O podejrzanych działaniach Narodowego Centrum Kultury
pisałem już na łamach tego bloga. A jednak pomimo takiego nadszarpnięcia zaufania
za jedno będę chyba zawsze wdzięczny dyrekcji tej instytucji: za serię Zwrotnice czasu. Przez ostatnie kilka
lat w kilkunastu tomach czołowi polscy autorzy fantastyki mieli sposobność
zaprezentować swoje wizji alternatywnych dziejów Polski. Jednym z tych autorów
był Konrad T. Lewandowski, który w 2013 roku wydał Orła bielszego niż gołębicę – powstanie styczniowe w realiach steampunkowych.
(Niżej podpisany miał w tej książce niewielki udział w postaci dołączanej do
niej gazetki). Minęły prawie dwa lata od premiery i pomimo tarć autora z
wydawnictwem pojawiła się kolejna odsłona serii sygnowana nazwiskiem
Lewandowskiego – Utopie.
Ten tom jest dużo skromniejszy od Orła bielszego niż gołębica. Zabrakło materiałów dodatkowych, a
nawet zwyczajowego w serii posłowia dyrektora NCK i zawodowych historyków. Czytelnik
otrzymuje jedynie dwie mikropowieści.
Pierwszą jest Wysłanniczka
bogini. Autor dał w niej upust swojej słabości do rodzimowierstwa, którą
się dzielił już na łamach tego bloga. Akcja utworu toczy się w czasie reakcji
pogańskiej, która naprawdę miała miejsce w historii po śmierci Mieszka II. Na
kartach powieści rebelia okazała się zwycięska. Żeby nie zaprzepaścić wiktorii,
przedstawiciele plemion zebrali się na wiecu we Włocławku. Pojawił się pomysł,
aby wspólnie z wikingami stworzyć unię państw pogańskich, mogących równoważyć
wpływy agresywnych państw chrześcijańskich. Niestety, obrady stanęły na ostrzu
noża, kiedy okazało się, że piękna córka wodza wikingów została porwana.
Wychodzę z założenia, że absolutnie cała literatura piękna
to historie alternatywne. Nawet Jeżycjada
Małgorzaty Musierowicz, która to opowiada o alternatywnym świecie, w którym w
Poznaniu na Roosevelta 4 mieszkają niejacy Borejkowie. Z naszej rzeczywistości
wiemy niezbicie, że nic takiego nie ma miejsca, o czym licznie pielgrzymujący
na poznańskie Jeżyce fani serii osobiście się przekonali; ku utrapieniu
lokatorów Roosevelta 4, zresztą. Podobnie alternatywnym Londynem jest ten, w
którym pod koniec XIX wieku grasował niejaki Sherlock Holmes z wiernym druhem doktorem
Watsonem. Pomimo przekonania niemałej rzeszy fanów przygód błyskotliwego
detektywa, dzisiaj możemy niemal z 100% pewnością dowieść, że Holmes nigdy nie
istniał. Doktor Watson musiał być niezłym blagierem: brakuje w archiwach
policyjnych opisanych przez niego przestępstw, na Baker Street pod wskazanym numerem
mieszkał kto inny, ludzie z kart powieści nigdy nie istnieli. Możliwe, że nawet
sam Watson został wymyślony.
Po co to piszę? Ano po to, żeby dowieść, że skoro cała
beletrystyka to historia alternatywna, wtedy nie ma powodu, żeby w opisie
alternatywnej rzeczywistości oddalić się od nurtu dziejów o kilka kroków dalej.
Czy była szansa, żeby wizja zaprezentowana w Wysłanniczce bogini mogła się ziścić? Daremne pytanie. Moim zdaniem
ten utwór nie powstał po to, aby dać się ponieść fantazji o pogańskiej po wsze
czasy Polskiej, ale żeby odpowiedzieć na pytanie, jaka jest nasza jako Polaków
tożsamość i co straciliśmy oddalając się od wiary przodków. Lewandowski
zgrabnie ustami bohaterów punktuje blaski i cienie, jakie zawdzięczamy
pogaństwu, chrześcijaństwu oraz Żydom. Takim puszczeniem oka do czytelnika jest
choćby hasło Rzeczpospolita, które pada w zakończeniu.
Tytuł drugiej opowieść może zabrzmieć miłośnikom
Lewandowskiego znajomo – Królowa Joanna d’Arc.
Historia „Dziewicy orleańskiej”, która miast skończyć na angielskim stosie,
udała się na krucjatę przeciwko husytom, była już opublikowana kilkanaście lat
temu nakładem wydawnictwa Alfa. Ów tekst został jednak gruntownie przerobiony i
poprawiony przez autora.
Królową Joannę d’Arc
można traktować w Utopiach jako drugą
stronę tej samej monety. W Wysłanniczce
bogini pojawiła się wizja Polski pogańskiej, w tej opowieści Polski
chrześcijańskiej – lecz innej niż tej, którą znamy z dziejów. W tej historii
Jadwiga nie umiera w połogu, lecz doczekuje się wraz z Jagiełłą upragnionego syna
Władysława. Joanna d’Arc zaś udaje się do Polski, gdzie zakochuje się w młodym
królewiczu…
Amerykanom poszczęściło się w XX wieku, dlatego jak tworzą
historie alternatywne, to raczej o USA okupowanym przez III Rzeszę i Cesarstwo
Japonii niż o… swoim zwycięstwie (te drugie nazywają książkami historycznymi). Polacy
przeciwnie – w rzeczywistości nam się nie poszczęściło, to chociaż
pofantazjujmy na kartach powieści. Dziwi więc, że Lewandowski jako kanwę
przyjął całkiem udany okres dziejów Polski, czyli początek XV stulecia, kiedy
to łamiemy potęgę krzyżacką, a kraj coraz lepiej się rozwija.
Królowa Joanna d’Arc
to przede wszystkim przygodowa powieść historyczna z bitwami, romansami i
intrygami. Lektura jest tym bardziej ekscytująca, że przecież najlepiej
zorientowany w epoce historyk nie będzie miał pojęcia, dokąd zmierza fabuła. I
taki jest właśnie sens pisania podobnych historii alternatywnych – zamiast umiejscawiać
akcję w jakimś neverlandzie, autor rzuca
czytelnika w realia dobrze mu znane, a jednak na tyle inne, że ten cały czas
może czuć się zaskoczony. Królowa Joanna d’Arc
nie jest bardziej na bakier z historią niż przykładowo Trzej muszkieterowie.
Obie powieści polecam jako znakomite historie, napisane
świetnym piórem. Kto poszukuje czegoś oryginalnego, dobrze napisanego, a przy
tym rozrywkowego – trudno o lepszy wybór.
Mam duży problem z poezją śpiewaną. Uwielbiam ją słuchać,
ale nierozważnie dawkowana potrafi wpędzić w nastrój depresyjny. Nic dziwnego.
Jakoś tak się zdarzyło, że w Polsce najlepiej są znani ci bardowie, których
ukształtowało życie w zniewolonym społeczeństwie: Jacek Kaczmarski, Włodzimierz
Wysocki czy Lluis Llach (z Katalonii). W rezultacie pesymizm, mrok czy
zwątpienie przebijają z ich piosenek. Nawet jeżeli taki Llach optymistycznie
śpiewał o tym, że można wspólnym wysiłkiem można unicestwić zło – to jednak
słuchając ma się świadomość, iż owo zło wciąż istnieje, a zwycięstwo nad nim
wcale nie jest oczywiste.
Sztuka bardowska w dużej mierze bierze się z
protestu – a przeciw czemu może protestować bard żyjący w wolnym,
demokratycznym kraju? Z państwa oraz społeczeństwa – a przede wszystkim jego
mieszczańskiej warstwy.
Georges
Brassens był francuskim piewcą anarchizmu. Przez długie powojenne dekady (aż do
swojej śmierci na nowotwór w 1981 roku) bezlitośnie wykpiwał w swoich
piosenkach policjantów, prawników, kler czy biznesmenów. Od swoich kolegów po
gitarze z innych krajów odróżniał się tym, że nie walczył z systemem; raczej
obnażał jego śmieszność i małość. Nie ograniczał się do kontestacji. Gros jego
twórczość to pochwała takich cnót, jak miłość (choć potrafił sarkać na różne
jej objawy) czy przyjaźń. Jego piosenki może nie pchnęły do zmieniania świata, ale
z pewnością czyniły go piękniejszym – i jakoś łatwiejszym do
zaakceptowania.
W Polsce największy wkład w rozpowszechnienie jego pieśni
miał Zespół Reprezentacyjny, założony na początku lat 80. przez Filipa
Łobodzińskiego (dziś znanego tłumacza i dziennikarza, a w młodości odtwórcy
roli Dudusia w Podróży za jeden uśmiech)
i Jarosława Gugałę (dziennikarza, szefa „Wydarzeń” Polsatu). Zła opinia wyraża sprzeciw wobec ruchów
masowych, krępujących wolność jednostki. Identyczną wymowę ma piosenka Ja Jacka Kaczmarskiego; brakuje jej
jednak tego humoru i dowcipu, za to jest ciężka i patetyczna. Jej wykonawca
Przemysław Gintrowski powiedział kiedyś, że jeśli postanowi popełnić
samobójstwo, zaśpiewa kilka razy z rzędu Ja.
Zastanawiające – obie pieśni mówią dokładnie o tym samym, a jak różne wrażenia
pozostawiają!
