Dzisiaj gościnnie pojawił się na moich łamach Konrad T. Lewandowski - bohater eseju z zeszłego tygodnia. Serdecznie zachęcam do przeczytania jego analizy literackiego środowiska gejowskiego. Przy okazji informuję, że zmieniłem tytuł bloga. Niniejszy internetowy periodyk powstał jako wyraz rozczarowania prasą papierową i uznałem, że powinno znaleźć to odbicie w nazwie.
Zawsze dziwiła mnie i
nadal nie przestała zadziwiać bezbrzeżna pogarda, jaką literatura głównego
nurtu zwykła okazywać polskiej fantastyce. Było to bodaj pierwsze z moich
życiowych doświadczeń burzących bezpieczny ład dzieciństwa. Jako 14-15 letni
chłopak zaczytywałem się antologią Kroki
w nieznane, Aldisem, Harrisonem, Silverbergiem, Lemem i oto nagle, z tego
powodu ktoś traktuje mnie jak wioskowego głupka, poklepując przy tym
protekcjonalnie po ramieniu.
Jako młody pisarz i
publicysta walczyłem z tym nastawieniem z dziką pasją. Była to pierwsza rzecz,
od której chciałem zacząć zmienianie świata na lepsze. Na początku 1993 roku wpadłem
na pomysł statystycznego opracowania bibliografii polskich opowiadań
fantastycznych, zamieszczonych na końcu antologii Jawnogrzesznica (Przedświt, 1991). Po szaleńczej, nieprzespanej
nocy, kiedy nad plikiem gryzmolonych w natchnieniu tabel i wykresów zastał mnie
świt, zdawało mi się, że znalazłem wreszcie odpowiedni klucz do naprawy
rzeczywistości.
Udało mi się pokazać moment
eksplozji polskich twórczości fantastycznej, który zaistniał na przełomie lat
1982/83. Liczba debiutów literackich oraz opublikowanych utworów wzrosła z roku
na rok pięciokrotnie, po czym po przejściu szczytu tej fali, w drugiej połowie
lat 80. liczba debiutów wróciła do poprzedniego stanu, natomiast poziom
publikacji ustabilizował się na poziomie trzykrotnie wyższym od wyjściowego.
Socjologiczno-literacki fenomen został przyłapany na gorącym uczynku! Nie wiedziałem
wtedy jeszcze, jak się robi humanistyczne doktoraty, ale odkrycie stanowiące
„znaczący wkład w naukę” zostało dokonane. Miałem w życiu takich pomysłów
jeszcze kilka; tego, że nie dano mi ich pogłębić, niech się wstydzi akademicki
feudalizm.
Wtedy uważałem, że
znalazłem wreszcie dowód rozstrzygający (milcząco zakładając, że dowody coś
rozstrzygają), że fantastyka polska nie jest zabawą wioskowych głupków, nie
jest ekspiacyjną ucieczką od rzeczywistości, świadectwem niedojrzałości, ale
żywotną częścią narodowej kultury, reagującą na to co naprawdę ważne –
artykulacją emocji, opisem i osądem świata, a mówiąc krótko: wypowiedzeniem
prawdy, czyli literaturą. I odtąd nie ma już powodu, aby protekcjonalnie
poklepywać nas fantastów po ramieniu. Zaobserwowałem i pokazałem wybuch
literackiej supernowej – moment narodzin polskiej fantastyki socjologicznej,
tzw. „szkoły Zajdla”. Teraz pozostawało tylko przekazać to olśnienie innym,
zwłaszcza zaś krytykom głównego nurtu literatury, aby się opamiętali.
W „Nowej Fantastyce”
poszło łatwo. Moje papierzyska wywołały entuzjazm. W okamgnieniu przestałem być
jednym z dziesiątków grafomanów z pretensjami, szturmujących redakcję z ulicy,
a dostąpiłem zaszczytu picia piwa z Redaktorami na pokojach. Chłopaki z „Klubu
Tfurcuf” (Ziemkiewicz, Kołodziejczak & Co.), którzy wydali Jawnogrzesznicę i przygotowali bazową
bibliografię, z jednej strony zżymali się, że takie odkrycie przeszło im koło
nosa, z drugiej podwód do środowiskowej dumy był tak wielki, że osobiste
animozje ucichły.
