— Mości panowie! — mówił [pan Zagłoba – M.S.] — popadłem w
niewolę — prawda jest! — ale fortuna kołem się toczy. Bohun całe życie bijał, a
my dziś jego pobili. Tak to, tak! zwyczajnie na wojnie! Dziś ty garbujesz,
jutro ciebie garbują. Ale Bohuna za to Bóg skarał, iż nas, śpiących smaczno
snem sprawiedliwego, napadł i w tak bezecny sposób rozbudził. Ho, ho! myślał,
że mnie swoim plugawym językiem przestraszy, a tu mówię waściom, jakem go
przycisnął, tak zaraz stracił fantazję, zmieszał się i wygadał to, czego nie
chciał […].
— Prawda! prawda! —
wykrzyknął pan Longinus. — Ot, jak mnie Bóg miły! niejeden mógłby się z waścią
na rozum pomieniać.
— Jeno ja bym się
nie z każdym mieniał od strachu, abym zaś boćwiny
zamiast rozumu nie kupił, co by mi się między Litwą snadnie przytrafić mogło.
—
Już swoje zaczyna — rzekł Longinus.
- Henryk Sienkiewicz, Ogniem i mieczem, Wolne Lektury
Zagłoba, jak to
Zagłoba, oczywiście ubarwił opowieść o swojej konfrontacji z Bohunem, jednak z
prawdą się nie minął.
Ów
fragment Ogniem i mieczem przypomniał
mi się niedawno, gdy opuszczałem swoje krótkotrwałe miejsce pracy na jednym z
nadmorskich kempingów. Przyjechałem znęcony całkiem niezłą pensja i chęcią
poznania czegoś zupełnie nowego. Jednocześnie byłem przygotowany na
ewentualność, że właściciel może okazać się oszustem – co w przypadku branży
sezonowej było bardzo prawdopodobne.
Celowo unikam nazwy przedsiębiorstwa,
ponieważ nie jest ono istotne. Podczas mojej kariery zawodowej zetknąłem się z
paroma naciągaczami i metody każdego z nich były zupełnie różne.
Dyrektor
był zwolennikiem działań mało wyrafinowanych, za to skutecznych. Przez półtora
dnia pracy podczas rozmów z współpracownikami zorientowałem się, że zawierane
umowy nic nie były warte, a szef – jeśli w ogóle płaci – to jedynie „do ręki”.
Świstek, dumnie nazwany „umową o dzieło”, pokazano mi w recepcji: zero
konkretów, kilka ogólników i życzeń. Żeby było śmieszniej, kazano mi podpisać –
mimo braku wpisanej kwoty i podpisu dyrektora! – i ją zostawić. Oczywiście
odmówiłem i pozostawiłem formalności do czasu powrotu kogoś kompetentnego,
czyli szefa.
Rozmowa z
dumnym polskim przedsiębiorcą okazała się fascynująca. Podczas kilkudziesięciu
minut na przemian grożono mi i przyjaźnie klepano po ramieniu. Wzruszyło mnie
na pozór szczere zatroskanie dyrektora, że mu nie ufam. Skąd jednak wziąć
zaufanie, skoro dość jasno wyłożył mi swój stosunek do pracowników, dając mi do
zrozumienia, że jestem na jego łasce? Najciekawsze, że nawet gdybym go nagrał,
na nic by mi się to nie zdało – na tyle sprawnie unikał konkretów i operował
aluzjami. Trafiłem więc na kogoś naprawdę doświadczonego.
Jednak czym
dłużej z nim rozmawiałem, tym pewniej zaczynałem się czuć. Zrozumiałem bowiem,
że… on się boi! Ja miałem do stracenia raptem półtora dnia, jakie spędziłem na
harówce, czym się nie przejmowałem, bo byłem przygotowany na taką ewentualność
jeszcze nim wsiadłem do pociągu. On o wiele więcej i czym dłużej próbował mnie
przekonać, że jestem wobec niego bezsilny, tym bardziej byłem przekonany, że
kłamie. Postanowiłem nie ustępować.
W
rezultacie wyszedłem z dużo większą kwotą niż się umawialiśmy.
Nie napisałem tego, żeby się pochwalić. Jeszcze jak
opuszczałem kemping, trochę z żalem pomyślałem o tych wszystkich, którzy
zostali w tym ośrodku – i w wielu innych. Notkę adresuję do wszystkich, którzy
dali sobie wmówić, że są na łasce pracodawców. Po pierwsze, nie pracodawców, bowiem
to pracownik daje pracę; tak więc już na poziomie semantyki zaczyna się
oszustwo. Po drugie, to nieprawda.
Przedsiębiorca
ma przewagę jedynie nad pojedynczymi pracownikami, ponieważ tych może łatwo
wymienić. Być może temu służy częsta rotacja w firmach nastawionych na wyzysk –
żeby między pracownikami nie wytworzyły się jakieś więzi. Grupa bowiem może
stanowić dla niego zagrożenie. Przykładowo wystarczyłoby, żeby na takim
kempingu odbył się półdniowy solidarny strajk: w środku sezonu turystycznego negocjacje
odbyłyby się błyskawicznie i dyrektor przyjąłby każde warunki, może poza
najbardziej wygórowanymi. Każda alternatywa oznaczałaby dla niego paraliż
przedsiębiorstwa. Nie warto byłoby mieć skrupuły wobec oszusta. Na wątpliwości,
czy taki strajk byłby legalny, odpowiadam: jeżeli na tym kempingu ktoś miał w
ogóle jakieś umowy (to nie było oczywiste), to wyłącznie o dzieło. Przykładowo
barman miał wpisaną w swoją obowiązek przygotowania kilkuset drinków w
określonym, miesięcznym terminie. Wywiązać się z warunków mógł w jeden wieczór,
rozlewając wódkę i napoje z pobliskiego dyskontu do plastykowych kubeczków.
Etatowi
pracownicy muszą spełnić szereg warunków, żeby strajk był legalny. Zatrudnieni
na śmieciówkach (zwłaszcza takich, jakie ostatnio widziałem!) w każdej chwili
mogą rzucić robotę i przedsiębiorca byłby ostatnią osobą, która miałaby ochotę
na interwencję służb wobec ludzi, którzy formalnie nawet u niego nie pracują.
Grzechem byłoby tego nie wykorzystać.
Różne są
sytuacje i różne mogą być metody wpłynięcia na szefa. Zachęcam wszystkich
wykorzystywanych, aby nie poddawali się i walczyli o siebie – najlepiej
solidarnie i twardo. Nie warto się korzyć: ani to wygodne, ani opłacalne.
Oczywiście nie wątpię, że nawet gdyby Polskę owładnął
prekariacki duch, „pracodawcy” szybko zaczęliby przeciwdziałać. Czy to jako
lobbyści, czy jeszcze sprytniejsi oszuści. Na dłuższą metę bez interwencji
państwa nie może się obyć. Prędko to się jednak nie stanie, biorąc pod uwagę stan Państwowej Inspekcji Pracy. Szkoda, bo państwo – nawet polskie – jak chce,
potrafi być skuteczne. Ten sam dyrektor, o którym powyżej pisałem, prowadził na
kempingu dwa sklepy: w obu były kasy fiskalne i wydaje się, że w handlu nie
pozwalał sobie na żadne przekręty. Czy doczekamy się czasów, kiedy państwo
będzie równie pilnie dbało o prawa pracownicze, jak o paragony fiskalne?
Ostatnimi czasy z różnych względów bardzo bliska postacią
stał się dla mnie Leopold Tyrmand. Opuszczając kemping, wspominałem jego
przeżycia z czasów II wojny światowej. Autor Złego, polski żyd, większość światowego konfliktu spędził w
Niemczech, imając się różnych zawodów, na przykład stewarda na statku
pasażerskim czy kelnera w dobrej restauracji. Uratowały go sfałszowane
francuskie papiery i doskonała znajomość języka Moliera, dzięki czemu mógł
ukrywać prawdziwe pochodzenie w samej paszczy lwa. Swoje przeżycia zawarł
między innymi w powieści Filip.
Wspominając ją, z rozbawieniem skontaktowałem, że główny bohater miał wiele
realnych powodów do obaw: aresztowanie, deportację do obozu koncentracyjnego,
powieszenie za kontakty z Niemkami itd. Jednej troski jednak zabrakło na
kartach książki: obawy, że zostanie oszukany przez szefa. Tym mógł sobie nie
zaprzątać głowy, gdyż wiedział, że nad jego prawami pracownika czuwał
Arbeitsamt.
Napisanie,
że za Hitlera było lepiej, niebezpiecznie zbliżyłoby mnie do retoryki pewnego
polityka z muszką. Nie napiszę więc tego, tym bardziej, że wcale tak nie
uważam. Refleksję pozostawiam tobie, czytelniku.
Ostatnio nie aktualizowałem bloga, bowiem byłem zajęty dwoma literackimi projektami. Na szczęście w sukurs po raz kolejny przybył Konrad T. Lewandowski, który tym razem odsłania kulisy swojego konfliktu z prezeską warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Jak zwykle gorzko, zabawnie, ale w pewien sposób pouczająco. Zachęcam do lektury! PS: Kto jest ciekawy, jak wygląda sprawa z perspektywy samej zainteresowanej, odsyłam na jej bloga.
Przynależność do tzw. stowarzyszeń twórczych zawsze jawiła mi się
szczytem absurdalnego obciachu. Uważam te instytucje za relikt z czasów PRL,
kiedy to literatom przysługiwały deputaty węglowe, dodatki mundurowe, talony na
samochody i kartki na atrament. Wtedy musiało być jasno określone kto jest
literatem, komu się ów przydział należy i kto ma się stawić na pochód
pierwszomajowy pod budującym transparentem, typu „ZLEP LEPI DO PZPR”. Mimo
blisko czterdziestu książek w dorobku mógłbym dołączyć do tego towarzystwa
tylko w ostatnim stadium demencji i wypalenia twórczego.