W tej pieśni Brassens również poruszył podobną kwestię, co w
Złej opinii – zgubnego wpływu idei na
masy ludzkie. „Dla idei ponieść śmierć – któż zna ideę lepszą?/ Ja jednak żyję,
bo na próżno szukam ich”.
Chyba najbardziej lubię te utwory Brassensa, które stanowią
swoiste krótkie fabuły. Mamy tutaj historię, puentę, prawnika w opałach i dużo
śmiechu (aczkolwiek sprośnego). Czegóż chcieć więcej?
Zespół Reprezentacyjny – wbrew pierwszym skojarzeniom – nie
ma nic wspólnego z kompanią reprezentacyjną WP ani niczym podobnym. Nazwa
oznacza, że zespół (Re)prezentuje utwory, czyli po prostu śpiewa covery. Swoją
przygodę z estradą muzycy zaczynali od piosenek Lluisa Llacha, które idealnie
wpasowywały się w nastrój pierwszej „Solidarności”. Kiedy więc zmienili
repertuar i zaprezentowali publiczności dorobek francuskiego śpiewaka, część
ich fanów uznała to za zdradę. Bo jak w trudnych czasach rządów generała można
śpiewać o TAKICH rzeczach?!
Spośród wszystkich postaw, jakie reprezentują artyści,
najbliższa mi jest ta zaprezentowana w Cenie
sławy. Podmiot liryczne zapewnia w niej, że „miast sensację wzbudzać, wolę
ćwiczyć słuch/ Piosenki sobie śpiewać i drapać się w brzuch”. Artysta bowiem
jest od tworzenia; w każdej innej roli wypada żałośnie. Nieliczne wyjątki to
osobnicy wielu talentów.
To nie rozczarowanie niektórych słuchaczy pogrążyło zespół,
lecz nowa rzeczywistość. Niedługo po ’89 muzycy nagrali dwie płyty, aby uwiecznić
swój dorobek, i przeszli do innych zajęć. Łobodziński zajmował się m.in.
tłumaczeniem bajek Disneya, a Gugała po kilkuletniej przygodzie z TVP został
ambasadorem Polski w Urugwaju. Panowie reaktywowali zespół dopiero w 2007 roku,
i to w wielkim stylu. Wydali płytę Kumple
to grunt. Tytułowa piosenka to jedna z najmniej pretensjonalnych piosenek o
przyjaźni, jakie słyszałem.
Było już o prawnikach, to teraz o policjantach. W całej
twórczości Brassensa pobrzmiewa anarchistyczna wiara w mądrość ludu, dla którego wszelka
władza jest jedynie przeszkodą.
W rynsztoku
najlepiej się słucha po Pogromie.
Kogo zwiodła nadzieja zawarta w tej drugiej, niech na odtrutkę posłucha, co
przydarzyło się podmiotowi lirycznemu, gdy „przepiwszy cały portfel, chciałem wziąć na krechę”! Piosenka ta burzy
ostatnie bastiony nadziei, że są na tym świecie jakieś pewne rzeczy. I, jak to
u Brassensa, nie jest to powód do zmartwienia!
Jedna bardziej przewrotnych piosenek w repertuarze
Brassensa. Odpowiedź dla tych, których ciekawi, jak piewca anarchizmu zareaguje
na włamanie we własnym domu.
Georges Brassens żywił atencję do prostych ludzi, którzy nie
dokonywali wielkich czynów, a jednak swoją pracą zasługiwali na najwyższy
szacunek. Piosenka dla starego wieśniaka
czy Marcin Bieda to swoiste pomniki
dla tych wszystkich, którzy stanowią fundamenty każdego społeczeństwa.
Dwie poprzednie piosenki były trochę przygnębiające, więc
teraz coś weselszego, choć wciąż w temacie prostych ludzi. Rogacz to ostrzeżenie dla wszystkich don Juanów, lekkoduchów i
cwaniaków; może i bawicie się dobrze kosztem ludzi pracy, ale wiedzcie, że choć
„połowica wspólna, wcale przecież nie znaczy, że jadło i napoje wspólne muszą
być”!
Zetknąłem się z opinią, że przekłady Zespołu
Reprezentacyjnego są dużo bardziej wulgarne niż oryginalne teksty. Faktycznie,
coś w tym może być. Tutaj dla przykładu wykonanie piosenki Tu wiek nie ma znaczenia w przekładzie Wojciecha Młynarskiego.
Zdecydowanie jest różnica między „wał” a „żłób”, prawda?
Wiedziony ciekawością, postanowiłem sprawdzić, co oznacza wciąż powtarzające
się w oryginalnym tekście słowo „con”.
Jak się okazało: „cipa”. To chyba
rozstrzyga dylemat, czyje tłumaczenia są bliższe oryginałowi?
Róża, butelka i uścisk
dłoni uświadamia, że nieufność, wyalienowanie, pogarda to bolączki nie tylko polskiego mieszczaństwa.
Co tu dodać? Zdecydowanie jedna z najbardziej wesołych i…
poprawiających nastrój piosenek Brassensa. Idealna na zakończenie przeglądu.
Kto dobrnął aż tutaj, w nagrodę usłyszy oryginalne wykonanie Goryla; tekst już jest znany, więc
miłego słuchania!
Dzisiaj prezentuję drugi już występ gościnny na moim blogu. Tym razem Konrad T. Lewandowski opowie o swoich perturbacjach z systemami religijnymi w drodze do Ładu...
Z dnia na dzień, z
miesiąca na miesiąc, z roku na rok, od Formy do Formy, narzucanych z
przemieszania Form zewnętrznych, cudzych… Aż może przyjdzie taki moment w
starości, albo i już na łożu śmierci, gdy spojrzawszy wstecz, ujrzymy skończony
kształt naszego życia i dopiero zaskoczy nas ta figura: co za maszkara, co za
bohomaz, bryła chaosu i przypadku, bez sensu, bez celu, bez znaczenia, bez
piękna.
Jacek Dukaj, Inne
pieśni
Powyższy fragment powieści jest jednym z
najważniejszych cytatów literackich w moim życiu. Przestrogą, która głęboko
zapadła mi w pamięć. Przypominam go sobie ilekroć przychodzi mi zmienić pogląd
na jakąś sprawę, i stawiam sobie wtedy pytanie: Myliłem się dotąd, czy mylę się
dopiero teraz, ulegając wpływowi zewnętrznych okoliczności? Ile jest we mnie
podświadomego konformizmu? Na ile moja pewność wewnętrznej autonomii jest
złudzeniem?
Problem ten stanął przede mną szczególnie
jaskrawo, kiedy przyszło mi, w moim życiu, dotychczas ortodoksyjnego
chrześcijanina, odkryć i dowartościować politeizm. Był to długi proces,
zaczynający się od prywatnej znajomości z Tomaszem Szczepańskim (ps. Barnim
Regalica), która zaczęła się w roku 1997 lub 1998. Potem przyjmowałem jego
zaproszenia na odczyty i wykłady, organizowane przez stowarzyszenie „Niklot”,
którego prezesem jest Szczepański. Tam poznałem Szymona Kulina, który z kolei
zaprosił mnie na obchody święta Kupały w mazowieckim chramie Świętowita w Nowej
Wsi Warszawskiej, w czerwcu 2010 roku. Wtedy pierwszy raz wziąłem udział w
obrzędzie rodzimowierczym. Stopniowo poznawałem ludzi z Rodzimego Kościoła
Polskiego (RKP), stawałem się sympatykiem tej organizacji, aż wreszcie
postanowiłem wesprzeć cały ten ruch jako pisarz i filozof.
Uważam, że religia jest emocją nieodłączną od
ludzkiej psychiki. Emocja ta odwiecznie, we wszystkich kulturach szuka dla
siebie form racjonalizacji i ekspresji. Nie jest ona obca nawet ateistom,
którzy w większości przypadków określają się na kontrze do religii dominującej
w ich otoczeniu, natomiast pozostając tylko i wyłącznie we własnym
towarzystwie, prędzej czy później zainicjowaliby jakiś kult, a przynajmniej
połowa z nich, żeby druga połowa mogła dalej kontestować tę pierwszą. Religia
zawsze musi być i zawsze będzie. Pytanie jaka?
Zostałem wychowany jako katolik, łącznie z
bierzmowaniem i maturą z religii. Później przez kilka lat deklarowałem się jako
ateista, aby znów powrócić do wiary jako luteranin. Konwersji dokonałem w 1992
roku i w tym obrządku wziąłem ślub kościelny oraz wychowałem dwie córki. Przez
dwie dekady o kościele ewangelicko-augsburskim mówiłem z przekonaniem „mój
kościół” i czułem się w nim naprawdę dobrze. W 1998 roku rozpocząłem studia
doktoranckie na wydziale filozofii chrześcijańskiej Uniwersytetu Kardynała
Stefana Wyszyńskiego, więc przełom wieków przyszło mi przeżyć na pograniczu obu
kościołów, co wspominam bardzo pozytywnie. Byłem zdeklarowanym ekumenistą
(teraz już bardziej synkretystą), acz do religii niechrześcijańskich odnosiłem
się nieprzychylnie – stanowczo krytykowałem hinduizm, buddyzm, islam i
eklektyzm New Age.
Zarazem jednak czegoś mi brakowało.
Chrześcijaństwo nie zaspokajało mojej potrzeby więzi z przodkami i bohaterami
oraz rytmami natury. Początkowo próbowałem sobie z tym radzić na swój sposób.