Pozostawało zawiadomić
prominentnych krytyków głównonurtowych i wielkodusznie przyjąć z ich strony
przeprosiny, gratulacje oraz zaproszenia na dużą wódkę, pijaną częściej niż
piwo w tamtych rejonach literatury. Redakcja „NF” dała mi na to zielone
światło, błogosławieństwo, firmowy patronat oraz paczkę egzemplarzy antologii Co większe muchy, w charakterze daru
pokoju dla odwiedzanych tuzów krytyki. No i zaczęły się jaja jak berety!
Dokładne sprawozdanie
z tych peregrynacji, wraz z ogłoszeniem odkrycia, ukazało się latem w „NF”
7/1993, pod wszystko mówiącym tytułem Stary
krytyk mocno śpi. Zanim doszło do tej publikacji, przez tygodnik „Film”
przetoczyła się burza, spowodowana moją wizytą w redakcji „Literatury” i
spotkaniem z Krzysztofem Mętrakiem i Lechem Żulińskim. To lądowanie na planecie
Główny Nurt skończyło się starciem z tubylcami, z przyczyn dla takich sytuacji
typowych – kulturowe nieporozumienie i błędne rozpoznanie intencji. Ja,
przybywający w pokoju misjonarz fantastyki, z ewangelią i Księgą Objawień w
ręku, omal nie zostałem tam zjedzony żywcem. Dzidy felietonów poszły w ruch. Najpierw,
już bodaj parę dni po fakcie objechał mnie Mętrak w felietonie W oblężonej twierdzy („Film” nr 11, 21
marca 1993), w którym powtórzone zostały wszystkie najgorsze stereotypy odnośnie
fantastyki i fantastów plus parę szyderstw pod moim adresem osobiście: „po 27
latach kariery redaktorskiej poznałem pierwszego faceta, który przyszedł do
pisma nie po to, by coś drukować, ale po to, by wyznać, że drukować nie ma
najmniejszego zamiaru, a przy okazji redaktorów zwymyślać” – stwierdzenie
zabawne i nieprawdziwe, jak mówiłem, skutek nieporozumienia. Mętrak chyba w
ogóle nic zrozumieć nie chciał, bo wszystko co powiedziałem zredukowało mu się
do konkluzji: getto fantastów cierpi na syndrom oblężonej twierdzy!
Replikował Maciej
Parowski artykułem „Dziwak” (że to niby ja), wydrukowanym dwa miesiące później
(„Film” nr 19, 16 maja 1993): „Dziwak nie zjawił się u Mętraka przypadkiem. (…)
Dziwak wyliczył, że w latach 80. debiutowało w gatunku SF ponad dwieście
polskich piór, rzecz wygląda więc na socjologicznie znaczącą (…) Nie zaliczyłeś
testu na otwartość Krzysztofie Mętraku”.
Wsparcie dostałem też
w „Polityce”, gdzie tydzień później Tadeusz Komendant napisał: „aktywność
literacka młodego pokolenia skierowała się na inne, ignorowane przez literaturę
wysoką obszary – na teren fantastyki (…) powstały tam rzeczy godne uwagi
miłośnika literatury wysokiej”. Do tego osobiste podziękowania pod moim adresem
za przekazanie informacji, „które stanowiły dla mnie rewelację”. („Polityka”
21/1993, Wieża z kości słoniowej. Ucieczka
z cesarstwa literatury).
Przyjaźnie
potraktowano mnie także w redakcji „Res Publica – Nowa”, gdzie najpierw Marek
Zaleski, zobaczywszy co przyniosłem, przyznał się do błędu, a potem wraz z
samym naczelnym Marcinem Królem zachęcali mnie do podjęcia współpracy z nimi. Tak
od razu nie byłem na to gotowy, później jednak powstał tekst o mechanice
kwantowej i metafizyce Sposoby
nieistnienia smoków („RPN”, listopad 2000 r.) – wywiad z profesorem Bogdanem
Mielnikiem, stanowiący istotny etap tworzenia mojej teorii metafizycznej,
opublikowanej w Pochwale herezji
(2008).