Wszakże ostatnio wieloletnia znajoma została wybrana prezeską oddziału
warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, dając kolejny dowód, że ludzie
tworzący tę instytucję mają zbiorowo nie po kolei, skoro wybrali kogoś takiego,
by ich reprezentował.
Pani Prezes słynie wygadywania głupot oraz wypisywania głupot
(przykładów zadufanego bełkotu i obłudy pełno na jej blogu), a także głupiego
zachowania. Pamiętam epizod ze wspólnej podróży dziennikarskiej po wschodnim
Mazowszu, kiedy to tropiliśmy lokalną miejską legendę, zbierając jej kolejne
wersje i starając się dociec, jak było naprawdę. Poszukiwania te zaprowadziły
nas baru typu mordownia w małym miasteczku, gdzie napotkaliśmy wygadanego oryginała,
erotomana gawędziarza, który obszernie rozwodził się na temat swojego onanizmu.
Przysiedliśmy się, postawiliśmy mu piwo i zaczęliśmy drążyć temat w
interesującym nas kierunku. Oryginalny erotoman w pewnej chwili zbystrzał i
oznajmił, że powie wszystko, ale tylko mojej towarzyszce, ja mam odejść od
stołu. Przyszła Pani Prezes na ów warunek natychmiast przystała, nie bacząc, że
popełnia grubą nielojalność. Oprócz nielojalności wykazała się ona także
głęboką nieznajomością obyczajów panujących w barach typu mordownia, gdzie
krawatów się nie nosi, ale obowiązuje tzw. charakterność. Konkretnie, w tym
przypadku zasada, że cudzych kobiet się nie zaczepia, ale kobieta bezpańska
jest do wzięcia i kto pierwszy ten lepszy!
Kiedy tam weszliśmy, stali bywalcy musieli założyć, że jesteśmy parą
(choć nigdy nią nie byliśmy) i tak nas traktować. Kiedy jednak przyszła Pani
Prezes ostentacyjnie zdystansowała się ode mnie, w oczach obecnych stała się
kobietą bezpańską, która przyszła do baru szukać towarzystwa mającego ukoić jej
życiową samotność. Najpierw więc onanista gawędziarz ujrzał oczami duszy
otwierające się przed nim bramy raju i zbawienie od mozolnych prac ręcznych, a
chwilę później zgłosił się cały szereg amantów w swoim mniemaniu znacznie
bardziej przystojnych i męskich…
Nie minęło piętnaście minut gdy Pani Prezes In Spe uciekła z tego baru w
dzikim popłochu, porzucając na stole telefon komórkowy i notebooka, które
musiałem potem odzyskiwać. Wytłumaczyć, dlaczego tak się stało, sobie nie dała.
Ona nie popełniła żadnego błędu, ależ skąd! Tylko przypadkiem trafiła między
prowincjonalnych buców, którzy prawdziwej damy uszanować nie potrafili! Zawsze
to wszyscy wokół niej są winni, głupi, małostkowi i nieudaczni - tylko nie ona.
Nigdy ona! To bardzo ważny rys charakteru Pani Prezes, który proszę sobie
zapamiętać.
Z tą cechą charakteru idzie w parze całkowita niezdolność do
przyjmowania krytyki. Najpierw jest wyparcie, potem totalna małpia histeria.
Konstruktywnej dyskusji nie ma nigdy. Jak się 20 lat znamy, Pani Prezes opinie
krytyczne przyjmowała tylko w postaci zachwytów z zastrzeżeniami, tzn. góra
jednym zastrzeżeniem na trzy zachwyty. Jednak trudno o nie, gdyż publicystką i
pisarką jest mierną. Zawsze pisała zaledwie poprawnie, topornym stylem, zupełnie
bez polotu, na dodatek z wiekiem stając się coraz mniej samokrytyczna. Przez
większą część naszej znajomości funkcjonowaliśmy w różnych niszach literackich,
więc nie wchodziliśmy sobie w drogę, ale kiedy przyszło nam pracować razem, zrobił
się problem.
Ponieważ jestem przez Panią Prezes od lat obgadywany na jej blogu, pora
przedstawić stanowisko drugiej strony. Poróżnił nas reportaż o mojej powieści Anioły muszą odejść, który Pani Prezes
jako dziennikarka telewizyjna podjęła się zrobić. Dałem jej tę książkę miesiąc
wcześniej, ale ona nie znalazła czasu by ją przeczytać. Zamówiła tylko kamerę z
obsługą i hajda w teren! Oczywiście nie znając tematu zrobiła bzdurny reportaż,
co wytknięto jej w redakcji, kiedy pokazała tam nakręcony materiał. Broniąc się
przed zarzutami, zaczęła się tłumaczyć, że to dlatego tak źle wyszło, że
„książka Lewandowskiego jest taka głupia, a i sam Lewandowski też idiota”. (Nielojalność
to jej trzecie imię).
Skąd ja to wiem? Od niej samej. Powiedziała mi bez najmniejszej żenady,
że jest tak wybitną profesjonalistką, że nie musi znać książki, o której mówi w
telewizji, zachęcając widzów, aby ją czytali... I gdybym to ja nie był grafomanem,
ów reportaż na pewno wyszedłby świetnie. Przyznaję, że tego było mi już za wiele.
Pani Prezes usłyszała klasyczną wolską wiązankę, wygłoszoną mową Wiecha, której
głównym sponsorem było słowo „idiotka”.
Po jakimś czasie ochłonąłem i postanowiłem nie chować urazy. Cóż z tego,
kiedy Nielojalność już piąty rok chodzi niesyta zemsty i nakręca się coraz
bardziej. Wspólni znajomi zaczęli więc wykorzystywać mnie do przekazywania
wiadomości, których sami bali się powiedzieć jej prosto w oczy (np. że w
ostatniej książce, którą wydała są poważne błędy stylistyczne i fabularne). Bo
ja u Małgorzaty Karoliny Nielojalności i tak już bardziej przechlapane mieć nie
będę…
Tak, to ja jestem Przerośniętym Krasnalem Ogrodowym, na którego, na jej
blogu regularnie wylewane są pomyje. Bawiło mnie to, nie pozostawałem dłużny, w
zamian wysyłając SMS-y, ale podczas ostatniej akcji Pani Prezes spuściła swą
myślową biegunkę o jeden most za daleko.
Chociaż uważam, że tzw. stowarzyszenia twórcze nie różnią w sposób
istotny od stowarzyszeń klaunów (zamiast nosa z czerwonej piłeczki jest
legitymacja), to jednak dotąd zakładałem milcząco, że o jakieś interesy twórców
się tam jednak dba. Tymczasem czytam oto, że Pani Prezes w sporze autor –
wydawca, bierze stronę wydawcy, serdecznie życząc mnie, aby mi się w kłopotach noga powinęła. Pani Prezes warszawskiego
oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich bez najmniejszej żenady, publicznie
ogłasza, że autorzy walczący w sądach o swoje to żałosne, śmieszne głupki. Na
żadną pomoc Stowarzyszenia liczyć nie mogą, ani prawną, ani medialną, ba,
trzeba jeszcze ich wyszydzić, podstawić im nogę, poklepać po plecach
niesolidnych wydawców.
Małgorzata Karolina ma na trzecie Nielojalność, to już wiemy. Jednak pisarze,
który wybrali ją na swą rzeczniczkę muszą mieć zbiorowo zryty beret - co było
do udowodnienia!
Dzisiaj publikuję kolejny tekst Konrada T. Lewandowskiego. Tym razem jest to opis smutnego finału projektu, który zapowiadał się tak świetnie, a do tego przykry obraz polskiej rzeczywistości pod rządami PO. Tekst jest długi, ale polecam przeczytać do końca. Byłem świadkiem dużej części opisywanych zdarzeń, a o reszcie dowiadywałem się na bieżąco, tak że ręczę za autentyczność.
W połowie listopada 2011 roku Narodowe
Centrum Kultury zaproponowało mi napisanie książki do serii Zwrotnice Czasu,
prezentującej kolejne odsłony alternatywnej historii Polski. Zasugerowano mi
konwencję steam punk, nawiązującą do
epoki wiktoriańskiej, czyli drugiej połowy XIX wieku. Moje skojarzenie było
proste: Polsce było wtedy powstanie styczniowe, a jeśli miała to być historia
alternatywna, zatem powstanie styczniowe wygrane za pomocą parowych czołgów… Na
dodatek zbliżała się 150. rocznica tego zrywu. Tych kilka myśli sprawiło, że
spadła na mnie wizja artystycznego projektu życia – monumentalnego
przedsięwzięcia kulturalnego na rok 2013, pod patronatem NCK. Co z tego wyszło
i dlaczego tak wyszło, o tym poniższa opowieść.
Nie lubię, kiedy ogarnia na mnie tzw. wena,
bo wtedy samokrytycyzm zwykle przegrywa z entuzjazmem i potem trzeba się
wstydzić i dużo poprawiać. Wolę brać się do pracy jak pierwszy ogień już trochę
przygaśnie i pojawia się chłodne spojrzenie na materię dzieła na warsztacie.
Wtedy jednak, jesienią 2011 gotowa powieść spadła mi na łeb jak worek cementu,
starczyło ją tylko zapisać. Poszedłem na całość jakbym odmłodniał o ćwierć
wieku.
Na pierwszym spotkaniu w Narodowym Centrum
Kultury zaproponowałem od razu koncept powieści, a ponadto film reklamowy,
będący jej mikroekranizacją, w wersjach 2D, 3D, na youtube i dla TVP. Ponadto
miał być model twardochodu, czyli parowego czołgu do sklejania, kolorowy album
z przekrojami w stylu De Agostini oraz gra strategiczna, żeby czytelnicy mogli
po swojemu rozgrywać finałową bitwę powieści. Słowem, zaproponowałem nie jedną
książkę, ale całą linię produktów kulturalno-edukacyjnych. Powaga 150. rocznicy
powstania styczniowego ten rozmach uzasadniała.