Na przykład, wyszukiwałem na cmentarzach wojskowych groby żołnierzy poległych w
tym samym wieku, który ja akurat miałem i zapalałem im znicze. Zawsze też
odczuwałem silną potrzebę spędzenia przy ognisku wieczoru w dniu przesilenia
letniego, czyli Kupały. Chodziłem wtedy na warszawskie Pola Mokotowskie i
szukałem pubu, przed którym palono ogień i siadałem tam z piwem. Czułem jednak,
że to namiastka. Dopiero teraz, odkąd spędzam Kupałę w chramie mazowieckim, mam
wrażenie że jestem tam, gdzie powinienem być.
Spotkanie z rodzimowierstwem wypełniło
zatem bardzo istotny brak w mojej duchowości, ale z drugiej strony przyprawiło
mnie o poważny konflikt sumienia. Pojawił się problem, jak pogodzić protestantyzm,
dla którego nie do przyjęcia jest nawet pozabiblijna tradycja katolicka, z
faktycznym praktykowaniem pogaństwa?
Początkowo więc mój udział w obrzędach
rodzimowierczych tłumaczyłem sobie jako działalność sentymentalno-etnograficzną
oraz oddawanie szacunku przedchrześcijańskim Przodkom, którzy na szacunek
niewątpliwie zasługują, a nie sposób było tego zrobić w ramach kościoła
ewangelicko-augsburskiego. W osobowe istnienie bogów słowiańskich oczywiście
nie wierzyłem. Sprowadzałem zatem rodzimowierstwo do kultu przodków i czystej
społecznej funkcji religii, czyli spotkań ludzi pragnących razem zrobić coś
większego od nich samych.
Równocześnie jednak w całym fermencie ruchu
rodzimowierczego uderzała mnie analogia z czasami Reformacji – duchowych
poszukiwań, powrotu do korzeni wiary oraz obcowania z religią in statu nascendi, czyli w momencie jej
tworzenia się oraz romantycznego określania tożsamości. Bardzo to było
protestanckie z ducha i zarazem o taki sam protest przeciwko katolickiej
deprawacji i arogancji tutaj też chodzi. Przynajmniej w warunkach polskich,
gdzie zadufanie katolickiego kleru skłania do rodzimowierstwa z roku na rok
coraz więcej młodych ludzi. Niektórzy przemierzają pół Polski, aby dotrzeć do
chramu na świąteczny obrzęd lub poprosić o postrzyżyny. Paradoksalnie więc jako
protestant poczułem się w RKP niczym ryba w wodzie!
A to wszystko w sytuacji kiedy prawdziwy
protestantyzm usycha. Wielkim szokiem i dysonansem poznawczym były dla mnie
dyskusje na forum Protestanci.info, w których uczestniczyłem w latach 2008-11.
Przybyłem tam pełen najlepszych chęci, żeby przedyskutować moją teorię
metafizyczną, jako „protestancką metafizykę”, a trafiłem w upiorne piekiełko
bigotów, fanatyków, błaznów, ignorantów, zacietrzewionych nienawistników.
Przyszło mi tam dokonać pierwszej w życiu identyfikacji przypadku opętania (choć
do egzorcyzmów katolickich mam stosunek radykalnie krytyczny), tak skrajne było
u tego człowieka natężenie złej woli. Niebawem on został tam moderatorem…
Próbowałem dyskutować na ich zasadach – z
Biblią w ręku, broniąc wolnej woli przeciw zwolennikom predestynacji, ale nawet
powołanie się na słowa samego Jezusa Chrystusa nie było w stanie ukruszyć
biblijnych zabobonów, wyznawanych przez „chrześcijan wierzących biblijnie”
(wątek „Sprawa Judasza”). Skoro wszystkie wypowiedzi w Biblii są słowami Boga,
to ważniejszy od Jezusa jest apostoł Paweł, bo powiedział więcej. Czarę goryczy
przelali kreacjoniści – nie umiem tolerować nieuctwa i ciemnoty!
Nagle dotarło do mnie, że wśród
protestantów jestem sam. Z ich forum mnie wprawdzie nie wyrzucono, sam
przestałem się tam pojawiać, bo nie było dla kogo. Na dobitkę, w świecie
realnym przyszło mi wypowiedzieć wieloletnią przyjaźń głęboko wierzącemu
protestantowi, ojcu chrzestnemu mojej córki, z powodu odmowy zaszczepienia jego
dziecka. Cóż to za wiara, która godzi się z tak głupim i skrajnie aspołecznym
zabobonem?! Coraz bardziej też zaczęły nudzić mnie jałowe protestanckie
nabożeństwa, oparte na liturgii tworzonej w XVI wieku i w czasach wojny
trzydziestoletniej, które nie wnoszą niczego do poszukiwań i potrzeb duchowych
współczesnego człowieka. Na kazaniach zdarzało mi się zasypiać już wcześniej.
Wygasła we mnie potrzeba chodzenia do kościoła.
A jednak, jak napisałem wyżej – religia
jest emocją fundamentalną, a emocje ukształtowane w dzieciństwie są niezbywalną
częścią naszej tożsamości. Nie jestem hinduistą, muzułmaninem, buddystą ani,
dajmy na to, mormonem czy świadkiem Jehowy, ponieważ nie mam do tych religii
stosunku emocjonalnego – nie zostałem wychowany w danym środowisku. Zatem nic
nie znaczą dla mnie ich przestrogi i dogmaty.
Do chrześcijaństwa jednak taki stosunek
emocjonalny mam - nie potrafię i nie chcę go z siebie wyplenić. Wychowali mnie
chrześcijanie, więc jestem chrześcijaninem. Gdyby wychowały mnie wilki – byłbym
wilkiem. Tego się nie zmieni! Próba zaprzeczenia najgłębszej socjalizacji
wytwarza napięcie psychiczne, prowadzące do życia w zakłamaniu i gniewie, a na
dłuższą metę do destrukcji osobowości. Chrześcijaństwo więc jest i pozostanie istotną
częścią mnie.
A
jednak w chramie, w obrzędowym kręgu czuję się dużo lepiej niż w kościele. Odczuwam
autentyczne sacrum i wspólnotę, zamiast luterańskiego przynudzania i
katolickiej demagogii.
Radziłem sobie z tym problemem jak umiałem
najlepiej, a więc jako pisarz, tworząc powieści Anioły muszą odejść (2011), Sensownik
matki Polki (2012), cykl Diabłu
ogarek (2011-2013). Z literackiego punktu widzenia Anioły… mogę uznać za próbę bardzo udaną – powieść ta zyskała
uznanie zarówno wśród rodzimowierców, jak i katolików, o czym przekonuje „Więź”
1/2015, s. 195, gdzie ks. Stanisław Adamiak pisze: „Autor wydaje się prezentować jakieś sympatie
słowiańsko-neopogańskie (…) Tym lepiej, bo w ten sposób sięgną po nią ci,
którzy od półek z literaturą religijną trzymają się z daleka i może jednak
skłoni ich to do jakiejś refleksji metafizycznej i pomyślenia o Bożym
Miłosierdziu”.
Mojego dylematu duchowego Anioły muszą odejść jednak nie
rozwiązały. Z jednej strony jako chrześcijanin i formalny monoteista staję
wobec niebywałej kompromitacji monoteizmów. Wiadome katolickie skandale, co
gorsza wskazujące, że nie są to żadne incydenty, lecz nieusuwalna patologia
systemowa – tak było zawsze i tak będzie znowu, jak tylko medialna burza
przycichnie. Z kolei islam na naszych oczach osiągnął moralne i cywilizacyjne
dno, stał się religią zbrodniczą. Ortodoksyjny judaizm zaś przyprawia o ciężką
hipokryzję każdego zdeklarowanego zwolennika politycznej poprawności, zmuszając
liberałów do stosowania podwójnych standardów i przymykania oka na rabiniczny
szowinizm, nietolerancję i mizoginię.
Mimo to nie potrafię wyrzec się monoteizmu.
Z drugiej strony bowiem, oprócz
uwarunkowania emocjonalnego, trzyma mnie przy tym systemie religijnym cała moja
pasja i wiedza filozoficzna. Monoteizm jest efektem redukcjonizmu - najbardziej
podstawowego dążenia ludzkiego umysłu, szukającego sposobu sprowadzenia
skomplikowanej wielości do jedności i prostoty. To jest podstawa poznania
naukowego, nieobca wszak przedchrześcijańskiej filozofii greckiej, która w tym
celu stworzyła pojęcia Demiurga i Absolutu.
Poza wszelkimi uczonymi rozważaniami, po
prostu chciałoby się, aby ktoś taki jak Jezus Chrystus – odpowiedzialny Bóg
Stwórca, który na własnej skórze, motywowany miłością, zaznał do końca losu
swoich stworzeń – naprawdę istniał. To zbyt piękne, aby to odrzucić!
Pełnia człowieczeństwa i ludzkiej wolnej
woli ujawnia się najlepiej w chwilach przezwyciężania konieczności
przyczynowo-skutkowych, kiedy to siłą własnego ducha wychodzimy ponad prosty determinizm
typu akcja-reakcja i np. zamiast nienawidzić nieprzyjaciół, co jest logiczne,
zaczynamy ich jednak miłować. To samo odnosi się do wybaczenia zamiast zemsty i
kary, a także wyjścia ponad więzy krwi („Któż jest moją matką i którzy są
braćmi?”, Mk 3, 34). W politeizmie więzy krwi są absolutyzowane, co prowadzi do
odpowiedzialności zbiorowej i wróżd w rodzaju włoskiej vendetty czy albańskiej gjakmarrje.
