i polityczny” robi się rasowy horror. I taka interpretacja byłaby dla obrazu Kieślowskiego przychylniejsza: bo wtedy ów obraz naprawdę straszy. Nikt nie chciałby się znaleźć w sytuacji głównej bohaterki.

Jeżeli zaś uznać ducha za metaforę, to z seansu płynie taki wniosek, że kobieta po śmierci ukochanego nie ma prawa do szczęśliwego życia i powinna rozstać się z życiem natychmiast po uporządkowaniu najpilniejszych spraw. Indyjski zwyczaj samospalenia wdów zapewne był dla Kieślowskiego zachwycający.

Film polecam głównie ze względu na warsztat Kieślowskiego. Także dlatego, że mimo wszystko pobudza do refleksji a to w kinie moralnego niepokoju było chyba najważniejsze.



poniedziałek, 16 marca 2015

Co łączy Hitlera z Witkacym?





  1. Obaj popełnili samobójstwo na wieść o wkroczeniu Sowietów.
  2. Szczątki ich obu wiele lat przeleżały w Związku Radzieckim.
  3. Po latach, gdy je przebadano, okazało się, że obaj w chwili śmierci byli… młodymi kobietami!


Przez wiele lat nie było wiadomo, jaki był los zwłok Hitlera. Obecnie przyjmuje się, że zostały spalone przez SS-manów na dziedzińcu kancelarii III Rzeszy; ocalał tylko szkielet, który służby sowieckie znalazły i zabezpieczyły. Operację udało im się przeprowadzić w takiej tajemnicy, że o znalezisku prawie nikt nie wiedział, łącznie z marszałkiem Żukowem – zdobywcą Berlina. Stalin nawet go złajał, że zaniedbał tak ważną sprawę, jak odszukanie truchła największego wroga ZSRR (mimo że doskonale znał prawdę). Sowietom pozwalało to przez lata głosić, że Hitler przeżył i dożywa starości chroniony przez zachodnie imperialistyczne rządy. W sukurs radzieckiej propagandzie przez całe dziesięciolecia przychodziły tabuny miłośników spiskowych teorii, wymyślających kolejne warianty powojennych losów Führera. Do najpopularniejszych należy oczywiście ten z ucieczką U-bootem do Ameryki Południowej. Najśmieszniejsze, że… ostatnio zrobiła się całkiem prawdopodobna.

Jaka była bowiem prawda? Otóż podobno szczątki przez wiele lat były w NRD pod opieką NKWD, a potem KGB. Zostały w końcu sprowadzone do Związku Radzieckiego, gdzie zniszczono je na rozkaz Leonida Breżniewa. Ocalał tylko czerep. W 2009 został przebadany i okazał się czerepem młodej kobiety. Kim ona była? I co się w takim razie stało z ciałem Hitlera? Zawinił sowiecki bałagan czy może… Hitler faktycznie nie dokończył żywota w Berlinie?

Podobnie zabawnie ma się sprawa z Stanisławem Witkiewiczem, znanym jako Witkacy. Przez lata przyjmowano jako pewnik, że popełnił samobójstwo we wsi Jeziory na wieść o wkroczeniu wojsk radzieckich do Polski. Razem z nim próbowała targnąć się na życie jego kochanka Czesława Oknińska, jednak została odratowana. Artystę pospiesznie pochowano w Jeziorach, które po wojnie znalazły się w granicach ZSRR. W 1988 roku nastąpiło uroczyste sprowadzenie szczątków do ukochanego przez Witkacego Zakopanego. Wydarzeniu towarzyszyła wielka pompa; władze odchodzącej w niebyt Polski Ludowej chciały poprawić nim swój wizerunek. Wszystko na nic, gdyż zwłoki okazały się truchłem młodej Ukrainki. Gdzie są szczątki Witkacego – do dzisiaj nie wiadomo.

I znów – ową farsę można z łatwością wytłumaczyć polsko-rosyjskim bałaganem. A może Witkacy po raz kolejny postanowił zakpić ze wszystkich i sfingował samobójstwo z pomocą kochanki i przyjaciół? Reżyser Jacek Koprowicz kilka lat temu twierdził w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że jeszcze wiele lat po zakończeniu II wojny światowej kochanki Witkacego dostawały od niego listy (podobno napisane jeszcze przed wojną i antydatowane). To, zamieszanie z pogrzebem i kilka innych dało mu asumpt do nakręcenia Mistyfikacji – filmu fabularnemu, w którym Witkacy żył w PRL-u.

Witkacy pewnie jednak rozstał się z życiem w Jeziorach. O ile jeszcze mogę uwierzyć w próbę sfingowania śmierci, to trudno mi uwierzyć, żeby przez tyle lat wytrzymał w ukryciu i nie ujawnił się. „Zmartwychwstanie” po latach byłoby wspaniałą kontynuacją żartu! Lecz zaraz, dlaczego napisałem „tyle lat”…? Mógł sfingować śmierć, próbować ukryć się i zginąć w czasie II wojny światowej jako anonimowy, schorowany mężczyzna gdzieś na kresach; okazji do śmierci by mu nie brakowało. I to byłby tragikomiczny koniec autora Szewców