Pomysł został przyjęty. W całości i bez
zastrzeżeń. Nie było żadnych uwag, że pieniędzy brak. Jedno wielkie zielone
światło. Obecna na spotkaniu pani z księgowości zaproponowała jedynie, że aby
sprostać takiemu przedsięwzięciu najlepiej będzie połączyć środki z dwóch
budżetów NCK, na rok 2011 i na 2012, to znaczy rozpisać projekt na cząstkowe
umowy, podpisywane przed końcem tego roku i na początku przyszłego. I tak się
stało – umowa wstępna na konspekt mojej powieści nosi datę 28 listopada 2011, a na właściwą powieść
12 stycznia 2012.
Myślałem,
że złapałem Pana Boga za nogi!
Natychmiast uruchomiłem swoje kontakty i
skompletowałem bazowy zespół złożony ze mnie, Tomasza Mełnickiego – animatora
komputerowego i Jarosława Musiała – inżyniera architekta. Zadaniem tego
ostatniego było przygotowanie serii 16 precyzyjnych rysunków technicznych, stanowiących
podstawę do przygotowania animacji komputerowych, ilustracji albumowych oraz
elementów modelu do sklejania. Ten podprojekt został wykonany w całości i
wykorzystany w mniej niż połowie. Pewnie dlatego Jarosław Musiał do tej pory
nie otrzymał swojego egzemplarza autorskiego książki Orzeł bielszy niż
Gołębica, mimo że upominał się nie raz…
Jak to się stało, że z entuzjasty NCK
stałem się zaprzysięgłym wrogiem mecenatu państwowego w kulturze?
Najkrócej mówiąc, zawiniła polityka i
urzędniczy oportunizm. Prace nad projektem Orzeł ruszyły z kopyta, z
niebywałym zaangażowaniem zebranej ekipy. Co więcej, hasło „150 rocznica
powstania styczniowego” otwierało nam wszystkie serca i drzwi. Do Tomasza
Mełnickiego dołączył reżyser Michał Baczuń ze swoją ekipą, łódzka Filmówka
pożyczyła im dwa samochody sprzętu filmowego (musieliśmy tylko zapłacić za
benzynę), aktor Jacek Mosur zagrał za symboliczne pieniądze Ignacego
Łukasiewicza, za friko przyłączyła się ekipa z dronem (choć zwykle biorą 9 tys.
PLN za dzień zdjęciowy), grupa rekonstrukcyjna Dragoni Fredry, dziecięcy Teatr
Dobrego Serca (całująca się para) oraz banda zwariowanych harlejowców, którzy dowieźli
nam na plan repliki broni czarnoprochowej, zagrali w scenie z Łukasiewiczem i
przeregulowali silniki swoich harleyi, tak aby odgłos ich pracy przypominał
przypuszczalny dźwięk pędni twardochodu.
Moim osobistym asystentem został fan Michał
Smętek, z poświęceniem biegający po Warszawie aby załatwić pomniejsze sprawy,
do których ja nie miałem czasu, ani głowy. Michał został w końcu autorem
tekstów do jednego z reprintów gazety z epoki, a więc współautorem projektu.
Żeby zobaczyć i poczuć ten klimat, proszę obejrzeć reportaż z planu
zdjęciowego:
Ten wielki zielony ekran, widoczny na
powyższym filmie, Nasze Panie uszyły nam domowym przemysłem, jak kiedyś matki,
żony i kochanki styczniowy sztandar dla Powstańców. (Zdjęć z drona widocznego w
szóstej i siódmej minucie nie udało się wykorzystać, bo wymagało to uzgodnień z
NCK…)
Na całej tej entuzjastycznej pracy blisko 30 osób położyła się cieniem uchwała
Sejmu RP z dnia 18 grudnia 2011, odrzucająca projekt ogłoszenia roku 2013
Rokiem Powstania Styczniowego. Postanowiono, że będzie to rok
Juliana Tuwima, Witolda Lutosławskiego i Jana Czochralskiego.Tymczasem najważniejsze umowy z NCK
zostały już podpisane, zadania wyznaczone, praca paliła się ludziom w rękach… I
komu to szkodziło?
Otóż, najwyraźniej zaczęło szkodzić dyrekcji
NCK, która chyba uznała, że dając mi zielone światło wyrwała się przed szereg i
teraz może podpaść swoim zwierzchnikom z partii rządzącej. Z góry przyszedł
polityczny sygnał: „nie chcemy szumu wokół powstania styczniowego” i urzędnicza
służalczość natychmiast zabrała się za zwijanie chorągiewki.
To nie są tylko moje obserwacje. Podobne
służalcze zachowania wobec Ministerstwa Kultury i innych instytucji rządowych,
narzucających zadania według swego widzimisię opisała też Marta Czyż, była
kuratorka podlegającej NCK galerii Kordegarda przy Krakowskim Przedmieściu: „dyrekcja NCK nigdy nie potrafiła tym
instytucjom odmówić i zaproponować realnego terminu w roku następnym. W dodatku
nie były to wystawy z prawdziwego zdarzenia, a jedynie propagandowe wydmuszki”.
(Źródło, strona 85)
Brak cywilnej odwagi władz NCK pokazuje też
skandaliczna historia wycofania się z publikacji „Wielkiej księgi cenzury PRL”,
po dwóch latach prac redakcyjnych, z powodu tego, że wydanie tej książki: „może istotnie zagrozić interesowi publicznemu
z uwagi na wrażliwą społecznie tematykę publikacji”.
(Źródło) Słowem, małość i żałość!
Sorry,
taką mamy kulturę urzędniczą!
Już w połowie stycznia 2012 zacząłem
dostrzegać ze strony NCK pierwsze oznaki niechęci – dyrektor Dudek stał się
trudnodostępny, zignorowano moje mejle z propozycją zdjęć plenerowych pod
Sokołowem Podlaskim i Węgrowem, żeby animacje komputerowe twardochodów wstawić
w oryginalne mazowieckie krajobrazy zimowe, zamiast dorabiać śnieg komputerowo.
Pojawiły się pierwsze wzmianki o „kłopotach z pieniędzmi”. Byłem zdziwiony: No
jak to?! Przecież wszystko dogadaliśmy! Umowy podpisane…
Jednak jeszcze nie drążyłem tematu.
Pochłonął mnie wir pracy twórczej i organizacyjnej. Realizowałem projekt
swojego życia i urzędnicze fochy przelatywały mi mimo uszu. Do czasu aż
biurokratyczna ciemna materia stężała jak beton, paraliżując wszelkie
działanie.
Zrazu tylko bardzo dziwiła mnie obojętność
urzędników NCK wobec naszych działań. Wielokrotnie zapraszałem przedstawicieli
NCK na plan zdjęciowy – do Modlina, gdzie kręciliśmy sceny plenerowe i do
dworku w Podkampinosie, gdzie „robiliśmy wnętrza”. Nikt się nie zainteresował,
nie chciał zobaczyć jak nam idzie. Ale dlaczego?! Przecież takie fajne rzeczy
się tam dzieją! Przecież to też wasz projekt!
Ich to
zupełnie nie obchodziło...
Największa podłość korekty naszego projektu
polegała na tym, że nigdy nie powiedziano nam wprost: „klimat polityczny się
zmienił” albo ”przepraszamy, nie ma pieniędzy”, czy też „sorry, musimy jednak
to zrobić skromniej”. Nic z tego. Dyrektor Dudek tryskał urzędowym optymizmem i
zapewniał, że wszystko jest OK, a jego urzędniczki kopały nas pod stołem pod
kostkach i piętrzyły przeszkody ile wlezie, dopóki nie dopięły swego.
Przedsięwzięcie było tak potężne, że sam
nie byłem w stanie dopilnować wszystkiego. Moje główne zadanie polegało na
napisaniu książki i współuczestnictwie w jej opracowaniu redakcyjnym. Poza tym
mogłem jeszcze zarządzać produkcją filmu (a także gotowałem dla ekipy na
planie, żeby oszczędzić na cateringu).
Zarządzanie produkcją filmową polegało
głównie na doraźnych interwencjach w sprawie problemów organizacyjnych,
mnożących się jak króliki. Mieszkam blisko NCK, więc na bieżąco wpadałem tam i
robiłem za strażaka, w miarę upływu czasu przechodząc od przypominania do
nalegania, coraz bardziej stanowczego, aż do otwartych awantur na koniec.
Przykładowo, musiałem stoczyć całą bitwę o
akceptację tzw. storybordów, bez czego nie mogliśmy zacząć zdjęć filmowych.
Tymczasem za oknem śniegi nam stopniały, lada chwila trawa i drzewa miały się
zazielenić, no i weź tu kręć plenery powstania styczniowego… Wyrobiliśmy się na
ostatnią chwilę, tzn. w połowie kwietnia kręcąc bitwę o Dęblin w twierdzy
Modlin. Na prywatnej działce ojca naszej charakteryzatorki - bez życzliwości
pana Kasztelańca byłaby kiszka.
W tym wirze wydarzeń przepadł projekt gry
strategicznej. Złożyłem go, ale dalej powinien zająć się nim jakiś specjalista
od gier i kolejny grafik, których NCK po prostu nie zatrudniło, bo nie! Z kolei
model twardochodu do sklejania nagle okazał się ponoć „za trudny” do
realizacji. Problemem nie do przebycia dla pań urzędniczek było „uzgodnienie
stopnia szczegółowości modelu” z zainteresowanym modelarzem. Projekt albumu
rozpłynął się w niebycie już całkiem mimochodem. Ponieważ jednak Jarek Musiał wykonał
wszystkie potrzebne rysunki techniczne, żeby coś z nimi zrobić upchnięto je
hurtem na wyklejkach okładek „Orzeł bielszy niż Gołębica”, zupełnie nie
przejmując się faktem, że nie jest to miejsce nadające się do prezentacji tak
subtelnych i szczegółowych grafik. Generalnie, każdy problem natychmiast stawał
się dla urzędniczek z NCK pretekstem aby dalej tego nie robić.
Nie
byłem w stanie walczyć o wszystko.
Skróciłem więc linię frontu, skupiając się
na książce oraz filmie. Na otarcie łez dostałem zgodę na dołączenie do mojej
powieści dwóch pseudo-reprintów gazet z epoki – „Le Monde Illustre” i
„Tygodnika Ilustrowanego”. Problemy z ich przygotowaniem doprowadziły do największej
awantury w historii projektu.