Tu chrześcijański monoteizm bezsprzecznie wykazał swoją moralną wyższość.
Wreszcie zachodni indywidualizm, który tak
sobie cenię, jest przecież wytworem czysto chrześcijańskim – wyrósł on z
doktryny świętego Augustyna, głoszącej indywidualną odpowiedzialność człowieka
przed Bogiem. Moralny i prawny zakaz odpowiedzialności zbiorowej oraz zemsty
rodowej w naszej kulturze wypływa z tego właśnie źródła. Dalej rozwinął tę
filozofię Duns Szkot, franciszkański mnich, głosząc prymat jednostki nad
ogółem, co stało fundamentem wszelkich późniejszych idei praw człowieka i
obywatela.
Monoteizmu i politeizmu nie da się jednak
pogodzić. Nie pomoże tu nawet kompromisowy henoteizm, nadający jednemu z bogów
wyższy status niż pozostałym. Ta forma przejściowa między dwoma systemami wiary
nie może być zadowalająca, właśnie dlatego, że jest przejściowa.
Natomiast henoteizm, co warto podkreślić,
znakomicie ułatwia powrót katolikom do wiary przedchrześcijańskich Przodków –
stanowi ważny stopień pośredni. Utożsamienie Świętowita – Pana Zawsze Świętego
z Bogiem Jedynym, czyni wejście w rodzimowierstwo aktem bardziej naturalnym,
sprowadzającym się, w pierwszym przybliżeniu, do zmiany sztafażu mitologii
żydowskiej na swojską słowiańską. Doceniając więc henoteistyczny wątek w
doktrynie Rodzimego Kościoła Polskiego, czego przykładem broszura programowa RKP.
Trzeba jednak zaznaczyć, że w głębszym
aspekcie problem niezgodności politeizmu z monoteizmem jest nieusuwalny.
Przechodząc od politeizmu do monoteizmu,
albo odwrotnie, porzucając monoteizm na rzecz politeizmu, za każdym razem
nieodwołalnie tracimy coś cennego. Politeizm wyrasta z naturalnych ludzkich
potrzeb, jest blisko realnych aspektów naszego życia. Monoteizm to zawsze
wyższa abstrakcja, pociągająca umysły dociekliwe. Trwając przy politeizmie
wikłamy się w przyziemne konieczności, stawiając zaś wszystko na monoteizm
tracimy człowieczeństwo, czego dobrym przykładem współczesny islam, o którym
można powiedzieć wiele rzeczy, ale nie to, że nie jest bardzo konsekwentnym
monoteizmem.
Na gruncie chrześcijańskim najbardziej
radykalnym monoteizmem jest kalwinizm, który na tle innych wyznań, stale
poszukujących jakiegoś modus vivendi
z myślą pogańską, jest zdecydowanie najmniej twórczy. Np. wiele dobrych rzeczy
można powiedzieć o Szwajcarii, ale nie to, że kraj ten jest światowym centrum innowacyjności.
Monoteizm paraliżuje ludzką aktywność, tym bardziej, im bardziej jest
konsekwentny – doktryny predestynacji oraz islamskiego „poddania się” są
nieubłagane. Politeizm natomiast ludzką aktywność inspiruje i dodaje nam wiary
we własne siły.
Bogowie greccy, choć chyba nikt już nie
wierzy w ich osobowe istnienie, nadal pozostają symbolami uniwersalnych
ludzkich cnót, dążeń i wartości. Polecić tu muszę znakomity wykład prof. Kamila
Kaczmarka z Uniwersytetu Adama Mickiewicza:
Przedstawiona w powyższym wykładzie wizja
ocalenia zeświecczonej Europy poprzez jej powrót do przedchrześcijańskiej
religii jest naprawdę przekonująca. Faktem jest, że każde odejście od tradycji
starożytnej prowadzi do cywilizacyjnej zapaści. Dotyczy to w równej mierze
chrześcijaństwa oraz islamu, który w XII wieku, piórem Algazela z Bagdadu
„zniszczył filozofów”, czyli wyrzekł się filozofii greckiej, co zapoczątkowało
upadek kulturalny islamu i ostatecznie uczyniło tę religię tym, czym dzisiaj
jest. Z kolei, każdy powrót do duchowej Hellady oznacza twórczy renesans.
Nie można jednak zgodzić się z drugą
częścią prof. Kaczmarka, że monoteizm jest bezwartościowym balastem, w
najlepszym razie biernie blokującym rozwój cywilizacji, jeśli akurat zbiegiem
politycznych okoliczności nie czyni destrukcji bezpośrednio.
Starożytna filozofia grecka mimo jej
wielkich osiągnięć nie dała nam jednak cywilizacji naukowo-technicznej. Nie
wierzyła bowiem w postęp. Podlegała typowej dla całego indoeuropejskiego
politeizmu koncepcji wiecznego powrotu, koła czasu. Sam Arystoteles nauczał, że
wojna trojańska zarówno już była, jak i dopiero będzie. Skoro zaś dzieje
ludzkości powtarzały się co do szczegółu, budowa radykalnie nowego świata nie
miała sensu. Projektowanie rozmaitych machin przez Archimedesa i Herona było
igraszką intelektualną bez szerszego przełożenia na kształt kultury
technicznej.
Idea postępu przyszła wraz z
bliskowschodnimi koczownikami, dla których czas był linią prostą – od aktu
stworzenia do zjednoczenia ze Stwórcą, czyli drogą do Boga. Istnieje bowiem nie
tylko, jak mówi prof. Kaczmarek, kultura miasta i kultura pustyni, ale też
kultura czasu kolistego i kultura czasu linearnego.
Monoteistyczna myśl żydowska, choć nie
mogła zaoferować własnych oryginalnych zdobyczy naukowych, jednak dała myśli
greckiej znaczący bodziec, rozwijając grecki krąg czasu we wznoszącą się
spiralę postępu. Przynajmniej do momentu kiedy triumfujące nad pokorą chrześcijaństwo
nie zaczęło kultury hellenistycznej niszczyć, np. mordując Hypatię z
Aleksandrii czy likwidując po 900 latach istnienia platońską Akademię, co poskutkowało
wkrótce najciemniejszymi wiekami średniowiecza.
Potem jednak chrześcijaństwo się
opamiętało, rozpoczynając renesans karoliński, po czym znów zapamiętało w
monoteistycznej ortodoksji, powołując pierwsze formy inkwizycji do walki z
Katarami na południu Francji, ale zaraz znów się opamiętało, za pośrednictwem
Tomasza z Akwinu przyswajając sobie myśl Arystotelesa, ponownie zapamiętało się
w okresie wojen husyckich i piętnastowiecznych polowań na czarownice,
opamiętało w renesansie włoskim, zapamiętało w wojnach religijnych i baroku, po
czym znów opamiętać się już nie zdołało i poszło na konfrontację z rewolucją
oświecenia oraz kolejne, coraz bardziej beznadziejne i żenujące boje – z
socjalizmem, nacjonalizmem, modernizmem, postmodernizmem, metodą in vitro,
zabawką Hello Kitty…
Patrząc na katolicyzm dziś, patrzymy na
agonalne konwulsje wielkiej religii, dramatycznie niezdolnej poradzić sobie
intelektualnie i moralnie ze światem współczesnym, demonstrującej albo
konformizm, albo bezsilną złość. Reforma katolicyzmu, jak pokazuje półwieczna
historia aggiornamento (uwspółcześnienia
po II Soborze Watykańskim) jest niewykonalna – prowadzi do kolejnych schizm i
rozpadu na coraz mniejsze sekty. Brak reform – to samo.
A więc politeizm!
Jednak politeizm bez myśli
chrześcijańskiej, kontestującej społeczny determinizm przyczyna-skutek, to
prosta droga do realnego, nie akademickiego jak dotąd, globalnego konfliktu
cywilizacji oraz nuklearnej wojny Północ-Południe. Zimna wojna z komunizmem nie
przekształciła się w gorącą; poprzestano na „równowadze strachu”, bowiem po obu
stronach zabrakło fanatycznej motywacji religijnej. Teraz taka motywacja już
będzie. Żaden dialog ani negocjacje wtórnie spoganizowanej Europy ze światem
islamu nie będą możliwe. Do pomyślenia jest więc eskalacja przemocy, masowa
eksterminacja muzułmanów we Francji, przy której zblednie Holokaust i atomowy
odwet krajów Proroka. Tak będzie, jeśli zabraknie chrześcijaństwa.
Lecz monoteizmu z politeizmem pogodzić się
nie da! Henoteizm to wciąż jest politeizm. Albo Bóg jest jeden, albo bogów jest
wielu – tu nie ma miejsca na żaden kompromis ani żadną „prawdę leżącą
pośrodku”. Nie ma środka pomiędzy jeden a wiele!
Problem ten wydaje się ontologicznie
nierozstrzygalny, tak samo jak dylemat ateizm – fideizm. Stając więc na gruncie
mojej metafizyki zmuszony jestem uznać antynomię politeizm – monoteizm za
kolejny przejaw Zasady Zachowania Wolnej Woli, czyli najprościej mówiąc,
równowagi metafizycznej umożliwiającej dokonywanie wolnych i równoprawnych
wyborów światopoglądowych.