Zatem pomijając jedną
rafę i pierwsze koty za płoty, parłem jednak do przodu, przekonany, że
reformuję świat literatury polskiej. Wydawało mi się, że poprzedzona prasową
burzą lipcowa publikacja głównego tekstu w „Nowej Fantastyce” będzie przełomem,
który otworzy oczy sceptykom i od tej pory już nic w tej materii nie będzie
takie samo.
„Zobaczcie, to jest nasz Miś!”
Jakże to leciało u
Barei... Impet publicystyczny miałem tym większy, że równocześnie drukowany był
w „NF” mój cykl Alternatywy ewolucji,
który wzbudził zachwyt czytelników oraz samego Stanisława Lema, na co mam dowód
w postaci autografu i wypowiedzi Mistrza w „Machinie” z lipca 2000 roku: „widzę,
że w panu siedzi zapoznany hipotezotwórca”.
Podsumowując, miałem
wtedy 27 lat, żonę i roczne dziecko, dwie wydane książki fantasy, zaczynałem
pisać cykl opowiadań o redaktorze Tomaszewskim, a jako publicysta „Nowej
Fantastyki” ruszałem z posad bryłę tego świata. I, mój Boże!, jakżeż wtedy
smakowało piwo „Żywiec”, pite w ogródku na rogu Marszałkowskiej i
Świętokrzyskiej, z litrowego kufla wzniesionego pod słońce. Do tej pory mam w
oczach ten złoty błysk, a w ustach smak…
A potem artykuł
wyszedł i przeminął. Nie stało się nic. Mimo że dopilnowałem, aby wszyscy
zainteresowani dostali egzemplarze autorskie. Czekałem, nasłuchiwałem. Nic. Nikt
nie woła… Dlaczego?
Owszem, czytelnicy „NF”
docenili, dla wielu osób do dziś Stary
krytyk mocno śpi to artykuł-legenda, żeby nie powiedzieć kultowy. Starzy
fantaści wciąż go wspominają, ale to już li tylko środowiskowa ciekawostka.
Dlaczego? Z całym moim niebagatelnym przecież dokonaniem, szczyptą geniuszu i szczerym
entuzjazmem rozbiłem się o jakąś litą ścianę, z której struktury i istoty zrazu
nie zdawałem sobie sprawy.
Nie bolało. Czy
raczej nie uświadamiałem sobie tego, że boli. Eksplodowałem wtedy jak raca kolejnymi
szalonymi pomysłami, pisałem dla kilkunastu redakcji, urodziło mi się drugie dziecko,
zdobywałem Nagrodę Zajdla – w tym szalonym pędzie twórczej płodności nie miałem
nawet czasu przejmować się niepowodzeniami.
Żyłem w pędzie i
dopiero w nowym wieku, wraz z zachodzącymi przemianami obyczajowymi zaczęły
stopniowo docierać do mnie informacje istotne dla wyjaśnienia dlaczego moje
wielkie i czyste przedsięwzięcie z 1993 roku zakończyło się fiaskiem. Przesączały
się kolejne wzmianki, że ten, ten, tamten i jeszcze ów z grona Wielkich z
Parnasu to homoseksualiści, aż wreszcie ilość przeszła w jakość. Gdzieś pod
koniec 2013 roku doznałem posępnego olśnienia.
Ci krytycy to geje!
Wcześniej, bo w 2010
roku, sprawy dotknął Rafał A. Ziemkiewicz, swoim zwyczajem jednak obrzydliwie
rzecz upraszając. Mam na myśli felieton Homo-kariera
Marka Hłaski, ogłoszony w „Rzeczpospolitej” 9 stycznia 2010. RAZ insynuował
tam, bo dowodów nie mógł mieć żadnych, a tylko same przesłanki (ludzie tej
subtelnej różnicy nie dostrzegają), że Marek Hłasko zrobił karierę literacką
dlatego że, tu zacytują hrabiego Fredrę: „dawał dupy pederastom”. Tak jak James
Dean, któremu też Ziemkiewicz okiem sokolim pod kołdrę zajrzał i co trzeba
wypatrzył.