Na razie jednak
miałem na głowie większy problem, sprowadzający się do słów: gwałt na prawie autorskim. Moja powieść
była intensywnie konsultowana u historyków, którzy podsuwali mi swoje pomysły
oraz uwagi merytoryczne - cenne i takie sobie. NCK oczekiwało, że uwzględnię je
wszystkie jak leci, co jeszcze nie było dramatem. Robiłem to przez grzeczność.
Jednak 25 czerwca
2012 dostałem mejl z iście cenzorskim żądaniem zmiany fabuły mojej powieści:
„Motyw homoseksualizmu E. Orzeszkowej –
kwestie związane ze śledztwem w sprawie zdrady Orzeszkowej – wcześniej
czytelnik nie otrzymał żadnych wskazówek, może Orzeszkowa powinna być otoczona
wianuszkiem dziewcząt, towarzyszących jej nieustannie, zapatrzonych w nią,
gotowych na każde jej skinienie (może jakieś odniesienie do postaci z jej powieści?
Dziewczyna mogła być zafascynowana Orzeszkową, pisarka mogła być idolem wielu
dziewcząt w tamtym czasie, takie motywy byłyby wystarczające, młoda zapatrzona
w pisarkę, umiejącą sprytnie manipulować dziewczyną, dla samej akceptacji i
sławy przy boku Orzeszkowej byłaby skłonna zdradzić”.
Zignorowałem tę amatorską propozycję
współautorstwa, skutkiem czego 12 lipca dostałem ponaglenie:
„Zapoznaliśmy
się z wprowadzonymi przez Pana uzupełnieniami i nie daje nam spokoju jeszcze
jedna kwestia. Podczas spotkania z red. Parowskim rozmawialiśmy o potrzebnych zmianach
w ukazaniu postaci Elizy Orzeszkowej, umotywowania działań zdrajczyni - krewnej
Łukasiewicza - innymi pobudkami, związanymi z duchową fascynacją, chęcią
naśladowania wybitnej twórczyni. Zależy nam, aby wprowadził Pan pewne zmiany w
dialogu przesłuchania dziewczyny, które podkreśliłyby jej głęboką i
intelektualną fascynację Orzeszkową. Obawy wzbudzają w nas szczególnie
fragmenty dotyczące odniesień do miłosnych uniesień obu pań, a także do
rzekomej działalności Orzeszkowej, która miałaby sprawdzać stan zdrowia
pensjonarek z zupełnie innych niż zdrowotne i higieniczne pobudek”.
Nie miałem najmniejszej ochoty godzić się
aby ktoś za mnie pisał moją książkę, ani tym bardziej na jej fabularne
okaleczenie – proponowana zmiana była nielogiczna i zupełnie niewiarygodna
psychologicznie. Jednak wiedziałem już, że jeśli odmówię, wojna nerwów oraz
piętrzenie wszelkich trudności wejdą na wyższy poziom. Wybrnąłem więc z tej
sytuacji zmieniając nazwisko negatywnej bohaterki Orzeszkowa na Łupińska. I
wtedy dopiero dowiedziałem się o co tak naprawdę poszło – dyrektor Dudek
powiedział mi, że w NCK obawiano się pozwu ze strony spadkobierców Elizy
Orzeszkowej... Gdybym szykował biografię tej pisarki byłaby to obawa zasadna, jednak
ja pisałem o alternatywnej Orzeszkowej, żyjącej w świecie równoległym. Żadnych
podstaw dla sądu. Na wszelki wypadek jednak postanowiono bez ceregieli wejść z
butami w integralność dzieła. Jeżeli kiedyś dane mi będzie wydać tę książkę
poza NCK, nazwisko Orzeszkowa powróci. O ile autor w sprawie własnego dzieła ma
w NCK coś do gadania.
Kolejne wymuszone ustępstwo dotyczyło winiety
„Le Monde Illustre”, na samym początku powieści. Cała autorska koncepcja „Orzeł
bielszy niż Gołębica” (o ile autor ma coś do gadania) polegała na maksymalnej
zgodności realiów historycznych i technicznych. Twardochody naprawdę można było
wtedy zbudować, trzeba było tylko i aż wpaść na taki pomysł. Pędnia
Łukasiewicza to nowy rodzaj silnika parowo-spalinowego, mój własny wynalazek,
który mógłbym serio zgłosić do opatentowania. Jako inżynier chemik policzyłem
sobie nawet jego podstawowe parametry. Zależało mi aby czytelnik Orła… miał
doskonałe złudzenie przeniesienia do innej rzeczywistości.
Tymczasem,
na pierwszej stronie, zaczynamy od anachronizmu…
Prezentowana winieta francuskiego tygodnika
pochodzi z ostatniej ćwierci XIX wieku, a nie z lat 60. – wtedy była znacznie
bardziej efektowna, choć trudniejsza do graficznego opracowania. Później
wprowadzono wersję uproszczoną. Wielokrotnie zwracałem na to uwagę, moje monity
zostały głęboko zignorowane. Nie chciałem jednak wchodzić w konflikt z Tomaszem
Piorunowskim, świetnym grafikiem, autorem znakomitych ilustracji i dobrej
okładki. Wybaczyłem mu więc, że przesadnie ułatwił sobie robotę.
Niestety, to moje ustępstwo zostało źle
zrozumiane. Przy pracy nad kolejnym reprintem doszło już do kompletnego
lekceważenia realiów i sensu projektu. Miał tam być portret Emilii Plater w
roku 1866, a
więc sześćdziesięcioletniej damy, a nie dwudziestoletniej panny. Zamiast
postarzyć twarz, z uporem prezentowano młódkę, mając kompletnie za nic życzenia
autora w tej mierze. Podobnie było ze zdjęciem Romualda Traugutta, który miał
być w stroju oficjalnym jako głowa państwa, czyli we fraku i przy orderach, a
nie skromnym tużurku, jak na dostępnych zdjęciach z epoki. Mówiłem, że trzeba
go przebrać i nic. Bo nie! Na domiar złego, główny tekst reprintu zilustrowano
nie tym modelem twardochodu, o którym ów tekst opowiadał. Okazało się, że
właściwy rysunek zaginął…
Tym razem się zawziąłem i nie odpuściłem.
Posunąłem się bez mała do walenia pięścią w biurko. Oznajmiłem, że takiej
tandety do mojej książki włożyć nie pozwolę. Na dobitkę zgłosił się Tomasz
Mełnicki, któremu nasza koordynatorka ze strony NCK znowu zablokowała pracę…
Coś
we mnie pękło!
Napisałem mejl do dyrektora Dudka, nie z
awanturą, bynajmniej. Był to raczej tren/lamentacja, w stylu: „Panie
Dyrektorze, dlaczego tak się dzieje?!”, „Dlaczego nie mogę na nikim w NCK
polegać, ani nikomu zaufać?”. Wspomniałem też o zgubionym rysunku. Jeszcze
wtedy wierzyłem w dobrą wolę dyrektora NCK.
W odpowiedzi na prywatny mejl, dostałem
oficjalne urzędowe pismo z datą 13 listopada 2012 roku, podpisem dyrektora
Dudka oraz poświadczeniem nieprawdy: „Jak
udało nam się ustalić rysunek ten nigdy nie dotarł do Pani Milczanowskiej,
dlatego też nie mógł zostać przekazany grafikowi”.
Prawda, jest taka, że p. Milczanowska
otrzymała ten rysunek 24 kwietnia 2012 roku, o godzinie 11.35 rano, razem ze
mną i Tomaszem Mełnickiem, gdyż Jarek Musiał umieścił trzy adresy w jednym
mejlu. Zgubiony rysunek znajdował się w zzipowanym pakiecie razem z kilkoma
innymi, które nie zginęły. Zresztą przez 7 miesięcy z pewnością dostrzeglibyśmy
jego brak. Parokrotnie mieliśmy narady podczas, których rysunki Jarka leżały
rozłożone wachlarzem na biurku.
Pani Milczanowska, jak zauważyłem, miała na
biurku i w komputerze totalny bałagan, w którym nie jeden rysunek, a cały
komiks mógłby zniknąć. Jeśli jednak tego rysunku naprawdę szukano i nie znaleziono,
a wcześniej był, to znaczy, że został skasowany… Tu już trzeba podejrzewać
złośliwy sabotaż projektu.
Nikogo w NCK stan faktyczny nie obchodził. Miałem
zamknąć twarz i się nie wychylać.
Wezwano mnie zatem na rozmowę dyscyplinującą 13 listopada. Wcześniej rano red.
Parowski zadzwonił do mnie z wymysłami w stylu: Przewodas, oszalałeś! To są ludzie z władzą, z nimi się w ten sposób
nie rozmawia! Kajaj się! Przeproś! Potem kierownik programowy NCK, pani
Strąk zaczęła od sugestii bym zrezygnował ze współpracy skoro mi z nimi tak
źle.
Następnie swoją prawdziwą twarz pokazał dyrektor
Dudek, który zwymyślał mnie i posunął się do szantażu. Zagroził mi mianowicie,
że jeśli jeszcze będę sprawiać jakieś kłopoty, zostaną ze mną rozwiązane wszystkie
zawarte umowy. Było ich wtedy cztery, gdyż w tym czasie zacząłem już pracę nad
moją drugą książką dla NCK, czyli tomem Utopie.
Umów na piśmie nie zawiera się po to, żeby
ot tak, jednostronnie je zrywać, miałbym poważne argumenty w ewentualnym przyszłym
sporze prawnym, ale to by oznaczało praktyczną śmierć proceduralną moich
projektów. Miałem więc do wyboru: zachować się jak bezkompromisowy artysta i
rzucić to wszystko w diabły, albo postąpić jak odpowiedzialny szef dużego
zespołu. Wybrałem to drugie i przed dyrektorem zrobiłem z siebie żałosnego
głupka. Nie poniżyłem się tylko do tego stopnia aby przepraszać panią
Milczanowską za jej własne zaniedbania.