Możliwa więc jest jakaś forma balansu
pomiędzy tymi przeciwnościami, poszukiwanie równowagi. Do czasu soboru trydenckiego
katolicyzm radził tu sobie ze wszystkich religii najlepiej, trzeba to przyznać,
acz za cenę upodobnienia się do swoistego para-politeizmu, choćby za sprawą
kultu świętych. Po roku 1563 katolicyzm jednak spetryfikował i stał się
cywilizacyjną zawadą, coraz mniejszą w miarę upływu czasu i obtłukiwania kantów
na kolejnych historycznych zakrętach, aż do groteskowych pogróżek współczesnych
polskich biskupów pod adresem polityków głosujących zgodnie z wolą większości
swojego elektoratu w sprawie zapłodnienia in vitro. Przekonamy się teraz jaką
siłę oddziaływania ma katolicka ekskomunika wobec grozy niewybrania do Sejmu na
następną kadencję…
Odwołanie do Zasady Zachowania Wolnej Woli,
choć coś wyjaśnia, nie czyni jednak duchowego rozdarcia pomiędzy politeizmem a
monoteizmem mniej bolesnym. Oczywiście, fanatycy i bigoci po obu stronach nie
będą tu widzieć żadnego problemu, ale ja zwracam się do ludzi o nieco większej
od dogmatyków wrażliwości, inteligencji oraz empatii.
Jest także wiele i coraz więcej osób, które
do rodzimowierstwa skłania niechęć lub jakiś osobisty uraz do katolicyzmu i
chcąc nie chcąc wnoszą one do RKP swój bagaż gniewu i złości, na których nic
pozytywnego zbudować nie można, a co najwyżej zarazić rodzimowierstwo katolickim
zaślepieniem i arogancją. Tym ludziom z kolei trzeba uświadomić, że po
pierwsze, dla rodzimowierców Jezus Chrystus jest bogiem jednym z wielu, tak
samo jak inni bogowie zasługującym na cześć i szacunek, choćby przez wzgląd na
obowiązek gościnności – każdy gość może być bogiem i każdy bóg gościem. Po
drugie, dylematu politeizm – monoteizm nie da się ani zakrzyczeć, ani zignorować.
Żadne fochy tu nie pomogą.
Skoro więc rozum stwierdza tylko, że
problem „musi boleć” i dalej okazuje swoją bezsilność, pozostaje nam droga
intuicji oraz artystycznego natchnienia. To, czego nie da się zawrzeć w słowach
i wyrazić logicznym wywodem, można jeszcze pokazać poprzez sztukę.
Tak więc pewnego zimowego poranka, kiedy
moje samotne rozważania nad przedstawionym tutaj dylematem osiągnęły granicę
racjonalności, spojrzenie w niebo o wschodzie słońca przyniosło mi wizję Ikony
Ładu – obrazu zawierającego symbole rodzimowiercze i chrześcijańskie,
współistniejące ze sobą w stanie dynamicznej równowagi.
Opis Ikony Ładu jest następujący: W centrum Ryba wyskakująca z wody i zwrócona w stronę
Słońca po prawej stronie, przy czym Słońce zbudowane jest z dwóch kołowrotów
swarzycznych – wewnętrzny zwrócony w prawo (jednoczący) i zewnętrzny w lewo
(siejący). Woda, z której wyskoczyła ryba po lewej stronie zbiega się w postać
kobiecą - tak jakby Ryba wyskoczyła z jej łona w stronę Słońca. Poniżej Ryby
deszcz kropli spadających na powierzchnię wody, niżej zielonkawa toń, a w niej
twarze Przodków - wesołe i poważne. Powyżej Ryby dwa mijające się ptaki –
bocian lecący od Kobiety do Słońca i gołąb w przeciwną stronę. Żeby zachować
proporcje i perspektywę: bocian dalej i wyżej, gołąb niżej i bliżej. Z tarczy
Słońca wylatuje Orzeł – stylizowany kontur z błękitnych błyskawic. W lewym
górnym, nad głową Kobiety gałąź jemioły, w którą powplatano kwiaty – maki i
chabry. Kobieta przędzie nić, którą unosi wiatr, a jej koniec bocian trzyma w
dziobie. Wszystko razem w intensywnych kolorach.
Nie umiem malować, więc o wykonanie
poprosiłem znajomych artystów. Przeznaczeniem Ikony Ładu jest kontemplacja. Nie
zamierzam narzucać interpretacji tego obrazu, ani już niczego więcej tłumaczyć.
Kiedy więc wszelkie słowa i rozumowania
zawodzą, proponuję posiedzieć przed Ikoną Ładu w skupieniu i ciszy…
Powiedzieć we Francji, że jest się monarchistą, to mało. Koniecznie
trzeba sprecyzować, czy jest się Bonapartystą, czy rojalistą; a jeśli tym
drugim, to popiera się linię hiszpańską Burbonów czy może orleańską? Całe te
zamieszanie jest dziedzictwem burzy politycznej, jaka przetoczyła się przez
XIX-wieczną Francję.
Za faktyczny upadek monarchii francuskiej uważam wybuch
rewolucji 1789 roku. Zwołanie stanów generalnych raz na zawsze podważyło
absolutną władzę króla, a jego ścięcie cztery lata później odebrało mu status
pomazańca bożego. Ponieważ Burbonowie nigdy tego nie zrozumieli, ich
kilkakrotne powroty na tron były krótkie i kończyły się ucieczką.
We Francji utarło się, że królem jest zostaje się w momencie
śmierci poprzednika, a koronacja jest potwierdzeniem już zaistniałego faktu.
Dlatego francuscy rojaliści za królów uważają nawet tych przedstawicieli
dynastii, którzy nigdy nie panowali. Po ścięciu Ludwika XVI następnym
pomazańcem został automatycznie jego ośmioletni syn – Ludwik XVII. Chłopiec
został w wyniku decyzji władz rewolucyjnych oddany na wychowanie do rodziny
szewca-alkoholika i zmarł na gruźlicę dwa lata później.
Następnym królem został brat ściętego monarchy Ludwik XVIII.
Po upadku Napoleona dwukrotnie wracał na tron Francji. Za pierwszym razem
wystarczyła ucieczka Napoleona z Elby (tak zwane 100 dni Napoleona), by cała
Francja odwróciła się od monarchy i ten musiał uciekać ze swej ojczyzny.
Dopiero ostateczna klęska cesarza i zdecydowana postawa mocarstw europejskich
była w stanie na dłużej umocować go na paryskim tronie. Był to ostatni król
Francji, który nie zmarł na wygnaniu – zamknął oczy w 1825 roku. Po nim tron
przejął jego młodszy brat, który panował jako Karol X.
Krótkie to było panowanie. Obaj monarchowie próbowali
rządzić, jakby nigdy nie doszło do rewolucji i nie potrafili zrozumieć, że
tylko wtedy mają szansę panować, jeżeli dostosują się do zmian. W 1830 roku
rewolucja lipcowa pozbawiła Karola X i jego potomków tronu Francji. Zmarł sześć
lat później w Pradze. Po nim tytularnym królem stał się jego wnuk Ludwik XIX.
Henryk V
We Francji nastąpiła 18-letnia epoka tzw. „monarchii
lipcowej”. Za sprawą wojskowych nie doszło do proklamowania republiki, a tron
przypadł byłemu rewolucjoniście, przedstawicielowi bocznej linii Burbonów (tzw.
orleańskiej) – Ludwikowi Filipowi I. Lata nieurodzajów i próby krwawego
stłumienia rozruchów w Paryżu i jego pozbawiły tronu. W 1848 zmuszono go do
abdykacji i wyjechał do Anglii.
Po tym wydarzeniu wygrały ideały republikańskie. To jednak
okazało się zbyt mało, aby wówczas udało się zbudować trwałą republikę. Kto
narzeka na jakość polskiej demokracji, niech wie, że Francuzi swoją budują już
trzecie stulecie i wciąż im się nie udaje.
Druga republika istniała nominalnie cztery lata, ale
faktycznie zakończyła się w grudniu 1848, kiedy prezydentem został Karol Ludwik
Napoleon Bonaparte. Brzmi znajomo? Słusznie, bo to był bratanek cesarza Napoleona
I. Wykorzystując popularność swojego słynnego stryja, zrobił błyskawiczną
karierę polityczną. Już w 1852 roku został cesarzem Francuzów Napoleonem III.
(Napoleonem II był jedyny syn słynnego wodza, zmarły w 1832 roku). Gruntownie
przebudował Paryż, za jego rządów gospodarka Francji błyskawicznie się
rozwijała. Przegrał jednak wojnę z Prusami, co kosztowało go tron. Został
zmuszony do wyjazdu w tradycyjnym już kierunku ucieczki dla francuskich
koronowanych głów – do Anglii.
W 1873 roku Burbonowie mieli szansę wrócić na tron. Nowy
prezydent Francji Patrice Mac-Mahon był
zagorzałym monarchistą, który za cel postawił sobie doprowadzenie do
restauracji monarchii; sam uważał się jedynie za „prezydenta przejściowego”.
Zamierzenie nie doszło do skutku z powodu nieprzejednanej postawy ówczesnego
króla-pretendenta Henryka V (sukcesora Ludwika XIX). Uważał się za króla „z
Bożej łaski” i ani myślał dzielić się władzą z parlamentem. Nie chciał się też
zgodzić na pozostawienie trójkolorowego sztandaru rewolucyjnego jako flagi
państwowej; nie przekonała go nawet propozycja kompromisowa z umieszczoną lilią
Burbonów.