Z faktu, że
prominentni twórcy i redaktorzy prasy literackiej PRL byli homoseksualistami –
Iwaszkiewicz, Stryjkowski, Bereza, Andrzejewski, Głowiński, Krzeczkowski,
Hertz, Mach, Białoszewski i z pewnością wielu innych pomniejszych, Rafał
Ziemkiewicz wysnuł uogólniony wniosek o „elicie zboczeńców”, która zdominowała
jakoby życie kulturalne III RP i stała się „moralnymi autorytetami”. Totalny
brak logiki i przeczenie sobie, bo przecież z innych dzieł RAZ-a wiadomo
niezbicie, że autorytety w III RP kreował był Adam Michnik, który jak dotąd
coming out nie zrobił, a nawet są podstawy domniemywać, że woli kobiety. Jak
zwykle, odkrywszy jakiś okruch prawdy o naszej rzeczywistości Ziemkiewicz robi
z niego toporny cep do młócenia „polactwa”, z czego nie ma ziarna, a same
paździerze i wierszówki.
Chciałbym rzecz
rozważyć na znacznie wyższym poziomie subtelności, ale najpierw dygresja.
Różnie można się na
temat mojego talentu literackiego wypowiadać, ale jedną cechę, uprawniającą
mnie do nazywania się pisarzem mam na pewno. Mianowicie wrodzony słuch do
fałszu w literaturze. To za jego sprawą, choć lektury szkolne czytałem zawsze
sumiennie, zrobiłem jeden wyjątek i z irracjonalnym, nie dającym się podówczas
zwerbalizować, ale zupełnie przemożnym obrzydzeniem rzuciłem Bratnego Kolumbowie rocznik 20, po doczytaniu
tego czegoś do osiemnastej strony. Niby to prawda historyczna, a wszystko tam
skłamane do szpiku, do gruntu, dna cna. Wolałem dwóję z polskiego niż ten
obłudny syf czytać. Dwói co prawda nie dostałem, wyłgałem się na odpytywaniu,
bo słuchałem co wcześniej mówili inni, ale Romanowi Bratnemu miałem i dotąd mam
do powiedzenia tylko dwa słowa: „precz szatanie!”.
Podobny zgryz, choć nie
tak intensywny miałem przy Pannach z
Wilka Iwaszkiewicza, które doczytałem do końca, ale z dojmującym
przekonaniem, że to opowiadanie wcale nie jest o tym, o czym mi mówiono, że
jest. Jaka tam „opowieść o przemijaniu” czy o „straconych szansach”…? Wolne
żarty! Zadziwiało mnie jak można o seksie z kobietą pisać z tak zdystansowaną
nonszalancją: „szybko wchłonęła w siebie wszystko” i jeszcze, że główny bohater
w ogólnym zamieszaniu „zapomniał się ożenić”, ot błahostka wyleciała mu z
głowy… Tu mi dźwięczał jakiś fałsz, wykręt, ezopowe niedopowiedzenie w
najlepszym razie.
Zrozumienie przyszło
na fali wspomnianych wyżej przemian obyczajowych aktualnego stulecia – Panny z Wilka są o przeżywaniu żałoby
przez geja po utracie partnera! Jest to nam wyraźnie napisane, jeśli czytać pod
tym kątem. „Zmarły przyjaciel” jest dobrym księdzem, żeby sobie kto czego nie
pomyślał… Wszystkie wskazówki dotyczące realiów są w tym tekście starannie zamaskowane,
z wyjątkiem emocji przeżywanych. Ten cały pokraczny, otaczający Wiktora Rubena
babiniec to zmyłka dla obyczajowego cenzora.
Kogo stracił w 1932
roku „blisko czterdziestoletni” Iwaszkiewicz – niech biografowie domniemują.