Dyrektor Dudek uznał, że mnie spacyfikował
i znów przeszedł w tryb „ludzkie panisko”, łaskawie nakazując podwładnym
większą staranność przy realizacji projektu i podpisanie ze mną kolejnych dwóch
umów. Mnie jednak jego wybuch zszokował do tego stopnia, że kiedy doszła do
mnie wiadomość o artykule w portalu NaTemat: „Nazywał je >ladies<. Zarzuty o mobbing w Narodowym Centrum
Kultury” (Źródło), nie miałem najmniejszych wątpliwości, że poszkodowane działaczki związkowe
mówią prawdę. Ja też padłem w NCK ofiarą mobbingu, tylko potem zamiast słowa
„mobbing” użyłem określenia „kąpiel w szambie”, komentując na Facebooku trzy
lata współpracy z NCK.
Dyrektor Dudek nie ma zwyczaju rozwiązywać
problemów, tylko wdeptywać w ziemię ludzi, którzy jego zdaniem problemy
stwarzają. Przekonałem się o tym na własnej skórze.
W ciągu pół godziny po tamtej rozmowie
przesłałem wszystkim zainteresowanym dowody, że jednak miałem rację w sprawie
zaginionego rysunku. Odpowiedzią było milczenie. Jedynym pocieszeniem okazał
się wieczorem telefon od Tomasza Mełnickiego: „Konrad, dziękuję za twoje
chamstwo, robota wreszcie ruszyła!”
Niestety, nie ruszyła na tyle żwawo ruszyła
aby dało się zrobić scenę defilady twardochodów (obok całującej się pary) oraz
nakręcić puentę filmu z udziałem żywego chłopca, zamiast animowanej kukiełki. Z
planowanych 10 minut filmu wyszło niecałe cztery:
Już wcześniej rozbiłem dobrą minę do złej
gry, a teraz jeszcze tę dobrą minę robić musiałem. Jednak względna normalizacja
stosunków z NCK, która tyle mnie kosztowała okazała się złudna.
Odsunięto
mnie od opracowania redakcyjnego mojej książki.
Konkretnie nie przesłano mi do akceptacji
biogramów postaci historycznych, występujących w mojej książce. Nieznana mi
osoba, która to robiła, albo nie znała zupełnie treści „Orła…” albo potraktowała
swoją pracę kompletnie na odwal się. W efekcie na stronie 412 znajdujemy
biogram Fryderyka Augusta Wettyna, władcy Księstwa Warszawskiego, zmarłego w
1827 roku, podczas gdy akcja „Orzeł bielszy niż Gołębica” rozgrywa się w
styczniu i lutym 1866, a
chodzi tam o króla Jana Nepomuka Wettyna, zmarłego w 1873 roku… Jako autor
zauważyłbym ten błąd natychmiast, gdybym tylko dostał taką szansę. Wiem kiedy
dzieje się akcja mojej własnej powieści! (Dokładnie: 22 stycznia – 18 luty 1866
roku.) Dla urzędników NCK jednak Wettyn to Wettyn, sztuka się liczy! Wnuk czy
dziadek, jeden czort, ważne żeby kłopotu z Lewandowskim nie było!
Wisienką na torcie była wiadomość mejlowa z
3 stycznia 2013 roku, będąca po prostu policzkiem dla mnie oraz całego mojego
zespołu:
Panie Konradzie, nakład
wynosi 500 egzemplarzy.
Słownie:
pięćset!
Czternaście miesięcy pracy i zaangażowania
kilkudziesięciu osób! Budżet całego projektu, według moich szacunków,
przekroczył 100 tysięcy PLN. A nakład homeopatyczny...
Dla kogo i po co taki projekt?! Jaki efekt
kulturalny i edukacyjny mieliśmy uzyskać w skali narodowej produkując rzadkiego
białego kruka?
Film reklamowy w wersjach 2D, 3D i dla
telewizji publicznej (budżet 24 tys. PLN plus darmowa praca szeregu
wolontariuszy) robiliśmy po to by sprzedać 500 egzemplarzy książki… Żeby
chociaż moją powieść rozesłano do wszystkich szkolnych bibliotek w Polsce. Nie
zarobiłbym na tym, ale przynajmniej bym wiedział, że dzieciaki nauczyły się
trochę historii ojczystej oraz podstaw techniki i inżynierii. Też coś.
Dla kogo taki projekt?! Ta odpowiedź jest
akurat prosta: dla urzędników NCK i tylko dla nich! Pięćset egzemplarzy książki
i cztery minuty filmu reklamowego to wystarczająca „podkładka” aby cały projekt
rozliczyć, zamknąć i mieć go z głowy. A że jego wpływ na kulturę narodową jest znikomy
- a kogo to obchodzi?! Pieprzyć kulturę! – To hasło można by wyryć nad wejściem
do siedziby Narodowego Centrum Kultury na ulicy Płockiej 13, żeby wchodzący
twórcy wiedzieli co mają zrobić z nadzieją.
Projekty kulturalne to tylko mierzwa do
zepchnięcia z biurka. Dokładnie taki PT Urzędnicy NCK mają do kultury narodowej
stosunek. Liczą się tylko ich stołki i synekury. I ewentualnie krewni iznajomi.
Jeżeli zarzuty „Gazety Finansowej” się
potwierdzą, będzie to oznaczać, że ja oraz inni twórcy byliśmy tylko przykrywką
dla wyprowadzalni budżetowych pieniędzy. To by zresztą tłumaczyło racjonalnie
tak niski nakład Orła bielszego niż Gołębica - większy nie był potrzebny do
markowania działalności kulturalnej.
Tymczasem mierzwa kulturalna ma być
niekontrowersyjna i broń Boże, nie fermentować! Zatem precz z legendarną Wielką
księgą cenzury PRL, więc Orzeszkowa na Łupińską, więc propagandowe szopki
zamiast wystaw z prawdziwego zdarzenia w Kordegardzie, skąd grafiki Poli
Dwurnik może wynosić kto chce, a artystkę domagającą się odszkodowania spotykają
tylko drwiny. Do realizacji idą projekty politycznie poprawne, usłużne i
miałkie, które nigdzie nikogo nie ukłują, nie nauczą, ani do myślenia nie
skłonią.
Doświadczenie
trzech lat współpracy z NCK dało mi przekonanie, że urzędnicy zarządzający
kulturą mogą z nią zrobić tylko jedno – pogrzebać żywcem!
Wyprodukowanie książki za ok. 200 PLN za
egzemplarz i sprzedawanie jej potem za 43 PLN to zwykła niegospodarność… Cooo?!
Spróbujcie tylko podskoczyć, a nie wyjdziecie z sądu! Pieniądze podatników z
budżetu kultury zaraz zostaną skwapliwie przelane na resort sprawiedliwości w
formie opłat sądowych i honorariów adwokatów broniących wizerunku NCK. Tylko
staropolska kultura pieniacza, jest tu traktowana naprawdę serio.
Nie mogłem od razu protestować, bo zakładnikiem
była moja druga książka. Jednak po uroczystej premierze Orzeł bielszy niż
Gołębica 23 stycznia 2013 roku, w Muzeum Techniki, która
w istocie była pogrzebem całego projektu, razem z Tomkiem i Michałem kupiliśmy
wódkę i urządziliśmy stypę. Piliśmy na smutno do świtu.
Na okazanie kolejnych objawów
niezadowolenia pozwoliłem sobie jesienią 2014 roku, po rozstrzygnięciu
przetargu na druk Utopii, kiedy cała dynamika urzędowego bezwładu była już po
mojej stronie. Żeby się zbytnio nie rozwodzić powiem, że tutaj zmieniono
uzgodnioną okładkę metodą faktów skrycie dokonanych, narzucając mi projekt
którego nigdy bym nie zaakceptował, a będący szyderstwem z mojej pracy. Książka
jest o dwóch młodych ślicznych dziewczynach, na okładce straszą jakieś upiory,
z czego jeden z brodą. Proszę zgadnąć, który z nich to Joanna D’Arc…
Poza tym zaniedbano promocję oraz do
ostatniej chwili ukrywano przede mną poślizg wydawniczy (zgodnie z dokumentami
przetargowymi Utopie miały być gotowe 30 września 2014) oraz problemy ze
składem, o czym zawiadomiono mnie w dopiero październiku...
Myślałem, że po trzech latach wyjdę z tego
NCK, po prostu splunę za siebie przez lewe ramię i zapomnę. Dwie książki to
jednak coś, kij urzędasom w oko! Ale nie... Na odchodne NCK postanowiło jeszcze
mnie upokorzyć i oto z datą 1 grudnia 2014 otrzymałem pismo pt. „Przedsądowe
wezwanie do usunięcia skutków naruszenia”. Zażądano ode mnie publicznych
przeprosin za moje krytyczne wypowiedzi o NCK na Facebooku (tę „kąpiel w
szambie”) oraz za prywatne mejle z korespondencją techniczną, gdzie parę razy z
gniewu na kolejne zaniedbania NCK, faktycznie wyszedłem z nerw, acz do żadnych
obelg się nie posunąłem.
Zapomnieli, że szantaż, któremu dotąd
podlegałem stał się bezprzedmiotowy. Ktoś w NCK uznał jednak, że jestem
mięczak, którym można poniewierać do woli. Wspomniane „Przesądowe wezwanie…” odebrałem
jako osobistą zniewagę. Przypomniało mi ono, że w latach 90. byłem dziennikarzem
śledczym „Przeglądu Technicznego”, który żadnych pozwów się nie boi. Odpowiedziałem
więc: WALCIE SIĘ!
Postanowiłem niniejszym przerwać milczenie
na temat Narodowego Centrum Kultury oraz udzielić wszelkiej medialnej pomocy
bohaterkom artykułu w NaTemat. Po tym co widziałem jestem pewien, że to one
mają rację.
Dyrektor Dudek musi odejść! System
państwowego mecenatu nad kulturą też. Polscy naukowcy już dali się stłamsić
biurokracji i organizują rozpaczliwe „czarne marsze”. Teraz kolej na twórców,
którzy jeśli się nie ograną i nie zaczną bronić swej niezależności, to zawsze
spotkają jakąś panią Milczanowską, która ich bezceremonialnie pouczy jak ma
wyglądać ich własne dzieło.