Patrice Mac-Mahonowi nie udało się też dojść do porozumienia
z linią orleańską Burbonów (w osobie Filipa VII) ani z Bonapartymi
(reprezentowanymi przez syna obalonego cesarza – Napoleona IV). W 1879 roku
podał się do dymisji, a nowym prezydentem został zaprzysięgły republikanin
Jules Grevy. Umocnił on III Republikę, która spośród wszystkich form
ustrojowych Francji po rewolucji okazała się najtrwalsza – przetrwała do 1940
roku. Za jego rządów została uchwalona ustawa o banicji, która pozbawiła
wszystkich pretendentów możliwości mieszkania we Francji.
Nie doczekał się jej Napoleon IV. Po abdykacji ojca
wychowywał się w Anglii. W 1879 roku przyłączył się do armii brytyjskiej w
Afryce Południowej jako obserwator i poniósł śmierć podczas jednej z potyczek z
Zulusami. Wydarzenie to upamiętnił Bolesław Prus w Lalce. Po nim pretensje do tronu cesarskiego przejął jego kuzyn
Napoleon V, który ożenił się z córką króla Belgii. Przez następne lata
Bonapartowie mieszkali w nieopodal Brukseli. W 1914 roku próbował wstąpić do armii francuskiej, jednak mu odmówiono. Odmówiono też jego synowi ćwierć wieku później. Nie zrażony tym Napoleon VI wstąpił w 1939 roku do francuskiej legii
cudzoziemskiej pod fałszywym nazwiskiem jako czternastolatek! W uznaniu jego
zasług został odznaczony orderem Legii Honorowej i zezwolono mu po wojnie
zamieszkać we Francji. Obecnym dziedzicem jest jego syn Napoleon VII.
Napoleon VI (proszę zwrócić uwagę na uderzające podobieństwo do pierwszego cesarza)
Ze swoich pretensji nie zrezygnowała również linia
orleańska. Podobnie jak Napoleon VI, Henryk VI w 1940 roku zgłosił swój akces do
armii francuskiej, czego mu odmówiono, więc wstąpił do legii cudzoziemskiej.
Poprawiło to jego notowania wśród Francuzów, dzięki czemu i jemu cofnięto po
wojnie zakaz banicji. Obecnym pretendentem do tronu Francji z linii orleańskiej
jest jego syn Henryk VII.
Główna linia Burbonów wygasła w 1883 roku w momencie śmierci
Henryka VI (tego, który zawiódł Patrice'a Mac-Mahonowa), jednak nie zakończyło to
konfliktu między rojalistami. Natychmiast następcami tronu francuskiego
ogłosili się hiszpańscy Burbonowie, jako najstarsi potomkowie Ludwika XIV.
Przez krótki czas tytularnym królem Francji był nawet obalony w 1931 roku król
Hiszpanii Alfons XIII. Po jego śmierci w 1941 roku nieistniejącymi tronami
podzielili się jego synowie: starsza gałąź przejęła pretensje do francuskiego,
a młodsza do hiszpańskiego. Obecnym królem pretendentem z tej linii jest Ludwik
XX. Przejął pretensje do francuskiego tronu w dość tragikomicznych okolicznościach. Otóż jego ojciec
Alfons II wybrał chyba najdziwniejszy sposób uświęcenia dwusetnej rocznicy
wybuchu rewolucji francuskiej: 30 stycznia 1989 roku podczas jazdy na nartach…
stalowa lina ucięła mu głowę! Jak tu nie uwierzyć, że nad Burbonami ciąży
jakieś fatum?
Znikające trony
Na początku XX wieku w Europie istniały tylko dwie
republiki: Francja i Szwajcaria. Do tego zaszczytnego grona szybko dołączyła Portugalia:
w 1908 roku zostali zamordowani król Karol I i następca tronu, a panowanie
młodego króla Manuela II trwało zaledwie dwa lata. W 1910 w Portugalii została
proklamowania republika. Największy jednak upadek tronów przyniosła I wojna
światowa. Nie dożył jej końca symbol całej epoki Franciszek Józef I, władca
monarchii Austro-Węgierskiej. Zmarł w 1916 roku, a jego następca Karol I musiał
dwa lata później salwować się ucieczką z rozpadającego się imperium. Do dzisiaj
obowiązuje w Austrii zakaz sprawowania jakichkolwiek funkcji publicznych przez
Habsburgów. Podobnie dość mieli dynastii, która przez stulecia rządziła całymi
połaciami Europy, Węgrzy. Oni co prawda w przeciwieństwie do Austriaków nie
obalili monarchii, ale wprowadzili zakaz objęcia tronu przez Habsburgów. W
rezultacie przez całe dwudziestolecie międzywojenne Węgry były królestwem z
pustym tronem. Funkcję regenta sprawował admirał Miklós Horthy – taki węgierski
odpowiednik naszego Piłsudskiego. Pat dynastyczny przerwało wkroczenie wojsk
radzieckich i proklamacja republiki.
Dożył końca I wojny światowej ten, kto w dużej mierze do
niej doprowadził – cesarz Niemiec Wilhelm II. Po rewolucji na ulicach Niemiec
musiał ratować się ucieczką do Holandii. Spędził tam resztę życia, pielęgnując
ogród; okazał się podobno dużo lepszym ogrodnikiem niż władcą. Zmarł w 1941
roku, zdążył być więc świadkiem triumfów Hitlera; po zdobyciu Paryża przez
Wehrmacht nawet wysłał Führerowi depeszę gratulacyjną. Następcami tronu
niemieckiego są oczywiście jego potomkowie; obecnie jest to Jerzy Fryderyk
Hohenzollern. Nikt jednak nie spieszy się, by pozwolić mu objąć rządy, toteż do
końca życia pozostanie jedynie ciekawostką.
Ciekawostką jest też to, że Hohenzollernowie w pewnym sensie
pozostają także dziedzicami tronu… rosyjskiego! Rewolucja rosyjska pozbawiła
życia większość przedstawicieli dynastii Romanowych, w tym samego cara i jego
brata. Przez cały wiek XX powstawały co prawda liczne teorie, jakoby część
dzieci Mikołaja II przeżyło wydarzenia w Rosji; najczęściej wymienia się
księżniczkę Anastazję lub rzadziej Wielkiego Księcia Aleksego Mikołajewicza.
Pojawiali się liczne „cudownie uratowane” dzieci cara. Byli to jednak zwykli
hochsztaplerzy, którzy liczyli na majątek carski albo chociaż odrobinę sławy.
Wszelkie hipotezy ucięły badania genetyczne na miejscu zbrodni: okazało się, że
cała rodzina carska poniosła śmierć w Jakaterynburgu.
W śmierć swojego syna Mikołaja II do końca życia nie
wierzyła Maria Fiodorowna, wdowa po carze Aleksandrze III. Została uratowana z
Krymu przez krążowniki brytyjskie; sama wsiadła na pokład dopiero kiedy się
upewniła, że zostaną uratowani wszyscy uciekinierzy przed wojskami
bolszewickimi. Z pochodzenia była Dunką, dlatego zapewne zdecydowała się osiąść
w pałacu swojego siostrzeńca, króla Danii Christiana X. Nie było to łatwe dla
nich obojga. Maria Fiodorowna traktowała gospodarza pogardliwie, gdyż był
zaledwie królem, a nie Imperatorem.
Ten nie pozostawał jej dłużny. Uważał, że marnuje zbyt dużo pieniędzy i kazał
jej oszczędzać prąd; w odpowiedzi była cesarzowa nakazała służbie pozapalać
wszystkie światła w jej części pałacu. Konflikt udało się zażegnać dopiero
dzięki mediacji króla Wielkiej Brytanii Jerzego V, który wyznaczył swojej
nobliwej krewnej stałą pensję.
Wielki Książę Cyryl Władymirowicz
Kiedy w 1928 roku Maria Fiodorowna zmarła, nic już nie
powstrzymywało ocalałych członków dynastii, uznać Mikołaja II za zmarłego.
Nowym carem ogłosił się Wielki Książę Cyryl, a po jego zgonie w 1938 – jego syn
Włodzimierz. Odmówił współpracy z narodowymi socjalistami podczas II wojny
światowej, a pod jej koniec wyjechał do Hiszpanii, gdzie ożenił się z
potomkinią gruzińskiego rodu królewskiego. Ich jedyna córka Maria wyszła za mąż
za księcia Franciszka Wilhelma Hohenzollerna – tak więc syn pary był Hohenzollernem.
Tak w każdym razie uważa jego ojciec i część rodu Romanowych. Uparty dziadek
Włodzimierz chciał jednak w nim widzieć swojego sukcesora. Można uznać, że
udało mu się, gdyż w 1998 roku Jerzy Michałowicz przyjął tytuł cesarzewicza i
piastuje go do dzisiaj. To jednak i tak jest kwestia czysto uznaniowa, gdyż
nawet gdyby jakimś cudem znalazł się obecnie dostęp do tronu carskiego, to
trzeba wiedzieć, że w skutek skomplikowanych wymagań dynastycznych żaden z
obecnie żyjących Romanowów nie prawa do niego.