Mnie jeszcze na chwilę zmyliła przedwojenna data wydania. Nie widziałem związku
z realiami powojennymi. Ta sama była jednak obyczajowość, panująca w II RP i
PRL. Wprawdzie sam homoseksualizm nie był już ani wtedy przestępstwem
kryminalnym, ale wciąż oznaczał wyrok śmierci cywilnej. Ujawnienie oznaczało
pożegnanie z wszelkimi funkcjami, urzędami i zaszczytami publicznymi.
Jak się należało do
elity i parnasu było czego się bać. Zwłaszcza, że władza lubiła gnoić
demonstracyjnie i dla postrachu, vide przypadek Jerzego Nasierowskiego. Ludzie
o tej orientacji, zwłaszcza należący do elity mieli więcej niż inni powodów aby
z władzą nie zadzierać. Choć były chwalebne wyjątki, że wspomnę Pawła Hertza.
Czy naprawdę strach?
Nie mogli pisać
prawdy, ani pisać o tym co naprawdę ważne. Nie mogli wydrukować takich tekstów
innym. Nie mogli i nie chcieli. W końcu wmówili sobie i wszystkim wokół, że
służą czemuś lepszemu, większemu, owemu „wysokiemu artyzmowi”, o którym tylko
oni wiedzieli, albo raczej udawali, że wiedzą co to naprawdę jest i udzielali
koncesji literackich według swojego widzimisię. Czy bali się postąpić inaczej,
bo mieli więcej niż inni do stracenia?
W odróżnieniu od
Ziemkiewicza zastanowię się nad pytaniem, czy naprawdę strach był ich główną
motywacją? W większości wyliczeni powyżej arcygeje literatury polskiej byli
bohaterami wojennymi. Za samo to RAZ winien im szacunek. Zwłaszcza, że sam jest
zwykłym tchórzem i pieczeniarzem, co stwierdzam z całą odpowiedzialnością na
podstawie dwudziestu ośmiu lat osobistej znajomości.
Przypomina się film Zakazane piosenki, a w nim postać
trwożliwego lokatora, który stale mawiał: „ja się nie boję, ja jestem tylko
ostrożny!”, a jak przychodzi do Powstania facet wyciąga szmajsera z pianina.
Podejrzewam, że nasi arcygeje też z początku chcieli tylko być ostrożni i ta
ostrożność z czasem stała się ich drugą naturą, która wypaczyła im widzenie
świata i literatury.
Mam dysonans
poznawczy, kiedy czytam o Henryku Berezie: „żołnierz Armii Krajowej w latach
1943-44” i
tego dzielnego nastolatka zestawiam z człowiekiem, którego spotkałem osobiście
pół wieku później. Który to wypowiadając się do „Starego krytyka” zionął na
mnie całkowitą pogardą do tego, w co wierzyłem i wciąż wierzę: „Język
fantastyki uznaje jednoznaczność informacji, tymczasem logiczny język nie jest
zaletą literatury, gdyż ona musi używać języka poetyckiego. (…) Niby-uczeni od
nauk technicznych nie są w stanie tworzyć literatury. (…) Nie mam dobrego
zdania o Zajdlu, powodem jest materia językowa, którą się posługuje” (wypowiedź
autoryzowana).
Bereza pił tutaj do
faktu, że bardzo wielu autorów piszących wtedy polską fantastykę miało
wykształcenie wyższe techniczne. Nie docenił całego pokoleniowego trendu lat
50. i 60., kiedy to ludzie o zainteresowaniach humanistycznych wybierali studia
politechniczne, żeby uniknąć komunistycznej indoktrynacji. Nie wiedział, ile
poezji może się kryć w równaniach różniczkowych. Zapomniał, że jasność
myślenia, sprawiedliwość osądu i prawda wypowiedziana w oczy – są cnotami.
Pochłonął go fałszywy „artyzm”, zaś antysystemowa mimikra stała się jego drugą
skórą.