Stało się. Po ćwierćwieczu dominacji nurtu neoliberalnego
pojawiła się partia reprezentująca socjaldemokrację. Nieprzeciętna aktywność
jej przedstawicieli daje nadzieję na ukształtowanie się prężnego ruchu. Życzę
Razem wejścia do Sejmu, ale za sukces będę uważać już to, że wreszcie będzie na
kogo głosować zgodnie ze swoimi poglądami i sumieniem.
Nie ma jeszcze kampanii, a Razem już robi wiele dobrego,
wprowadzając w obieg pojęcia, które dotąd były nieobecne w dyskursie publicznym.
Budzi to sprzeciw niemałej grupy ludzi, którzy uwierzyli w neoliberalną
ortodoksję. Na facebookowym fanpage’u Razem pod każdym niemal zalinkowanym
artykułem – niezależnie od jego treści – pojawiają się komentarze podobnej
treści, kontestujące założenia socjaldemokracji. Wybrałem kilka najczęściej
powtarzających się zarzutów i przygotowałem na nie odpowiedzi. Pozwalam każdemu
chętnemu na ich kopiowanie i umieszczanie w komentarzach. Zarzuty są bliźniaczo
podobne, tak że zamiast każdorazowo pisać nowe odpowiedzi, lepiej ograniczyć
się do starego dobrego studenckiego Ctrl+C, Carl+V.
Podatek 75% od dochodów powyżej 500 tysięcy złotych rocznie
to zbyt dużo! Zniechęci to ludzi do zarabiania. Lepiej obniżać podatki, gdyż
wtedy więcej pieniędzy zostaje w portfelu, ludzie więcej wydają i gospodarka
się rozwija.
Przede wszystkim: podatek progresywny działa w ten sposób,
że po przekroczeniu każdego kolejnego progu płaci się więcej tylko od sumy
ponad ustaloną kwotę. Przykładowo osoba, która w danym roku zarobiła 700
tysięcy złotych, zapłaci 75% od 200 tysięcy oraz niższe procentowo podatki od
500 tysięcy. Mitem więc jest, że po przekroczeniu wyższego progu podatkowego
się traci.
Podatek progresywny ma właśnie zachęcać do systematycznego
zarabiania. Utrudnia on bowiem kumulację kapitału. Temu samemu mają służyć
wysokie podatki od spadków czy podatki od zysków kapitałowych. Wbrew narosłych
od dziesięcioleci mitom bogactwo nie spływa na dół. Czym więcej ktoś ma
pieniędzy, tym proporcjonalnie mniej wydaje. Zarobki biednych w całości wracają
na rynek, klasy średniej w większości, a bogatych – jedynie w niewielkiej
części. Ponadto bogaci proporcjonalnie do swoich dochodów są najmniej
efektywnym motorem napędowym gospodarki. Budowa luksusowej willi czy produkcja
luksusowego samochodu da pracę podobnej lub niewiele większej rzeszy ludzi niż
budowa domu czy produkcja samochodu średniej klasy. Różnica polega na tym, że
tych drugich jest dużo więcej, toteż gospodarkę napędza właśnie klasa średnia.
Dlatego państwo powinno właśnie w nią inwestować i temu służą powyższe
instrumenty. Ponadto wszystkie pieniądze zebrane przez państwo wracają na rynek.
Sprawiedliwość jest pojęciem względnym. Dla jednych
niesprawiedliwe są podatki progresywne, dla innych to, że jednym było łatwiej
tylko dlatego, że mieli szczęście urodzić się w odpowiedniej rodzinie i
dorastać w odpowiednim środowisku. Proponuję każdemu czytającemu wykonać
rachunek sumienia: na ile swoją obecną pozycję zawdzięcza już choćby temu, że
urodził się po zachodniej, a nie wschodniej stronie Bugu? Wyższe podatki są
jedynie formą rekompensaty za to, że ktoś miał łatwiej. Moim zdaniem znośnej;
nie zdarzyło się jeszcze, żeby bogacz łapiący się na najwyższy próg podatkowy
zamienił się z ubogim. Nikt nie żyje na samotnej wyspie; każdy swój obecny
status zawdzięcza w równym stopniu sobie, jak społeczeństwu. Żeby cieszyć się z
bogactwa, potrzebne jest jeszcze społeczeństwo, dzięki któremu można je
wykorzystać. Robinson Cruoze odkrył na swojej wyspie skrzynię ze skarbem. Czy
był bogaty?
Wysokie podatki nie działają, ponieważ bogaci uciekną ze
swoim bogactwem do rajów podatkowych!
Wysokie podatki działały w całym świecie zachodnim przez
kilka powojennych dekad. W umiłowanych przez liberałów Stanach Zjednoczonych
najwyższy próg podatkowy wynosił 91%! Były to czasy złotego wieku kapitalizmu,
kiedy gospodarka rosła i – co chyba nawet ważniejsze – bogactwo rozkładało się
dość równomiernie. Wtedy faktycznie przypływ podnosił wszystkie łodzie. Tego
nie widać po reformach Reagana, po których bogaci stają się coraz bogatsi, a
bogactwo pozostałych klas społecznych nie zmienia się, a wręcz kurczy.
Ucieczka do rajów podatkowych jest możliwa, ponieważ obecne
przepisy na to pozwalają. Wystarczy uszczelnić system. Nie ma żadnego
wytłumaczenia, dlaczego osoba zarabiająca w Polsce miała się rozliczać na
Bahamach.
Zamiast podwyższać podatki sami zostańmy rajem podatkowym!
Co łączy wszystkie raje podatkowe? Są to małe, planktonowe
państewka, z niewielkimi potrzebami. One mogą sobie pozwalać na obniżanie
podatków nawet do 1% i zarabianie praktycznie na niczym, bo nic to je nie
kosztuje. Średniej wielkości kilkudziesięciomilionowy kraj po takiej operacji
by się po prostu rozpadł. Za co chociażby miałby utrzymać infrastrukturę,
niezbędną do funkcjonowania przemysłu? Raje podatkowe takich problemów nie
mają.
Nie stać nas na rozbudowane świadczenia socjalne. Najpierw
się doróbmy, a potem dopiero rozdawajmy pieniądze.
Jest dokładnie odwrotnie: nie stać nas na prywatne
świadczenia, których jakość i tak jest wątpliwa. Stany Zjednoczone mają w
całości prywatny rynek usług medycznych, a mimo że Amerykanie są bogatsi niż
my, bankructwa medyczne są tam najczęstszą przyczyną upadków finansowych. Firmy
sprzedające polisy medyczne są nastawione wyłącznie na zysk, toteż tak
kalkulują, aby nie narazić się na nadmierne koszta. Amerykański system może
wyglądać sympatycznie, póki jest się młodym i zdrowym; kiedy jednak przyjdzie
do poważniejszych problemów, pacjenci często słyszą: „limit pańskiej polisy
został przekroczony; płaci pan teraz z własnej kieszeni czy zwolni łóżko?”. I
najczęściej zwalniają, a potem wracają, gdy nie mają wyjścia, a koszt nie
leczonego schorzenia czy choroby wzrasta. Amerykanie w rezultacie mają
najdroższą i najmniej efektowną ze społecznego punktu widzenia służbę zdrowia.
Kraje skandynawskie wcale nie były bogatsze niż my, gdy
budowały swój system świadczeń socjalnych. Doszły jednak do obecnego wysokiego
poziomu właśnie dzięki niemu: zdrowi, wykształceni obywatele są najlepszą
inwestycją na przyszłość.
Wystarczy, aby państwo się nie wtrącało, a wszystkim pokieruje
niewidzialna ręka rynku.
Nieprawda. Sukcesy gospodarcze poszczególnych państw są
wypadkową zarówno obrotności i pracowitości obywateli, jak i opieki państwa.
Rynek pozostawiony sam sobie w naturalny sposób dąży do monopoli i oligopoli –
bo one się opłacają. Tyle że te same przedsiębiorstwa blokują rozwój innej
przedsiębiorczości, co godzi w jeden z fundamentów wolnego rynku, czyli
konkurencję. W Stanach Zjednoczonych czasów „złotej ery kapitalizmu” (czyli do
lat 70.) nad ochroną konkurencji czuwał urząd antymonopolowy. Nie przyniósł on
szkód gospodarce, a wręcz przeciwnie.
Gdy korporacje stają się zbyt potężne, to nie tylko gnębią
konkurencję, ale zaczynają wykorzystywać do swoich celów państwo, na przykład
skutecznie lobując na rzecz korzystnych dla nich ustaw. Urzędy wyposażone w
odpowiednie uprawnienia mogłyby zawczasu je utemperować, ale nie zrobiły tego,
ponieważ zgodnie z postulatami zwolenników wolnego rynku wcześniej to państwo
osłabiono. To jest właśnie „paradoks Korwina: im mniej państwa, tym więcej
państwa” (Za Wojciech Orliński).
Osobnym problemem jest to, że by pomnażać bogactwo na wolnym
rynku, wpierw to bogactwo trzeba mieć. Żadne biedne państwo nie wzbogaciło się,
zawierzając wyłącznie wolnemu rynkowi. Korea Południowa czy państwa
skandynawskie doszły do wysokiego poziomu rozwoju właśnie dlatego, że państwo
było aktywnym graczem na rynku. Rządy wyżej wymienionych krajów dogadały się ze
swoimi firmami, że będą je wspomagać, w zamian one będą inwestować w kraju i
grzecznie płacić podatki. To właśnie tej polityce swoją potęgę zawdzięczają
tacy potentaci, jak Daewoo czy Maersk.
Pozytywnym przykładem państwowej polityki gospodarczej może
być nawet II Rzeczpospolita. Po odzyskaniu niepodległości wielu ludzi próbowało
swoich sił jako armatorzy. Próby te kończyły się najczęściej kompromitacją;
rynek morski był zbyt kosztowny i trudny, aby ktokolwiek dysponujący skromnymi
funduszami i liczący na zysk najlepiej po kilku miesiącach funkcjonowania mógł
się na nim utrzymać. Na szczęście po przewrocie majowym państwo zainwestowało
spore sumy w rozwój własnych linii żeglugowych, zarówno towarowych, jak i
pasażerskich. Trzeba było nie tylko kupić statki i skompletować załogi, ale też
liczyć się z tym, że przez kilka lat trzeba będzie dopłacać do interesu. Polska
Żegluga Morska dopiero dziesięć lat po powstaniu zaczęła przynosić zyski, ale
opłaciło się; tuż przed wojną tonaż polskiej floty wynosił około 100 000.
Która spółka byłaby w stanie zignorować naciski akcjonariuszy, liczących na
szybkie zyski, i przez dziesięć lat nomen omen topić potężne kwoty w
przedsiębiorstwa, nie mając gwarancji sukcesu?
Jedną z największych bolączek polskiej rzeczywistości jest
wciąż zbyt mała ilość mieszkań (problem ten ciągnie się długo; Nie ma róży bez ognia Stanisława Barei
równie dobrze mogło zostać nakręcone dzisiaj). Funkcjonuje przekonanie, że
wystarczy odrolnić wszystkie grunty, zlikwidować kontrole urzędów nad
budownictwem, a ludzie sami sobie wybudują tanie domki; koszt całorocznego
taniego domku mógłby wynieść mniej niż kawalerka w dużym mieście. Brzmi
pięknie; podobną wizją kusiła Małgorzata Musierowicz, która jedną z Borejkówien
ulokowała pod Poznaniem w przerobionej altance ogrodowej. Nawet gdyby pomysł
miał się powszechnie ziścić, pozostaje pytanie: a co z wodociągami, kanalizacją
czy prądem? Ponadto mieszkać to jedno, a przecież trzeba codziennie dojeżdżać
do pracy czy szkoły. Nawet jeżeli ktoś kupi sobie tani samochód, to przecież
jego dzieci nie będą miały prawa jazdy. W Stanach Zjednoczonych rozwiązano ten
problem dzięki charakterystycznym żółtym autobusom szkolnym. Jak widać – są
problemy, z którymi obywatele sami mogą dać sobie radę, ale i są takie, w
których niezbędne są rozwiązania systemowe. W takich zaś najlepiej daje sobie
radę państwo.
Powrócę jeszcze do kwestii państw skandynawskich. Pojawiają
się zarzuty, że zawdzięczają one swoje bogactwo ropie. To nieprawda. Jakie
bogactwo poza drewnem miała na przykład Finlandia, będą w dodatku, podobnie jak
Polska, przez cały XIX wiek w zaborze rosyjskim? Jedynie Norwegia okazała się
być szczęśliwcem, mającym ogromne złoża ropy naftowej. I nawet ona jest dobrym
przykładem sukcesu skandynawskiej polityki gospodarczej. Nie pozwoliła, aby na
bogactwie położyły ręce zagraniczne koncerny, tylko zainwestowały we własny
Statoil i zadbała, aby zyski z ropy naftowej posłużyły całemu społeczeństwu.
Efekty widać gołym okiem. Mieć bogactwo to mało – trzeba jeszcze umieć je
wykorzystać.
Różnice między obywatelami zawsze będą.
Oczywiście. Nie ma w tym nic złego, a wręcz przeciwnie. W
modelu socjaldemokratycznym chodzi tylko o to, żeby żadna grupa społeczna nie
zdominowała innej i żeby swoją pozycję zawdzięczać można było nie tylko
urodzeniu.
Socjaliści nienawidzą pieniędzy!
Socjaliści nie mają nic przeciwko pieniądzom, póki jedynie
pełnią funkcję wygodnego środka płatniczego. Sprzeciw budzi dopiero ta
sytuacja, kiedy zaczynają odgrywać dominującą rolę; kiedy pytania „czy to jest
słuszne?” albo „czy to jest potrzebne?” zostają zastąpione „czy to się
opłaca?”.
Socjaliści nienawidzą wolności!
Nieprawda. Jedynie źródła niewoli doszukują się gdzie
indziej. Miliardy ludzi na świecie jest zniewolonych przez nędzę albo pułap
niewielkich dochodów. Jest to niewola tym groźniejsza, że nie widać kajdan,
które można roztrzaskać, lub krat, które można wyrwać. Bieda jest tym
groźniejsza, że obawa przed utratą nawet skromnego status quo potrafi
paraliżować próby zmian. Nominalnie są wolni, lecz co z tego, skoro oddalenie
się od domu dalej niż na zasięg piechura często jest ponad ich możliwości
finansowe? Wolność to nie tylko paszport w kieszeni, ale także pieniądze na
bilet w portfelu.
Dla równowagi dodam, że bogactwo w kraju nędzarzy też nie
jest przepustką do wolności. Cóż to za wolność, gdy towarzyszy jej nieustanny
strach przed utratą majątku lub życia? Kiedy jest się zmuszonym do obcych tobie
zachowań, byleby nie utracić swojej pozycji? Kiedy rodzice mają nad tobą
władzę, gdyż oni decydują o brzmieniu testamentu?
Człowiek prawdziwie wolny to ten, który ma możliwość zmiany
swojego położenia. Do tego mniej są potrzebne pieniądze, a bardziej świadomość
swojej doli – bowiem mentalność też bywa kajdanami. Wolność jest wtedy,
kiedy w podjęciu decyzji bardziej się kieruje pragnieniami niż potrzebą lub
koniecznością. I takiej wolności życzę każdemu.
O podejrzanych działaniach Narodowego Centrum Kultury
pisałem już na łamach tego bloga. A jednak pomimo takiego nadszarpnięcia zaufania
za jedno będę chyba zawsze wdzięczny dyrekcji tej instytucji: za serię Zwrotnice czasu. Przez ostatnie kilka
lat w kilkunastu tomach czołowi polscy autorzy fantastyki mieli sposobność
zaprezentować swoje wizji alternatywnych dziejów Polski. Jednym z tych autorów
był Konrad T. Lewandowski, który w 2013 roku wydał Orła bielszego niż gołębicę – powstanie styczniowe w realiach steampunkowych.
(Niżej podpisany miał w tej książce niewielki udział w postaci dołączanej do
niej gazetki). Minęły prawie dwa lata od premiery i pomimo tarć autora z
wydawnictwem pojawiła się kolejna odsłona serii sygnowana nazwiskiem
Lewandowskiego – Utopie.
Ten tom jest dużo skromniejszy od Orła bielszego niż gołębica. Zabrakło materiałów dodatkowych, a
nawet zwyczajowego w serii posłowia dyrektora NCK i zawodowych historyków. Czytelnik
otrzymuje jedynie dwie mikropowieści.
Pierwszą jest Wysłanniczka
bogini. Autor dał w niej upust swojej słabości do rodzimowierstwa, którą
się dzielił już na łamach tego bloga. Akcja utworu toczy się w czasie reakcji
pogańskiej, która naprawdę miała miejsce w historii po śmierci Mieszka II. Na
kartach powieści rebelia okazała się zwycięska. Żeby nie zaprzepaścić wiktorii,
przedstawiciele plemion zebrali się na wiecu we Włocławku. Pojawił się pomysł,
aby wspólnie z wikingami stworzyć unię państw pogańskich, mogących równoważyć
wpływy agresywnych państw chrześcijańskich. Niestety, obrady stanęły na ostrzu
noża, kiedy okazało się, że piękna córka wodza wikingów została porwana.
Wychodzę z założenia, że absolutnie cała literatura piękna
to historie alternatywne. Nawet Jeżycjada
Małgorzaty Musierowicz, która to opowiada o alternatywnym świecie, w którym w
Poznaniu na Roosevelta 4 mieszkają niejacy Borejkowie. Z naszej rzeczywistości
wiemy niezbicie, że nic takiego nie ma miejsca, o czym licznie pielgrzymujący
na poznańskie Jeżyce fani serii osobiście się przekonali; ku utrapieniu
lokatorów Roosevelta 4, zresztą. Podobnie alternatywnym Londynem jest ten, w
którym pod koniec XIX wieku grasował niejaki Sherlock Holmes z wiernym druhem doktorem
Watsonem. Pomimo przekonania niemałej rzeszy fanów przygód błyskotliwego
detektywa, dzisiaj możemy niemal z 100% pewnością dowieść, że Holmes nigdy nie
istniał. Doktor Watson musiał być niezłym blagierem: brakuje w archiwach
policyjnych opisanych przez niego przestępstw, na Baker Street pod wskazanym numerem
mieszkał kto inny, ludzie z kart powieści nigdy nie istnieli. Możliwe, że nawet
sam Watson został wymyślony.
Po co to piszę? Ano po to, żeby dowieść, że skoro cała
beletrystyka to historia alternatywna, wtedy nie ma powodu, żeby w opisie
alternatywnej rzeczywistości oddalić się od nurtu dziejów o kilka kroków dalej.
Czy była szansa, żeby wizja zaprezentowana w Wysłanniczce bogini mogła się ziścić? Daremne pytanie. Moim zdaniem
ten utwór nie powstał po to, aby dać się ponieść fantazji o pogańskiej po wsze
czasy Polskiej, ale żeby odpowiedzieć na pytanie, jaka jest nasza jako Polaków
tożsamość i co straciliśmy oddalając się od wiary przodków. Lewandowski
zgrabnie ustami bohaterów punktuje blaski i cienie, jakie zawdzięczamy
pogaństwu, chrześcijaństwu oraz Żydom. Takim puszczeniem oka do czytelnika jest
choćby hasło Rzeczpospolita, które pada w zakończeniu.
Tytuł drugiej opowieść może zabrzmieć miłośnikom
Lewandowskiego znajomo – Królowa Joanna d’Arc.
Historia „Dziewicy orleańskiej”, która miast skończyć na angielskim stosie,
udała się na krucjatę przeciwko husytom, była już opublikowana kilkanaście lat
temu nakładem wydawnictwa Alfa. Ów tekst został jednak gruntownie przerobiony i
poprawiony przez autora.