Druga zagłada tronów europejskich
Koniec II wojny światowej przyniósł zagładę tronów
bałkańskich z powodu wkroczenia wojsk radzieckich. Satelickie rządy
komunistyczne zmusiły do wyjazdu króla Rumunii Michała I oraz cara Bułgarii
Symeona II. Po upadku komunizmu ten pierwszy wrócił swojej ojczyzny i mieszka w
swoim zamku Sarin w zachodniej Rumunii. Stroni od polityki, ale chyba marzy o
restauracji monarchii, skoro za swojego następcę uznał najstarszą córkę
Małgorzatę. Również Symeon II nie wyklucza powrotu monarchii, ale ten krok
uzależnia od woli samych Bułgarów. Póki co z ich woli w latach 2001-2005
sprawował funkcję… premiera!
Jugosławia co prawda nie została zajęta przez wojska
radzieckie, jednak zwycięstwo partyzantki Tity uniemożliwiła powrót obalonego przez
Niemców w 1941 roku króla Piotra II. Monarcha organizował na obczyźnie ruch
partyzancki, początkowo popierany przez Anglików. Dla Churchilla, niby
konserwatysty, najważniejsza była jednak skuteczna walka przeciw Niemcom i
dlatego postawił na silniejszego komunistę Titę. Na pytanie oburzonego doradcy,
który argumentował, że ta decyzja doprowadzi do wzmocnienia komunistów,
odpowiedział: „A pan zamierza po wojnie mieszkać w Jugosławii? Bo ja nie”. Skąd
my to znamy?
Piotr II
Piotr II zmarł na wygnaniu na alkoholizm. Obecnym następcą
tronu jest jego syn Aleksander II
Karadźordźewić, popierany przez silnych w Serbii nacjonalistów.
Listę następców
zlikwidowanych tronów kończy król Grecji Konstantyn II. Został obalony w 1967
roku, a sześć lat później grecka monarchia została oficjalnie zlikwidowana.
Konstantyn II żyje do dzisiaj, a dwa lata temu nawet wrócił do Grecji. Mieszka
obecnie w Porto Heli.
Następcy polskiego
tronu
Wywód zacząłem od
skomplikowanej sytuacji francuskich monarchistów, a zakończę jeszcze bardziej
skomplikowanym polskich. Kogo bowiem osadzić na tronie polskim, gdyby
hipotetycznie takowy się pojawił? Ostatni Piastowie wymarli w XVII wieku, ale
przecież żyją ich potomkowie. Podobnie nietrudno odnaleźć potomków Jagiellonów
– są z nimi spokrewnieni przedstawiciele wszystkich europejskich dynastii, poza
szwedzkimi Bernadotte. Odnalezienie tego, kto z tej pajęczyny powiązań
rodzinnych ma najbliższe prawa do korony po Jagiellonach, to musi być
fascynujące zadanie dla genealogów.
Są
monarchiści, którzy jako naturalnych następców widzą potomków saskich Wettinów, którym tron został przyobiecany w konstytucji 3 maja. Nawet zdążyli go odebrać – władcą Księstwa Warszawskiego (efemerycznego tworu stworzonego przez Napoleona) był Fryderyk August, elektor saski. Kilka lat temu „Rzeczpospolita” swoją serię władców Polski zakończyła mało tradycyjnie: nie na Stanisławie Auguście Poniatowskim, tylko właśnie na księciu warszawskim. Dlaczego więc nie pociągnąć dalej pocztu? Wszakże ostatnim koronowanym królem Polski
był Mikołaj I – koronacja odbyła się w Warszawie w 1829 roku, a echa tych
wydarzeń mamy w Kordianie Juliusza
Słowackiego. Może więc Romanowom powinien przypaść tron Polski?
Niektórzy przedwojenni
monarchiści chętnie widzieliby na tronie Bonapartych (którzy, jak już pisałem,
żyją do dzisiaj). Inni chętnie nałożyliby koronę królewską na skronie… Józefa
Piłsudskiego. Następnie zaś ożenili którąś z jego córek z przedstawicielem
któregoś z polskich rodów książęcych. Plany te jednak nie wyszły poza fantazje
wąskich grup arystokratycznych i monarchistycznych, w dużej mierze dzięki braku
zainteresowania ze strony samego Marszałka.
Po co jednak szukać
dziedzicznych królów, skoro dziedziczenie nigdy się w Polsce nie przyjęło?
Naszą tradycją jest od stuleci obieralna głowa państwa – i tego się trzymajmy.
Każdy z prezydentów Polski w pewien sposób jest następcą polskiego tronu.
http://esensja.pl/obrazki/okladkiks/237053_czas-egzorcystow_627.jpg Egzorcyzmy, opętania to nęcący temat dla twórców horrorów.
Obrzędy, tajemnica, zdarzenia toczące się gdzieś poza granicami naszego życia –
to wszystko działa na wyobraźnię. Niestety, przez ostatnie kilkanaście lat
egzorcyzmy straciły nad Wisłą powab egzotyki. W nowym milenium liczba
egzorcystów w naszym kraju wzrosła z czterech do… 120! Trudno rzec, co mogłoby
tłumaczyć taką mobilizację przeciwko Księciu Ciemności. Można jednak dojść do
wniosku, że dla sporej rzeszy rodaków opętania to chleb powszedni, skoro w
kraju, w którym kuleje sprzedaż prasy, od dwóch lat utrzymuje się miesięcznik
„Egzorcysta”. Wiara w opętania byłaby nawet zabawna, gdyby nie to, że już
doszło w kraju do morderstw na tle egzorcyzmów.Najgorsze, że morderstwa dopiero wierzchołek góry lodowej; należy
spytać, ilu psychicznie chorych zostało pozbawionych pomocy, gdyż mieli pecha
żyć w społeczności, gdzie bliżej do księdza niż lekarza? Egzorcyzmy to temat na
horror, gdy egzorcystów w kraju jest kilku; kiedy ich liczba wzrasta do
kilkuset, problem najlepiej oddaje inny gatunek – kryminał.
Ów zapewne sam się narzucił Konradowi T. Lewandowskiemu, gdy
po wieloletniej obserwacji Kościoła Katolickiego zdecydował się dotknąć jedną z
jego najbardziej czarnych stron. W Czasie
egzorcystów opisuje śledztwo prowadzone przez komisarza Louvaina. Główny
bohater po nawróceniu zrobił błyskotliwą karierę dzięki życzliwemu wsparciu
Kościoła. Sumienny glina jednak wpadnie w konflikt sumienia, gdy okaże, że w
celu wyjaśnienia zagadki serii morderstw, będzie musiał przeciwstawić się
władzom kościelnym.
Nie zdradzę wiele, jeżeli napiszę, że tym głównym Złym okaże
się Kościół. Lewandowski opisuje go jako pasożyta niszczącego wszystko co
najlepsze, nawet miłość; stanowiącego przystań dla psychopatów i karierowiczów.
Antyklerykałowie powinni być usatysfakcjonowani, na wierzących – jestem tego
pewny – kryminał nie zrobi większego wrażenia. Dlaczego? Do agitki
antykościelnej są bowiem już przyzwyczajeni, ba, dając jej odpór zapewne
niejeden wierzący odnajduje sens w życiu. A Czas
egzorcystów nie stanowi pod tym względem nic więcej.
Lewandowski plastycznie opisuje rezultaty działań Kościoła,
jednak nie wnika w ich mechanizmy. Kiedy Louvin traci łaskę biskupa, widzimy,
jak znikają mu przywileje, jednak nie wiemy, jak to się stało. Jest napisane, że Kościół ma wpływ na media,
ale już nie opisane. Działa na
wyobraźnię jedynie to, jakie zagrożenie płynie ze strony zaprzedanych
egzorcystom psychologów. Jednak już sama istota egzorcystów ginie. Rytuały są
ledwie przedstawione. Odpowiedzi, dlaczego egzorcyzmy stają się coraz większą
plagą, już w ogóle nie otrzymamy. Po zakończeniu lektury wiedziałem o
egzorcyzmach tyle, co przed jej rozpoczęciem; a wiedziałem w sumie niewiele.
Piszę rozczarowany, bo wiem, że Lewandowskiego stać na więcej.
Może jednak jestem zbyt surowy? Powieść trzyma w napięciu do
samego zakończenia. Autor z werwą i humorem opisuje perypetie dzielnego
komisarza. Jak to u Lewandowskiego, nie brakuje szalonych pomysłów, jak na
przykład rozwiązanie zagadki podczas rozmowy o poezji współczesnej czy to, jak
skończył główny antagonista. Można być też spokojnym o opis działania policji,
ponieważ Lewandowski korzystał z doświadczeń emerytowanych policjantów. Czas egzorcystów to znakomita książka
rozrywkowa – tylko i aż tyle. Jeżeli ktoś potrzebuje czegoś ekscytującego do
czytania, śmiało polecam. Na rozprawę z ciemnotą niestety przyjdzie nam jeszcze
poczekać.
Konrad T. Lewandowski, Czas egzorcystów, Poznań 2014
W połowie lipca zeszłego roku na portalu natemat.pl pojawił się ważny artykuł dotyczący mobbingu w Narodowym Centrum Kultury. Swego czasu wykonałem dla nich jedno zlecenie, ponadto miałem dłuższy kontakt z tą instytucją, więc z ciekawością oddałem się lekturze. Ta zaś przyprawiała o dreszcze - dyrekcja regularnie poniżała pracownice, odkąd te założyły związek zawodowy. "Wpadłam w depresje, nie spałam, schudłam 10 kilo w ciągu 2 miesięcy" - skarżyła się jedna z nich.
Dzisiaj odbył się proces jednej z bohaterek powyższego artykułu - Matyldy Gadomskiej. Obecny na sali sądowej pisarz Konrad T. Lewandowski zanotował jego przebieg.
Na
początku rozprawy, przedstawiciel NCK złożył kuriozalne pismo z portalu
Natemat, datowane na 8 października 2014, które wpłynęło do NCK z datą
20 marca 2015.... Czytamy w nim: "Działając w zgodzie z zasadą szczególnej rzetelności i staranności podjęliśmy
decyzję o usunięciu całości materiału z naszego portalu oraz z jego
archiwum (czego konsekwencją jest zniknięcie linków do tekstu z indeksów
wyszukiwarek). Mamy nadzieję, że niniejsza odpowiedź jest z Państwa
punktu widzenia satysfakcjonująca i wyczerpuje temat." Podpisano: Tomasz Machała, redaktor naczelny > Od
siebie zauważę, że ta odpowiedź była satysfakcjonująca dla NCK jeszcze
przed jej wpłynięciem, ponieważ p. Machała został zaproszony do
współpracy z NCK, tj. moderowania dyskusji "Prawo kultury, prawem
człowieka" już 18 grudnia 2014. Co więcej odpowiedź ta
usatysfakcjonowała NCK, mimo że pod urwanymi linkami pozostało mnóstwo
nieprzychylnych NCK komentarzy. (Przykład poniżej.) Ewidentnie więc mamy
tu drugi blat pod stołem... Pytanie teraz jakie pieniądze weszły w grę? Następnie
odbyły się przesłuchania świadków powoda. Generalnie wszyscy
twierdzili, że, Boziu broń!, o żadnym mobbingu nie słyszeli, świadkami
takich niecnych praktyk nie byli, a dyrektor Dudek to już w ogóle w
aureoli korytarzami przechadza się. Pełnomocnik
pozwanej kontrował pytaniami o innych członków rodziny świadków,
zatrudnionych w NCK, lub będących beneficjentami NCK, wskazując trzy
takie przypadki. Generalnie jednak Sąd uchylał pytania o nepotyzm,
wskazując, że nie dotyczą sprawy mobbingu. Ponad
wszelką wątpliwość ustalono zaś, że słowo "ladies" padało, ale miało
znaczyć tyle co "szanowne panie", co poniekąd stanowi odpowiedź na
pytanie dyrektora Dudka: "Czy związek pisząc, że słowo "ladies" oznacza
także damską toaletę, miał na myśli: damską ubikację z umywalnią w
lokalu publicznym. Na jakim słowniku związek oparł przytoczone znaczenie
tego słowa?" (artykuł w Natemat) Następna rozprawa odbędzie się 10 czerwca 2015 o godz. 12.00 w sali 216, w sądzie przy ul. Solidarności w Warszawie.
Nie one pierwsze mają przykre doświadczenia z NCK. Oto jak współpracę z tą instytucją zapamiętała artystka Pola Dwurnik:
"8 marca 2013 roku z Galerii Kordegarda
zarządzanej przez Narodowe Centrum Kultury na Krakowskim Przedmieściu
15/17 dwóch niezidentyfikowanych mężczyzn ukradło z wystawy "Czas
kolażu" moje trzy prace artystyczne - misterne kolaże ułożone z
kilkunastu tysięcy fragmentów pociętych znaczków pocztowych. Pomimo
poszukiwań policja niestety ich nie odnalazła. W międzyczasie z wystawy
usunięto resztki mojej pracy - małe kubiki, w których były powieszone i
pomimo mojej prośby nie umieszczono informacji o kradzieży, chociaż
wystawa dalej trwała. Także okazało się, że w umowach, jakie NCK zawarło
z artystami biorącymi udział w wystawie, instytucja ta nie bierze
żadnej odpowiedzialności za wystawiane prace - ich zniszczenie lub
utratę. NCK odmówiło mi jakiegokolwiek zadośćuczynienia, w szczególności
wypłacenia mi odszkodowania, tak jakby wystawa nie była w ogóle
ubezpieczona, jakby nie było na nią żadnego budżetu. Każda inna
instytucja wystawiennicza postąpiłaby inaczej, nawet gdyby nie miała
wielkich środków, choćby dla zachowania podstawowej przyzwoitości. Wtedy
wystąpiłam z pozwem o ugodę, której NCK nie przyjęło. Nie wytoczyłam
NCK procesu tylko dlatego, że nie mam na to w ogóle czasu. Postępowanie
dyrekcji NCK wobec mnie jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe.
Potraktowano mnie nie jako artystę, którego wspiera i którym opiekuje
się instytucja kultury, lecz jako wroga lub kogoś niepoważnego, komu
ukradziono doniczkę z balkonu. Jest mi bardzo przykro. Pola Dwurnik, Berlin, 15 kwietnia 2015"
Trudno wskazać bardziej amerykański gatunek filmowy niż western - może poza opowieściami o superbohaterach. A jednak najwięcej zawdzięcza europejskim, a właściwie włoskim twórcom.
Pierwsze dekady powojenne to złote lata włoskiego kina. Włoski neorealizm wywarł ogromny wpływ na twórców na całym świecie, w tym także na przedstawicieli polskiej szkoły filmowej. Bez współpracy z włoskimi filmowcami nie powstałyby takie amerykańskie superprodukcje, jak El Cyd czy Ben Hur. Szarą eminencją włoskiej kinematografii był Michał Waszyński. Brzmi swojsko? Słusznie, bo to był Żyd z Kowna, który w przedwojennej Polsce zrobił zawrotną karierę: zaczynał jako goniec w wytwórni filmowej Sfinks, by szybko zostać jednym z najpłodniejszych polskich reżyserów. Podczas II wojny światowej wraz z II Korpusem generała Andersa trafił do Włoch i już tam został. To jemu zawdzięczamy szereg produkcji, w także i wyżej wspomniane. Jemu też zawdzięczamy odkrycie... Audrey Hepburn! Jemu wreszcie włoscy reżyserzy zawdzięczają możność produkowania filmów w Hiszpanii, gdzie było tanio i nie brakowało statystów. Jak się jemu - gejowi i Żydowi zarazem - udawała sztuka robienia interesów z hiszpańską prawicową juntą i Watykanem, to temat na inną opowieść.
Wydawało się, że zafascynowany Ameryką młody reżyser Sergio Leone pozostanie jedynie zdolnym rzemieślnikiem. Debiutował na początku lat 60. produkcją Kolos z Rodos. Był to akurat moment zmierzchu mody na starożytność, jaka panowała przez zeszłą dekadę. Mająca tarapaty finansowe wytwórnia Cinecittà musiała znaleźć inny temat. Postawiła na westerny.
W 1964 Leone nakręcił Za garść dolarów - opowieść o dobrym rewolwerowcu, który przybywa znikąd do amerykańskiego miasteczka, wstrząsanego wojną dwóch gangów. Film niezbyt był oddalony od schematów z klasycznych westernów, a co więcej plagiatu doszukał się w nim japoński reżyser Akira Kurosawa. Zauważył, że fabuła podejrzanie przypomina jego film Straż przyboczna, którego akcja toczyła się w średniowiecznej Japonii. Wytoczył proces i wygrał. Nie była to zresztą pierwsza sytuacja, kiedy jego film osadzony w tychże realiach został przerobiony na western; wcześniej taki los spotkał jego Siedmiu samurajów, którzy posłużyli za inspirację dla... Siedmiu wspaniałych!
Za garść do dolarów i nakręcony rok później Za kilka dolarów więcej nie zwiastowały przełomu. Zwracały uwagę aktorstwem: może i Clint Eastwood miał tylko dwie miny (w kapeluszu i bez), jak twierdził Leone, ale idealnie pasował do powierzanych mu ról. To one właśnie przyniosły mu sławę. Nie można była przejść obojętnie wobec wspaniale nakręconych zdjęć. Miały wspaniałą muzykę - to właśnie od westernów Leone'a zaczyna się kariera kompozytora muzyki filmowej Ennio Moricone'ego, zresztą jego kolegi ze szkolnej ławki.
A jednak z jakiegoś powodu Leone nie miał odwagi opuścić czarno-białej wizję świata na Dzikim Zachodzie. Dokonał tego dopiero w swoim trzecim westernie - Dobry, zły i brzydki. Łączył w nim doskonałą robotę filmową wraz z śmiałym wyjściem poza wszelkie schematy westernu.
Wbrew tytułowi próżno szukać w tym filmie dobrych. Główni bohaterowie to przestępcy, nie wzdragający się przed zabójstwem, oszustwem czy kradzieżą. Co już zupełnie rzadko spotykane, pozbawieni są nawet jakiegoś szczątkowego kodeksu honorowego, a jedyną ich motywacją jest chęć zysku. To sprawia, że rywalizacja trójki bohaterów o naprawdę duże pieniądze jest tak fascynująca - bo można się spodziewać naprawdę wszystkiego.
Dobry, zły i brzydki to przykład doskonałego połączenia muzyki i obrazu. Reżyser odtwarzał na planie muzykę Morricone'ego, tak by aktorzy mogli zharmonizować wraz z nią swoją grę. Widać to zwłaszcza w finałowej scenie pojedynku. Nawet jeśli ktoś nie widział filmu, polecam ją obejrzeć jako przykład mistrzowskiej roboty filmowej. Film jest tak zaskakujący, że obejrzenie poniższego klipu z pewnością nie zepsuje późniejszego seansu całości, do czego zachęcam!