Ten guru krytyki
głównonurtowej mówił mi: „Literatura z ambicjami odrzuca gotową wiedzę. Ona
jest poznaniem, a nie sprzedawaniem poznanego. Poeta poznaje świat pisząc”
(„Stary krytyk…”). Jednak co to za wiedza, zapytam teraz, której nie da się
zakomunikować jasno i otwarcie? To nie jest żadna wiedza, tylko zwykłe
mętniactwo!
Cóż to za literatura,
która nie uznaje mówienia o tym, co boli, co ważne, co nagli?! Jakim prawem
jakiś krytyk śmie się stawiać w roli Boga i mówić nam, co mamy przeżywać oraz
jak to artykułować? Cóż to za „artyzm”, który nie obchodzi nikogo z wyjątkiem
paru wyalienowanych gejów ze zmanierowanym przerostem gustów estetycznych. Ten
estetyczny manieryzm, który nie raz, nie dwa u znajomych gejów obserwowałem
uważam za znacznie istotniejszy niż lęk, powód wypaczenia polskiej literatury.
Na tej samej zasadzie, jak sądzę, homoseksualni kreatorzy mody zrobili ze
swoich modelek anorektyczne wieszaki do ubrań.
Tylko cisza…
W Staromiejskim Domu
Kultury w Warszawie stał kiedyś, może stoi tam jeszcze, wielki regał wypełniony
egzemplarzami „Twórczości” z okresu bodaj całego PRL. Pamiętam jak kontemplowałem
go w niemym zadziwieniu. Myślałem sobie, rany, ileż to numerów, ile tekstów!
Ileż myśli! Ilu ludzi! Ale dlaczego ja nic o nich nie słyszałem?!
No prawie nic,
wiedziałem, że drukował tam Andrzej Ziemiański powieść Miecz Orientu, ale nie wiedziałem, w którym numerze, a szukać na
ślep igły w tym stogu „artyzmu” było nie sposób. Taką oto górę literatury wylansował
Henryk Bereza w swoim „prestiżowym czasopiśmie”. I co niej wynikło?
Powie ktoś, żem
ignorant. Prawda, nigdy nie otworzyłem ani jednego numeru „Twórczości”, by coś
w niej przeczytać, ale czy musiałem? Nie muszę się tłumaczyć z moich gustów, to
raz. Po drugie, ważniejsze, nigdy i nigdzie, w młodości i całym życiu nie
dostałem wskazówki, że jest tam coś, co warto przeczytać. Wyjąwszy wspomniany
wyżej przypadek Ziemiańskiego, który zresztą napisał ten Miecz Orientu, żeby sobie
z Berezy zakpić, pokazać, że fantasta, jak zechce, też potrafi bredzić
artystycznie w głównonurtowym stylu. Nie tylko mnie irytowało zadufanie tego
środowiska.
Zatem nigdy nie
dotarła do mnie żadna plotka czy mem: „stary, weź znajdź to i poczytaj, ale
jazda!” Miesięcznik Berezy dla mnie nigdy nie żył. Zawsze był dinozaurem z
makulatury, wzbudzającym te same uczucia co szkielet brontozaura ujrzany nagle w
całej okazałości. I powtórzę: dokładnie tyle samo było w nim życia!
„Nowa Fantastyka” i
„Lampa” Pawła Dunin-Wąsowicza, choć wzięte razem i zestawione z kolekcją „Twórczości”
wypadłyby przy niej jak kot przy koniu, dały światu Sapkowskiego i Masłowską.
Naiwny, młodzieżowy „Przegląd Techniczny” dał Janusza Zajdla, w czym
nieśmiertelna zasługa Zbigniewa Przyrowskiego, który młodego chłopaka, mnącego
w dłoniach maszynopis z opowiadaniem o kosmolotach i robotach nie wyrzucił za
drzwi, co Bereza uczyniłby bez wahania.
Co, kogo, jakie
autentyczne objawienia, diagnozy, spełnienia dawała ta wysoce artystowska
„Twórczość”? Ćwokiem nie jestem, jakieś nazwiska mi się o uszy obiły – Orłoś, Słyk…
Zważywszy samą erudycję, wiedzieć wiem, lecz co z tego, skoro nigdy razem z
nimi nie szepnięto mi komunikatu: „przeczytaj, warto!”? Co więcej, nigdy nikt
przy piwie nie rzucił przy mnie zakręconym cytatem, nie zwrócił się do mnie
kodem kulturowym zaczerpniętym z tego źródła.