Królową Joannę d’Arc
można traktować w Utopiach jako drugą
stronę tej samej monety. W Wysłanniczce
bogini pojawiła się wizja Polski pogańskiej, w tej opowieści Polski
chrześcijańskiej – lecz innej niż tej, którą znamy z dziejów. W tej historii
Jadwiga nie umiera w połogu, lecz doczekuje się wraz z Jagiełłą upragnionego syna
Władysława. Joanna d’Arc zaś udaje się do Polski, gdzie zakochuje się w młodym
królewiczu…
Amerykanom poszczęściło się w XX wieku, dlatego jak tworzą
historie alternatywne, to raczej o USA okupowanym przez III Rzeszę i Cesarstwo
Japonii niż o… swoim zwycięstwie (te drugie nazywają książkami historycznymi). Polacy
przeciwnie – w rzeczywistości nam się nie poszczęściło, to chociaż
pofantazjujmy na kartach powieści. Dziwi więc, że Lewandowski jako kanwę
przyjął całkiem udany okres dziejów Polski, czyli początek XV stulecia, kiedy
to łamiemy potęgę krzyżacką, a kraj coraz lepiej się rozwija.
Królowa Joanna d’Arc
to przede wszystkim przygodowa powieść historyczna z bitwami, romansami i
intrygami. Lektura jest tym bardziej ekscytująca, że przecież najlepiej
zorientowany w epoce historyk nie będzie miał pojęcia, dokąd zmierza fabuła. I
taki jest właśnie sens pisania podobnych historii alternatywnych – zamiast umiejscawiać
akcję w jakimś neverlandzie, autor rzuca
czytelnika w realia dobrze mu znane, a jednak na tyle inne, że ten cały czas
może czuć się zaskoczony. Królowa Joanna d’Arc
nie jest bardziej na bakier z historią niż przykładowo Trzej muszkieterowie.
Obie powieści polecam jako znakomite historie, napisane
świetnym piórem. Kto poszukuje czegoś oryginalnego, dobrze napisanego, a przy
tym rozrywkowego – trudno o lepszy wybór.
Mam duży problem z poezją śpiewaną. Uwielbiam ją słuchać,
ale nierozważnie dawkowana potrafi wpędzić w nastrój depresyjny. Nic dziwnego.
Jakoś tak się zdarzyło, że w Polsce najlepiej są znani ci bardowie, których
ukształtowało życie w zniewolonym społeczeństwie: Jacek Kaczmarski, Włodzimierz
Wysocki czy Lluis Llach (z Katalonii). W rezultacie pesymizm, mrok czy
zwątpienie przebijają z ich piosenek. Nawet jeżeli taki Llach optymistycznie
śpiewał o tym, że można wspólnym wysiłkiem można unicestwić zło – to jednak
słuchając ma się świadomość, iż owo zło wciąż istnieje, a zwycięstwo nad nim
wcale nie jest oczywiste.
Sztuka bardowska w dużej mierze bierze się z
protestu – a przeciw czemu może protestować bard żyjący w wolnym,
demokratycznym kraju? Z państwa oraz społeczeństwa – a przede wszystkim jego
mieszczańskiej warstwy.
Georges
Brassens był francuskim piewcą anarchizmu. Przez długie powojenne dekady (aż do
swojej śmierci na nowotwór w 1981 roku) bezlitośnie wykpiwał w swoich
piosenkach policjantów, prawników, kler czy biznesmenów. Od swoich kolegów po
gitarze z innych krajów odróżniał się tym, że nie walczył z systemem; raczej
obnażał jego śmieszność i małość. Nie ograniczał się do kontestacji. Gros jego
twórczość to pochwała takich cnót, jak miłość (choć potrafił sarkać na różne
jej objawy) czy przyjaźń. Jego piosenki może nie pchnęły do zmieniania świata, ale
z pewnością czyniły go piękniejszym – i jakoś łatwiejszym do
zaakceptowania.
W Polsce największy wkład w rozpowszechnienie jego pieśni
miał Zespół Reprezentacyjny, założony na początku lat 80. przez Filipa
Łobodzińskiego (dziś znanego tłumacza i dziennikarza, a w młodości odtwórcy
roli Dudusia w Podróży za jeden uśmiech)
i Jarosława Gugałę (dziennikarza, szefa „Wydarzeń” Polsatu). Zła opinia wyraża sprzeciw wobec ruchów
masowych, krępujących wolność jednostki. Identyczną wymowę ma piosenka Ja Jacka Kaczmarskiego; brakuje jej
jednak tego humoru i dowcipu, za to jest ciężka i patetyczna. Jej wykonawca
Przemysław Gintrowski powiedział kiedyś, że jeśli postanowi popełnić
samobójstwo, zaśpiewa kilka razy z rzędu Ja.
Zastanawiające – obie pieśni mówią dokładnie o tym samym, a jak różne wrażenia
pozostawiają!
W tej pieśni Brassens również poruszył podobną kwestię, co w
Złej opinii – zgubnego wpływu idei na
masy ludzkie. „Dla idei ponieść śmierć – któż zna ideę lepszą?/ Ja jednak żyję,
bo na próżno szukam ich”.
Chyba najbardziej lubię te utwory Brassensa, które stanowią
swoiste krótkie fabuły. Mamy tutaj historię, puentę, prawnika w opałach i dużo
śmiechu (aczkolwiek sprośnego). Czegóż chcieć więcej?
Zespół Reprezentacyjny – wbrew pierwszym skojarzeniom – nie
ma nic wspólnego z kompanią reprezentacyjną WP ani niczym podobnym. Nazwa
oznacza, że zespół (Re)prezentuje utwory, czyli po prostu śpiewa covery. Swoją
przygodę z estradą muzycy zaczynali od piosenek Lluisa Llacha, które idealnie
wpasowywały się w nastrój pierwszej „Solidarności”. Kiedy więc zmienili
repertuar i zaprezentowali publiczności dorobek francuskiego śpiewaka, część
ich fanów uznała to za zdradę. Bo jak w trudnych czasach rządów generała można
śpiewać o TAKICH rzeczach?!
Spośród wszystkich postaw, jakie reprezentują artyści,
najbliższa mi jest ta zaprezentowana w Cenie
sławy. Podmiot liryczne zapewnia w niej, że „miast sensację wzbudzać, wolę
ćwiczyć słuch/ Piosenki sobie śpiewać i drapać się w brzuch”. Artysta bowiem
jest od tworzenia; w każdej innej roli wypada żałośnie. Nieliczne wyjątki to
osobnicy wielu talentów.
To nie rozczarowanie niektórych słuchaczy pogrążyło zespół,
lecz nowa rzeczywistość. Niedługo po ’89 muzycy nagrali dwie płyty, aby uwiecznić
swój dorobek, i przeszli do innych zajęć. Łobodziński zajmował się m.in.
tłumaczeniem bajek Disneya, a Gugała po kilkuletniej przygodzie z TVP został
ambasadorem Polski w Urugwaju. Panowie reaktywowali zespół dopiero w 2007 roku,
i to w wielkim stylu. Wydali płytę Kumple
to grunt. Tytułowa piosenka to jedna z najmniej pretensjonalnych piosenek o
przyjaźni, jakie słyszałem.
Było już o prawnikach, to teraz o policjantach. W całej
twórczości Brassensa pobrzmiewa anarchistyczna wiara w mądrość ludu, dla którego wszelka
władza jest jedynie przeszkodą.
W rynsztoku
najlepiej się słucha po Pogromie.
Kogo zwiodła nadzieja zawarta w tej drugiej, niech na odtrutkę posłucha, co
przydarzyło się podmiotowi lirycznemu, gdy „przepiwszy cały portfel, chciałem wziąć na krechę”! Piosenka ta burzy
ostatnie bastiony nadziei, że są na tym świecie jakieś pewne rzeczy. I, jak to
u Brassensa, nie jest to powód do zmartwienia!
Jedna bardziej przewrotnych piosenek w repertuarze
Brassensa. Odpowiedź dla tych, których ciekawi, jak piewca anarchizmu zareaguje
na włamanie we własnym domu.
Georges Brassens żywił atencję do prostych ludzi, którzy nie
dokonywali wielkich czynów, a jednak swoją pracą zasługiwali na najwyższy
szacunek. Piosenka dla starego wieśniaka
czy Marcin Bieda to swoiste pomniki
dla tych wszystkich, którzy stanowią fundamenty każdego społeczeństwa.
Dwie poprzednie piosenki były trochę przygnębiające, więc
teraz coś weselszego, choć wciąż w temacie prostych ludzi. Rogacz to ostrzeżenie dla wszystkich don Juanów, lekkoduchów i
cwaniaków; może i bawicie się dobrze kosztem ludzi pracy, ale wiedzcie, że choć
„połowica wspólna, wcale przecież nie znaczy, że jadło i napoje wspólne muszą
być”!
Zetknąłem się z opinią, że przekłady Zespołu
Reprezentacyjnego są dużo bardziej wulgarne niż oryginalne teksty. Faktycznie,
coś w tym może być. Tutaj dla przykładu wykonanie piosenki Tu wiek nie ma znaczenia w przekładzie Wojciecha Młynarskiego.
Zdecydowanie jest różnica między „wał” a „żłób”, prawda?
Wiedziony ciekawością, postanowiłem sprawdzić, co oznacza wciąż powtarzające
się w oryginalnym tekście słowo „con”.
Jak się okazało: „cipa”. To chyba
rozstrzyga dylemat, czyje tłumaczenia są bliższe oryginałowi?
Róża, butelka i uścisk
dłoni uświadamia, że nieufność, wyalienowanie, pogarda to bolączki nie tylko polskiego mieszczaństwa.
Co tu dodać? Zdecydowanie jedna z najbardziej wesołych i…
poprawiających nastrój piosenek Brassensa. Idealna na zakończenie przeglądu.
Kto dobrnął aż tutaj, w nagrodę usłyszy oryginalne wykonanie Goryla; tekst już jest znany, więc
miłego słuchania!