O mój biedny, gejowski „artyzmie”!
Gdybyś ty oddał
fantastyce co jej… Proszę mi tu nie wypominać, że obecnie fantastyka polska
jest w kryzysie. Fakt, jest. Żre własny ogon, popada w popularne kalki,
porzuciła rozum dla emocji, namysł SF dla amoku fantasy. Chwilami zdaje się, że
nasza fantastyka wróciła do swoich tandetnych, efekciarsko-jarmarcznych
korzeni. Jednak światełko zapalone przez Janusza Zajdla wciąż mruga. Chociaż
dzisiaj stare zarzuty głównego nurtu zdają się potwierdzać, kiedyś były
kłamstwem i psim obowiązkiem każdego uczciwego krytyka literackiego jest to
przyznać! Paweł Dunin-Wąsowicz zrobił to w książce krytycznej Oko smoka („Lampa i Iskra Boża”, 2000),
innych zabrakło.
W 1993 roku nie
wiedziałem, że rozmawiając z Henrykiem Berezą i Michałem Głowińskim, rozmawiam
z gejami. Nie umiałem jeszcze czytać ich mowy ciała, chociaż zachowanie prof.
Głowińskiego mnie intrygowało – jego głębokie wycofanie i fakt, że poczęstował
mnie upieczonym własnoręcznie ciastem, zauważyłem też, że mieszka sam. Powiedziałem
wtedy swoje, a w ramach odpowiedzi zanotowałem parę wymijających frazesów.
Konwersacji nie było, jak mawiał Franc Fiszer.
Potem jeszcze
czytałem Głowińskiego Mity przebrane
i tu znów jak wcześniej u Iwaszkiewicza uderzyła mnie skłonność do owijania
myśli w bawełnę – ów nieszczęsny „artyzm” przeniesiony dla odmiany w dziedzinę
naukowej eseistyki. Żal, żal, żal.
Krótko mówiąc, z
całej tej „Twórczości” udało mi się przekabacić jedynie Tadeusza Komendanta, a
i to jak sądzę, kurtuazyjnie i tylko na chwilę. Trafiłem na chiński mur ukryty
we mgle. Teraz już wiem, jaką orientację seksualną miały jego cegły i że
spiętrzyły je tam realia społeczno-polityczne, a nie ręka mądrego architekta.
Rafał Ziemkiewicz z
właściwą sobie afirmacją argumentów pasujących mu pod tezę cytuje Leszka
Proroka, który gejów obecnych literaturze PRL nazwał „najbardziej wpływową
mafią”. Być może Prorok wiedział co mówi, może przemawiała przez niego ostra
homofobia. Wypadałoby temat podrążyć, a nie tak od razu cytować z nożem w
zębach. Ja bym jednak Iwaszkiewicza i jego kolegów tak łatwo o złą wolę nie
oskarżał. To co zepsuli, zepsuli jak sądzę wpółświadomie. Nie wykluczam, że
jakieś serwituty analne mogły w polskich karierach literackich odgrywać rolę,
myślę jednak, że przeważały motywy ogólnoludzkie – chęć świętego spokoju, odwaga
przemijająca z wiekiem, przywiązanie do luksusu, osobistej ważności, lenistwo,
rutyna, zwykły konformizm. Może i u gejów tamtych lat ten konformizm istotnie
był powyżej dość wysokiej społecznej średniej, ale o tchórzliwą służalczość w
tej samej proporcji, weteranów AK i Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata
podejrzewać nie będę!
Bóg i Historia ich
już osądzili. Sprawiedliwy wyrok nieistotności na większą część ich dzieła życia
został wydany. Im więc popiół, Januszowi Zajdlowi, Zbigniewowi Przyrowskiemu
diament!
Konrad T. Lewandowski
Podobny artykuł:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz